TO NIE TUSK, ALE MIT RZĄDZI DNIEM CODZIENNYM

Widząc dziejące się wokół nas wydarzenia często nie można zrozumieć liczby nonsensów, nietrafnych decyzji i niemądrych postanowień wielkich tego świata. Użytkownicy mediów telefonują do redaktorów, by w czasie programu doradzić jakieś rozwiązanie albo wyrazić swoją dezaprobatę. No, bo w tajemny sposób, rzeczy wokół nas dzieją się jakoś same, nawet wtedy, gdy wysiłki decydentów idą w kierunku przeciwnym. Donald Tusk przed objęciem teki premiera zarzekał się, że w ciągu czteroletniej kadencji biurokracja zostanie znacznie ograniczona. Jednak ustawa zarządzająca zmniejszenie liczby urzędniczych stanowisk nie została przez prezydenta podpisana, a sam premier musiał się publicznie pokajać, że sprawa go przerosła i „nie dał rady”. Czemu premier „nie dał rady”? Zamiast ograniczenia biurokratycznej hydry w Polsce przybyło kilkadziesiąt tysięcy nowych urzędników państwowych i samorządowych. Co to za siła, której nie mogą „dać rady” nawet ludzie wyposażeni we władzę wykonawczą? To tylko jeden z dowodów na to, że to nie rządzący rządzą wydarzeniami, ale raczej wydarzenia rządzą nimi samymi. Jaki jest tego mechanizm? Gdybyśmy potrafili odpowiedzieć na pytanie, być może, rezultaty ich wysiłków byłyby lepsze.
Jest poza wątpliwością, że nasze wyobrażenia o własnych interesach formułowane w ramach aktu powszechnego głosowania rozchodzą się z naszymi jednostkowymi, grupowymi i lokalnymi interesami odczuwanymi tu i teraz. Myślimy niejako na dwóch poziomach jednocześnie. Głosujemy na coś tam, w górze – coś odległego, nie bliskiego. O tak! Jesteśmy otwarci i nowocześni, więc pragniemy reform pełną gębą i duszą, pod warunkiem wszakże, że nie naruszają naszego własnego i już osiągniętego statusu. „Niech na całym świecie wojna, byle nasza wieś spokojna!” Rzecz w tym, że w dobie „globalnej wioski” nie ma praktycznie rzeczy ani miejsc, które by nas w jakimś stopniu nie dotyczyły. W dziedzinie stosunków międzynarodowych, przestrzeni wiedzy którą od lat zajmuję się zawodowo, rozpiętość między dokonaniami obiektywnej wiedzy a tym, co ludzie uznają za prawdy ich życia codziennego, jest jeszcze bardziej dramatyczna i to ona jest często powodem wydarzeń, o których myślimy, że na pewne nie chcemy by się w ogóle wydarzyły.
Wiedza o świecie traktowanym jako całość, a nie jako zlepek narodów, kultur czy też religii, rozwija się szczególnie dynamicznie od czasu przyjęcia za pewnik tzw. „paradygmatu Huntingtona” o nadchodzącym zderzaniu się cywilizacji ludzi, mającym zastąpić wojnę ideologii odmiennych systemów społeczno-gospodarczych. Jej najnowsze oblicze również formowane jest w ramach wizji zmarłego przed kliku laty uczonego, to jest globalnych powiązań „wszystkiego ze wszystkim”. Jak każde wielkie odkrycie wydaje się już zgoła oczywiste i nikt nie kwestionuje tego, że cywilizacje raczej się ze sobą zderzają, niż wzajemnie wspomagają. Przy okazji upadł mit dominujący w czasach zimnej wojny – o świecie składającym się z dwóch wrogich systemów społeczno-politycznych, uzbrojonych po zęby nie tyle racjami ideowymi, ile śmiercionośnym arsenałem atomowym. Dzisiaj, jeśli istnieje obawa atomowego Armageddonu, to nie w wyniku agresji ze strony jednej z wielkich potęg konkurujących o zasoby, ale i – jak wymagają tego zasady ekonomii – handlujących, inwestujących i produkujących dobra na światową skalę. Zagrożeniem nie jest też ideologia, lecz tępy fundamentalizm potrafiący przekształcić się w mało skuteczny, ślepy terroryzm. Tępy fundamentalizm, to inne imię głupoty mającej źródło w rażącym braku wiedzy o własnym otoczeniu. To z jego powodu ludzie bardziej obawiają się znalezienia się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, niż jakiegoś wyraźnie zarysowanego niebezpieczeństwa. Tyle, że to nowe spojrzenie na światową politykę zrodziło dosyć kłopotliwe następstwa. Jeśli bowiem współczesny świat toczy się według rozpoznawalnych prawideł, to co mają z tym zrobić przywódcy państwowi: rozpoznawać je, naprawiać, udoskonalać, procesy przyspieszać czy spowalniać? Powstaje domniemanie, że nie wiedząc co czynić – działają na oślep, na chybił-trafił, rzeczywisty wpływ ich decyzji na rozwój sytuacji jest wątpliwy, a przynajmniej pozbawiony pewności co do pożądanych skutków. Działanie nieskuteczne lub jałowe też generuje koszty, co dla współczesnych społeczeństw nauczonych szacunku dla rachunku ekonomicznego staje się ważnym argumentem wyborczym. Ludzie, którzy doszli do znaczenia przyjmując demokratyczne rozwiązania wewnętrzne nagle stają przed niebezpieczeństwem rozliczenia ich nieskuteczności lub nadmiernej kosztowności. Tymczasem, w jaki to sposób polityk może wykazać się wobec wyborców, jeśli nie przedsięweźmie wyraźnej akcji? Czym się będzie różnił od konkurenta poddającego jego brak aktywności publicznej krytyce? Jak wyborca ma ocenić zamiary, gdy nie dysponuje tej oceny narzędziami? Ten niespodziewany rezultat biegu wydarzeń stał się wstydliwie kłopotliwy. Tym bardziej więc warto pogłębić naszą wiedzę o mechanizmach wpływających na międzynarodowy bieg wydarzeń. Inaczej, to co ludzie Zachodu uważają za źródło jego przewagi nad innymi, może przekształcić się w systemową usterkę napędzającą światu więcej niezamierzonych i kosztownych zderzeń niż na to rzeczywiście zasługuje.
Przy okazji poszerzania zakresu nowego obszaru wiedzy pojawiły się też inne ważne kwestie podważające tradycyjne ustalenia historyków. Ci ostatni, ze szczególną pracowitością koncentrowali się na losach wielkich polityków. To, co zrozumiałe z punktu widzenia biografów i pisarzy korzystających z rozpoznanych dziejów dla budowania wątków literackich i psychologicznych, staje się zwodnicze w analizach poszukujących prawidłowości i mechanizmów społecznych. Współczesnego czytelnika przestaje satysfakcjonować odpowiedź, że coś się wydarzyło, ponieważ ktoś wpływowy tak chciał. Czy gdyby nie chciał, to bo się nie wydarzyło ani to, ani nic podobnego? Czy też może rację mają ci, którzy twierdzą, że „gdyby Napoleon się nie narodził, narodziłby się zapewne inny Napoleon”. Dawniej, gdy wszystko dokonywało się na ograniczonej przestrzeni i bez związku z wydarzeniami w innych regionach świata, opowieści o czynach wielkich postaci mogły wydawać się twórcze i pouczające. Teraz, gdy zaczynamy powątpiewać w ich sprawcze moce, a źródła wydarzeń widzimy raczej w nie do końca rozpoznanych procesach globalnych, dotychczasowe spojrzenie na dzieje świata ulega zachwianiu.
Pewne dziedziny wiedzy rozwijały się szybko, a inne wcale lub też bardzo powoli. Zadziwiające, że bodaj najszybciej rosła wiedza o sprawach odległych – astronomiczna i badania Kosmosu, chociaż same z siebie nie wnosiły wiele do naszej ziemskiej krzątaniny, prowadząc raczej do konkluzji, że nic we Wszechświecie nie zależy od człowieka, a i Wszechświat ludzkością nie zawraca sobie głowy. Jest równie zadziwiające, że wielkim wysiłkiem intelektu ludzie doszli do wniosku, że nazwanie świata, w którym żyjemy mikrokosmosem jest wielkim dla nich pochlebstwem. W relacji do ogromu Kosmosu, nasz świat jest znacznie mniejszy niż sądziliśmy. Dzisiaj wiemy, że Wszechświat istnieje od niemal czternastu miliardów lat a jego średnica to ogrom prawie stu miliardów lat świetlnych. Nasza umysłowość nie jest w stanie tego ogarnąć i koncentruje się na Matce Ziemi – małej kosmicznej kulce niewidocznej z perspektywy Galaktyki. Dlaczego więc wiemy o jej mieszkańcach mniej, niż o samym Wszechświecie? W przestrzeni wiedzy o człowieku sytuacja jest jakby odwrotna: wiemy wiele o chemicznych i somatycznych przyczynach ludzkich odczuć i postępków, ale bardzo mało o samej istocie zachowań wielkich zbiorowości. To bardzo kosztowny rodzaj braku wiedzy, bo generuje cywilizacyjne kataklizmy. Nauka zrobiła w eksploracji pozaziemskiej przestrzeni ogromne postępy, a ludzkość poniosła wielkie koszty ekonomiczne. Koszt działalności NASA, podobnie jak atomowy wyścig zbrojeń, były zupełnie niewspółmierne z bezpośrednimi korzyściami jakie ludzie z nich wynieśli. Informatyka, komputery, nowe materiały i technologie przyszły niejako mimochodem i były zupełnie niezamierzone. Wiemy więc dzisiaj coś, czego domyślali się już starożytni filozofowie, że „cała historia nauki jest procesem stopniowego docierania do zrozumienia, że zdarzenia nie dzieją się w dowolny sposób, lecz w zgodzie z pewnym porządkiem” (Stephen Hawking). Nie wiemy jeszcze jaki to porządek, lecz zaczyna do nas docierać, że teza dotyczy nas samych, a nie tylko „dziejących się rzeczy”.
W stosunku do chemii, fizyki i astronomii, wiedza o ludziach, ich społeczeństwie i świecie jest znacznie spóźniona i słabiej rozwinięta. W ramach tej ostatniej, granica między nauką a społecznym mitem determinującym życie setek milionów ludzi jest nieostra i płynna. 14 miliardów lat Wszechświata, to nadal ogrom czasu, w którym ludzkość nie istniała. Nie przeszkadza to jednak temu, by wielkie cywilizacje wywodzące się z Biblii – judaizm, chrześcijaństwo czy islam – nadal funkcjonowały w świadomości wyznawców tak, jakby nic się od powstania Księgi nie zmieniło i nasz ziemski świat liczył zaledwie kilka tysięcy lat od Dnia Stworzenia. W kościołach, meczetach i synagogach pokolenia wiernych modlą się do Boga, który przez sześć dni męczył się tworząc świat, a siódmego odpoczywał. Dla judaizmu, przeszłość jest zamknięta punktem w historii ludzkości rozpoczynającym się wraz z pierwszym dniem stwarzania świata. Miało to trwać sześć dni i zdarzyć się dokładnie 7 października 3761 przed Chrystusem, czyli prawie sześć tysięcy lat temu. Co Wielki Stwórca czynił przedtem – przez te miliardy lat? Gdzie był i w jakim celu istniał, kiedy Wszechświata w ogóle nie było?
Chrześcijanie unikają odpowiedzi na kłopotliwe pytanie licząc czas od narodzin Chrystusa w przekonaniu, że ludzkość istniała i wcześniej, ale dopiero wtedy rozpoczęła się Era Objawienia, historia prawdziwej wiary i wiedzy. Wcześniej mogło dziać się wiele, ale było to znacznie „mniej ważne” ze względu na nie istnienie wiary w Stwórcę i jego Syna. Dzielą to przekonanie z muzułmanami, tyle, że ci datują początek inaczej – na moment ustąpienia dżahiliji, czasu niewiedzy, co miało miejsce dopiero w dniu hidżry – emigracji Mahometa z Mekki do Medyny 15 lub 16 lipca 622 r. kalendarza chrześcijańskiego. Dla wszystkich nie ma wątpliwości, że czas ma charakter potoku zdarzeń i że następują one w określonej kolejności. Właśnie! W jakiej kolejności i wedle jakiego scenariusza? Co będzie potem, gdy czas się skończy lub kiedy będzie trwał wiecznie? Wielkie cywilizacje nie są przygotowane na tego rodzaju pytania. Czy fakt uznania wagi pytania przy braku umiejętności odpowiedzi może być przyczyną narastającego poczucia kryzysu? Może ludzie po prostu już wiedzą, że wcale nie wiedzą co czynić, a czego powinni zaniechać? Ta wiedza jednak nadchodzi. Jej opanowanie może w istocie spowodować „koniec historii” krwawych wojen i kataklizmów, a rozpocząć erę świata bogatszego w spokój i zadowolenie jego mieszkańców.
„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”; „Wszystko stało się przez Nie; bez Niego nie stało się nic z tego, co się stało” (J I,1-3); „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I widzieliśmy Jego chwałę” (J I, 14). Tak rozpoczyna się Ewangelia według św. Jana. Uczeni bibliści natychmiast wyjaśniają, że „Słowo” – „Logos”, to termin określający „istotę pośredniczącą między najwyższym bóstwem a ludźmi”. W Ewangelii według św. Jana oznaczać ma osobę Jezusa Chrystusa. A gdyby tak nie znać wyjaśnień biblistów i tekst odczytać dosłownie? Zajdziemy w nim wówczas najkrótsze streszczenie mechanizmu powstawania cywilizacji ludzi. Bo najpierw było „Słowo” – ludzie opanowali tajemnice mowy i tym odróżnili się od zwierząt. Potem – „zamieszkało między nimi”, czyli przerodziło się w pismo, umożliwiające rzecz „boską” – tworzenie nowych słów i otwarcie nieskończonych możliwości udoskonalania instrumentu „Słowa”, jego utrwalanie przez zapis oraz przekazywanie następnym generacjom, umożliwiając tą drogą gromadzenie wiedzy w procesie nieustannej nauki. Prawda, że katecheci wyjaśniają to inaczej, przekonując, ze za wszystkim musiał stać (bo jakże inaczej?) Palec Wszechmocnego, ale któż przecież wie o co naprawdę chodziło św. Janowi? Może po prostu odnotował, że wraz z powstaniem ludzkiej mowy rozpoczął się proces poszerzania wiedzy, czyli mający początek, ale nie mający końca proces uczłowieczania człowieka? „Słowo-logos” okazało się przecież w istocie „boskim wynalazkiem”. Jeśli to właśnie miał na myśli Ewangelista, to sprzeczność między ograniczonością Boga a nieskończonością Kosmosu znika jak mydlana bańka…


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *