KTO WYRASTA, TEN „ŁODSTAJE”, CZYLI WEWNĘTRZNA NIEPEWNOŚĆ „CZWARTEJ WŁADZY”

Pegaz     Otto Bismark miał kiedyś powiedzieć, że wiarygodne są tylko takie wiadomości, które zostały zdementowane. W tym kontekście można uznać, ze sugestia rozbioru Ukrainy naprawdę się pojawiła  i to ze strony poważniejszych polityków, niż tylko Władimir Żyrynowski. Sądząc po wypowiedziach Putina, odnoszących sie do „sztuczności” ukraińskiego państwa, trudno jednak dać wiarę temu, że używana przez Żyrynowskiego mapa projektowanego podziału, mogła powstać bez wiedzy obecnego jej władcy a przynajmniej jego cichej aprobaty. Putinowe zamiary w stosunku do „bratniego sąsiada” były przecież publiczną tajemnicą. Co więc takiego się wydarzyło, że ujawnienie tej sprawy przez byłego ministra spraw zagranicznych i dzisiejszego marszałka polskiego Sejmu okazało się polityczną bombą z opóżnionym zapłonem?

1. Przyszłość Ukrainy według Żyrynowskiego.
Rozbior_Ukrainy

     Afera, która wybuchła wokół tej sprawy, wiąże się z wydarzeniami sprzed sześciu lat. Jest unikalna i zadziwiająca w tym, że mało kto zastanawia się, co właściwie jest jej przedmiotem. Większość z najbardziej oburzonych zapewne nie przeczytała artykułu, w którym uwagi Sikorskiego są cytowane na marginesie głównego toku rozumowania. Politykom i politycznym komentatorom mogło to się przydarzyć nie tylko z tej przyczyny, że mogą nie znać angielskiego, ale również dlatego, że w polskiej polityce, sama istota wydarzenia nie ma zwykle większego znaczenia. Istotne jest tylko to, ile zamieszania można zrobić, by zwrócić na siebie uwagę i komu z przeciwników da się najbardziej zaszkodzić. Nie wiemy więc, czy sednem sprawy była treść tego, co Sikorski zrozumiał z putinowych sugestii podziału Ukrainy w 2008 roku, ale też to, czego nie powiedział, albo też jeszcze coś innego, mianowicie to, że wkrótce potem wszystko odwołał, jako zdarzenie niebyłe, twierdząc, że zawiodła go pamięć i niczego, co powiedział, wcale nie chciał powiedzieć. Jakie jest prawdziwe tło całej sprawy, skoro nikt nie kwapi się powołać na podstawowe źródło i zainteresować się tym, czego mianowicie dotyczył sam artykuł, którego autor zacytował Sikorskiego, a który wywołał w Polsce medialne trzęsienie ziemi? Autorem tekstu jest amerykański dziennikarz, który w internetowym magazynie politico.com z 19 października tego roku, opublikował własną ocenę postępowania Putina i jego linii rozumowania. Tekst ukazał się pod znamiennym tytułem: Putina zamach stanu. Jak rosyjski przywódca używa ukraińskiego kryzysu dla konsolidacji własnej dyktatury?”. Tytuł słusznie nie sygnalizuje, że dotyczy spraw polskich, czy też polskich polityków, Sikorski występuje tam bowiem nie w roli głównego aktora, ale tak, jak przyjęło się w amerykańskiej publicystyce, czyli jako osoba, której opinie są od czasu do czasu przywoływane dla ilustracji wywodów samego autora. Amerykański komentator stawia przy tym tezę od spraw polskich jak najbardziej odległą, że oto Putin  nie ma zamiaru zajmować zbrojnie Ukrainy, a jego prawdziwym celem jest coś zupełnie innego. Na fali nacjonalistyczno-patriotycznej euforii zamierza unicestwić w Rosji wszelką opozycję i stać się kimś w rodzaju niekoronowanego cara z władzą dożywotnią i absolutną. Autor cytuje uwagi rosyjskich wojskowych nie kryjących zachwytu nad perspektywą otrzymania w związku z tym dodatkowych wielkich pieniędzy na rozwój armii, ale także przestrach nie wymienionych z nazwiska przedsiębiorców, obawiających się ostatecznego unicestwienia praw ekonomii, które opierają się przecież na prywatnym, a nie państwowym sposobie gospodarowania. To, że Putin nie zamierza zajmować się takimi drobiazgami, jak ekonomiczna kalkulacja, widać jak na dłoni.

   Putin nie jest wyjątkiem pośród rosyjskich samodzierżców również i z tej przyczyny, że Rosja nigdy poważnie nie wzorowała się na Europie, ponieważ Rosjanie uważali ją zawsze za zbiór krajów słabych i ułomnych, bo nie potrafiących utworzyć prawdziwego imperium. Nawet wielkie reformy Piotra I sprzed trzystu lat, tworzące zręby późniejszego państwa rosyjskiego, nie sięgały do samej istoty europejskiego modelu społeczno-politycznego. Piotrowi, tak, jak i później Stalinowi, chodziło tylko o technikę i nic więcej. Władzom dawnej Rosji, tak, jak i przywódcom radzieckim, a dzisiaj ekipie Władimira Putina, społeczeństwo i państwo kojarzyło się wyłącznie z wojskiem, siłami porządkowymi i jego urzędami, a zwykli ludzie nigdy nie byli uważani za podmiot rządzenia. W tradycyjnym rozumieniu władz Rosji społeczeństwo,  poza wąską elitą, to tylko źródło podatków, rekruta i siły roboczej.

   Logika postępowania Putina jest żelazna i wywodzi się z trwałej w Rosji tradycji nieuznawania obiektywności istnienia praw obywatelskich. Odmienność traktowania tam jednostki w porównaniu z krajami europejskimi, ma też i dodatkowe odniesienie historyczne i językowe. Po angielsku – obywatel, to citizen, po francusku – citoyen, po włosku – cittadino, a to z tej przyczyny, że wolności demokratyczne wyrosły na gruncie praw i swobód europejskich mieszczan. Rosyjskie słowo grażdanin, było i za czasów sowieckich formalnie używane jako odpowiednik europejskiego pojęcia „obywatel”, ale zawsze niosło z sobą inną treść. Grażdanin, to nie ktoś, kto dysponuje ustalonym przez konstytucję zakresem praw i wolności osobistych, lecz osobnik, do którego nie można odnieść się per towariszcz, a zatem element podejrzany i potencjalnie groźny.

 Brak poszanowania dla wolności obywatelskich i zasad efektywnego gospodarowania ze strony władz Rosji, to żadna nowość, lecz stara tradycja sięgająca czasów pierwszych carów. Piotr I, przeszedł do historii Rosji jako Wielki właśnie z tego powodu, że jako pierwszy z władców rachunek ekonomiczny otwarcie zastąpił imperialną nonszalancją zdobywania kolejnych terytoriów. To on ustanowił zasadę, że Rosjanie, zamiast dobrobytu, otrzymają nędzę i półniewolnictwo, okraszone za to ułudą imperialnej potęgi, zestawioną przy tym w jednym pakiecie z absolutnym jedynowładztwem cara. Zachód, posługujący się „od zawsze” zasadą racjonalnego działania, nigdy nie mógł tego pojąć i miał w związku z tym tendencję do przeceniania rosyjskiej potęgi, opacznie myląc wielkość terytorium, liczbę produkowanych karabinów i czołgów z wartością produktu krajowego brutto. Nie mogąc zrozumieć źródeł trwałości, pozornej w gruncie rzeczy potęgi Rosji, był skłonny podejrzewać, że posiadła ona jakiś tajemny patent na mocarstwowość, którego on sam nie zna. Pozorna tajemnica sprowadzała się tymczasem do wrodzonej rosyjskiemu ludowi ociężałości w organizowaniu społeczeństwa obywatelskiego i bezwładności politycznej. Nie jest przypadkiem, że po rosyjsku, określenie narod, to „naród” i „lud” jednocześnie. Od czasów Iwana Groźnego po Putina – wciąż umacniało się przekonanie, że brak dyktatorskiej władzy w rękach cara, Pierwszego Sekretarza, czy też prezydenta, to nic innego, jak tylko chaos, bałagan i słabość w relacjach z innymi krajami, czyli określając to tradycyjnie – smuta. Zachodnia myśl, że oto prawdziwym żywiołem życia ludzi jest demokracja, czyli „władza ludu” oraz konstytucyjne wolności jednostkowe, jest dla Rosjan niepojęta i odrzucana jako wymowny dowód braku charakteru Europejczyków oraz politycznego bałaganu uniemożliwiającego pełnienie imperialnej misji. Rosja, nigdy w swej historii, nie posiadła innego zamysłu na własne istnienie, jak tylko poszerzanie wpływów przez podbijanie kolejnych sąsiadów. Rosjanie, żyjąc w przekonaniu, że nie mają innego wyboru, jak tylko to, aby szacunek w świecie zdobywać siłą i terrorem, nie zaś osiągnięciami gospodarki, czy kultury, w ciągu całej swej historii zawsze opowiadali się za despotią i przeciwko kolegialnym, czy też demokratycznym formom rządzenia. Rosjanie, to po prostu zupełnie inna mentalność niż mentalność zachodnia, inna historia, inna geopolityka, inne priotytety i azjatycka, a z całą pewnością nieeuropejska, logika współżycia wolnych ludzi. Pierwszy, wielki eksperyment w tej przestrzeni i do tego w pełni udany, przeprowadził jeszcze Iwan Groźny, pierwszy car państwa nazwanego już Rosją dla odróżnienia od dawnej, nazbyt dla niego europejskiej Rusi. Twór powstał z połączenia niektórych cech Księstwa Moskiewskiego, dalekiego północno-wschodniego obrzeża dawnego państwa kijowskiego, ze stepowym imperium Mongołów, rządzącym Moskwą przez trzy kolejne stulecia. Car Iwan, niezadowolony z wciąż istniejących ograniczeń jego władzy, 3 grudnia 1564 roku ogłosił, że rosyjscy ludzie obrazili go nieposłuszeństwem i brakiem zaufania, udaje się więc na dobrowolną banicję w formie bezterminowej pielgrzymki, nie pozostawiając nikogo, kto rządziłby krajem w jego zastępstwie. Udał się do Aleksandrowej Słobody i tam pozostawał w izolacji, nie kontaktując sią z nikim z poddanych. W innym kraju, natychmiast pojawiłaby się grupa pretendentów do władzy, starających się banitę zastąpić, ale to nie mogło zdarzyć się wśród Rosjan, nienawykłych do swobód jednostkowych i brania odpowiedzialności za siebie samych. Po z górą miesiącu, Moskwianie wysłali do cara błagalną delegację z pokorną prośbą o powrót i z zapewnieniem, że nigdy już w niczym mu się nie przeciwstawią. Car łaskawie powrócił, ponownie objął Kreml we władanie i rozpoczął rządy teroru o nieznanym dotąd zasięgu, który przeszedł do historii pod nazwą opricznina. Ogłosił, że ma teraz prawo do egzekucji każdego mieszkańca bez sądu oraz do konfiskaty majątku bez pytania kogokolwiek o radę i zgodę. Rozpoczęły się wielkie deportacje, całkowicie zniszczony został starożytny i w znacznym stopniu zeuropeizowany już i hanzeatycki Nowogród Wielki, a wielcy posiadacze na zawsze pozbawieni pewności swej własności. Odtąd, wszystko było własnością władcy, oddawaną najwyżej w okresowe zarządzanie wybrańcom. Dzisiaj, historycy nie mają wątpliwości, co do tego, że Iwan był psychopatą. Wcale nie przeszkadza to jednak Rosjanom uznawać go za jednego ze swoich najwybitniejszych przywódców i twórców rosyjskiego imperium.

     System stworzony przez Iwana IV, z mniejszymi lub większymi korektami, przetrwał niemal cały okres caratu, ale jego prawdziwym apogeum stał się Związek Sowiecki. To z tej przyczyny Putin uznał, że upadek tego ostatniego, to największa tragedia XX wieku i nie ukrywał zamiaru przywrócenia dawnej i despotycznej potęgi kraju. Spotkał go jednak geopolityczny zawód, a zmienione okoliczności światowej polityki zepchnęły Rosję na dalszy plan. Cytowany amerykański dziennikarz argumentuje, że mając ambicję odnowienia rosyjskiego imperium w dawnym jego kształcie, Putin musi przywrócić również dawne zasady jedynowładztwa – pełnej i niepodważalnej władzy rządzącej jednostki, wobec której wszyscy inni są nikim, a on sam zapewnić ma sobie dożywotnie rządzenie. Patrząc na rzecz z tego punktu wiedzenia, kwestia Ukrainy jest dla Putina na dalszym planie, będąc tylko parawanem dla działań, które mają mu zapewnić pozycję cara-jedynowładcy. To dopiero przy okazji tego rozumowania wypłynęła w amerykańskim artykule sama sprawa Ukrainy i tylko w kilku akapitach artykułu pojawiło się nazwisko Radosława Sikorskiego z jego domniemaniami co do putinowskich planów wobec Kijowa, które zresztą nie były osią wywodów.

   Jest publiczną tajemnicą, że Putin, w swoim dążeniu do przywrócenia Rosji imperialej pozycji, prędzej czy później musiał (a nie tylko mógł) zagrozić Ukrainie unicestwieniem. Rosja bez Ukrainy i Białorusi nie może pretendować do misji kontynuowania średniowiecznej Rusi Kijowskiej. Problem w tym, że jak dotąd, udało mu się odebrać Ukrainie tylko niewielki skrawek w postaci Doniecka i Ługańska. Krym, to zupełnie odrębna historia, ponieważ więcej roszczeń do półwyspu mają prawo mieć krymscy Tatarzy, niż Rosjanie, czy Ukraińcy. Tyle, że Zachód, jak na niezbyt inteligentnego kochanka przystało, nigdy nie ośmielił się sprawdzić cnoty partnerki, czyli prawdziwej zdolności Rosji do unicestwienia i wchłonięcia Ukrainy po to tylko, by na nowo słowa „Ruś” i „Rosja” stały się tożsame. Prawda, że od czasów powstania Chmielnickiego, czyli od czterech wieków, toczy się postępujący proces przetwarzania Ukrainy w małorosyjską prowincję Rosji. Okazał się jednak ostatecznie nieudanym i niemożliwym już dzisiaj do przeprowadzenia. O tego rodzaju procesach nie decydują choćby najwyższej rangi polityczne osobistości, lecz ich istotą jest długotrwała ewolucja narodowościowa, kulturowa i cywilizacyjna, nad którymi nie panuje nikt, poza Matką Historią. Ludzie, a w szczególności władcy despotycznych państw, prędzej, czy później, popadają jednak w megalomanię, sądząc, że są w stanie historię przechytrzyć. Rosja, nie będąc już od ćwierćwiecza potęgą globalną, czuła się zbyt słabą, by tę operację przeprowadzić samodzielnie tak, jak to bywało za czasów carskich i sowieckich. Potrzebowała jakiegoś rodzaju przyzwolenia ze strony Zachodu. Wiedząc, że jej zamiary wobec Ukrainy są w głębokiej sprzeczności z polską racją stanu, Putin być może postanowił, że przekupi Polaków mirażem czegoś więcej niż tylko ochłapu jej terytorium. Zgodnie z sugestiami Żyrynowskiego miał zasugerować, że ofiaruje Polsce nie tylko Galicję, Wołyń i Podole, ale i Kijowszyznę jako polską kolonię. Zamiar był więcej niż przejrzysty. Po pierwsze, rosyjską dyplomację cechuje to, że nigdy nie ma zamiaru dotrzymywać słowa. Dyplomacja i polityka Rosji jest ze swej zasady kłamliwa, a prawdę mówi tylko wtedy, gdy się pomyli. Taką opinię wypracowała sobie Komunistyczna Partia Związku Sowieckiego, której Putin był kiedyś członkiem. Powtarzano wtedy „żart-wcale-nie-żart”, że „jeśli Partia mówi „tak”, to znaczy, że „tak”, jeśli Partia mówi „nie”, to znaczy, że mówi”. Wiarygodność rosyjskich propozycji jest dzisiaj dokładnie taka sama i zamiana pojęć „KPZR” na „Putin” w niczym nie podważa treści porzekadła. Na pierwszy rzut oka widać, że opiera się na kłamstwie i dążeniu do poprowadzenia partnera na manowce jego własnych interesów. Po drugie, wiedząc, że nie ma zamiaru obietnicy spełnić, Putin mógł oferować ile tylko się da, tak jak Pan Zagłoba oferował Szwedom Niderlandy, aby tylko osiągnąć cel w postaci nawet chwilowego zainteresowania się sprawą przez polskie media. Miałby wtedy wspólnika, któremu już by nie było dane się z tego wywikłać. Takie niebezpieczeństwo było juz bardzo bliskie po wypowiedzi Sikorskiego, a chociaż podobno sprawy nie było wcale, to jednak Tusk ledwie się z niej wywinął, zmuszony przy tym do poświęcenia Sikorskiego. Co więc by się działo, gdyby chociaż przez chwilę rozważał tę sprawę jako poważną propozycję? A co by się działo, gdyby rosyjska dyplomacja okazała się na tyle biegła, jak dobra jest o niej opinia i cynicznie potwierdziła, że Tusk przyjął informację do „milczącej wiadomości”? Aż strach pomyśleć!

     Jest przy tym i kolejna trudność. Nie jest łatwo w tej grze posunąć się tak daleko, by zwrócić uwagę rosyjskim władzom, że notorycznie kłamią jak z nut i to w głęboko złych zamiarach, bo też i w całej swojej historii, Rosja akceptowała tylko dwa rodzaje partnerstwa: wasali i byłych wasali, czyli takich, wobec których nie zamierzała dotrzymywać żadnych obietnic. W tej sytuacji, jakikolwiek przywódca Polski, czy Rumunii, który podjąby rozmowy na temat planów rozbioru Ukrainy, musiałby najpierw upaść na głowę. Jakie możliwości reakcji miał w tej sytuacji Donald Tusk, kiedy usłyszał informację o możliwości otrzymania przez Polskę terenów, które prowadziłyby do kontrolowania terytorium Ukrainy aż po Don? W normalnych warunkach, każdy powiedziałby niedoszłemu darczyńcy, że najwyraźniej wypił znacznie za dużo i powinien natychmiast pójść spać. Mógł też powiedzieć „pocałuj mnie w d… Mógł również wybuchnąć lekceważącym śmiechem. Każda z tych reakcji byłaby usprawiedliwiona, ale niekoniecznie zgodna ze sztuką dyplomacji. Mógł również zachować się państwowo-oficjalnie, jak pełną gębą partner rosyjskiego imperium  i powiedzieć „nie interesują mnie rosyjskie propozycje, przejdźmy do rzeczy”. Problem w tym, że Tusk nie miał wystarczającej pozycji, żeby lekceważyć rozmówcę i sugerować mu, że zwariował. Był gościem w czasie, kiedy jego pierwszorzędnym zadaniem było udowodnić Zachodowi, że Polska nie jest atawistycznym nieprzyjacielem Rosji, ale stara się ją rozumieć. Więc bezpiecznie sprawę przemilczał w zgodzie z maksymą, że „milczenie jest złotem”. Jednak w naszym kraju, ta maksyma nie ma wzięcia, tak jak i nie ma tu szacunku dla większości zasad postępowania obowiązujących w krajach nieco bardziej filozoficznie  zaawansowanych.  Putin, mając zapewne doskonałe rozeznanie sposobu, w jaki Polacy rozumowali w dawniejszych czasach, zakładał, że może liczyć  tylko na jedno, a mianowicie na resztki polskiego nacjonalizmu, rodem jeszcze z czasów I i II Rzeczypospolitej. Tyle, że od tamtej pory minęło już prawie trzy czwarte stulecia, pojawiły się nowe pokolenia, mające zupełnie odmienne od przodków pragnienia i priorytety, a sam kraj od z górą dziesięciu lat jest już pełnoprawną częścią Zachodu. W ramach zachodnich zasad międzynarodowej polityki istnieją głęboko już utrwalone standardy, które nie pozwalają na frymarczenie cudzą ziemią. Po części zresztą, sama Rosja jest współautorem kulturowej reorientacji Polski, ponieważ dokonując po 1945 roku przesunięcia jej granic, miejscami nawet o kilkaset kilometrów na zachód, wspomogła również zmianę jej sytuacji geopolitycznej z wielonarodowego państwa wschodniej Europy w homogeniczny kraj mieszczący się dzisiaj bez trudu w kulturowym obszarze jej zachodniej części.

     Putin, dawny sowiecki kagiebista i prawdziwie „russkij czieławiek”, ma z samej istoty swego pochodzenia ograniczoną wiedzę o świecie oraz wewnątrzrosyjski, w pełni zrozumiały dla Rosjan, ale intelektualnie bardzo ograniczony punkt widzenia, który uniemożliwia realistyczne i globalne spojrzenie na własnych sąsiadów oraz na resztę świata. Z całą pewnością nie rozumie fenomenu Unii Europejskiej, która niezależnie od wielu ułomności, stała się czynnikiem zmieniającym zarówno geopolitykę, jak i obraz samej Europy. Po rozszerzeniu o jej wschodnią część, okazała się przy tym na tyle atrakcyjnym wzorcem, że jedynym krajem kontynentu, który razem z Rosją ostentacyjnie ogłasza brak zainteresowania korzyściami płynącymi ze stowarzyszenia z Unią, jest już tylko łukaszenkowa Białoruś. To dla Putina oznacza, że nie rządzi już prawdziwą Rosją, ale tylko jej cieniem. Powrót do zasad funkcjoniowania dawnej, nieistniejącej już Rosji i aprobata jej społeczeństwa dla jego carskich ambicji, może nastąpić w pokojowy sposób tylko wtedy, gdy do laurowego wieńca poczucia potęgi dorzuci rodakom dorzuci zwłoki jakiegoś sąsiada, najlepiej Ukrainy. Tylko wtedy jej mieszkańcy, podniesieni na nacjonalistycznym amoku, akceptują – jak za czasów dawnej Rosji – konieczność obniżenia standardu życia i pełną międzynarodową izolację w zamian za zwiększenie potęgi armii i ułudy dawnej mocarstwowości. Taka jest prawdziwa otoczka putinowskiego postępowania. Godzi się jednak zapytać, czy ma ono szanse sukcesu i co się stać może, gdy sukcesu nie będzie? Odpowiedź na pierwszą część pytania jest całkowicie negatywna, na drugą – trudna i bardziej skomplikowana. Rysują się w tym względzie dwie możliwości. Pierwsza, to taka, że Putin zdąży ze zdemolowaniem w kraju resztek wolności zanim opadnie nacjonalistyczny amok, dla Rosjan będzie już jednak za późno i będą musieli pogodzić się na długie lata z dyktaturą w stylu podobnym do komunistycznej. Druga jest taka, że z tym nie zdąży, jego koncepcja upadnie, a kraj zapadnie się w chaos, ponieważ nie ma wypracowanej żadnej alternatywy wobec despotii. Wtedy, może to być koniec Rosji, jaką znamy od pięciuset lat. A jaka to wtedy będzie Rosja? Ba, to pytanie, na które odpowiedź też bardzo chciałbym poznać.

     Ani Rosja Putina, ani jakakolwiek inna, która po nim nastąpi nie ma szansy na realizację jego utopii. Paradoksalnie, dowodem tego są karesy czynione pod adresem Tuska i Sikorskiego w 2008 roku, które są też istotą dzisiejszego trzęsienia ziemi w Polsce. Tyle, że nikogo – ani opozycji, ani mediów, tak naprawdę nie interesuje sama sprawa ukraińskich granic, lecz awantura, którą – jak im się wydaje – jest łatwo sprzedać. Czy ktoś z przejętych sprawą polityków, czy zaangażowanych w nią dziennikarzy przeanalizował przesłanie autora artykułu, który cytował opinie Sikorskiego? Nawet nie pytam o to, czy analizował rzetelnie i dogłębnie, pytam, czy w ogóle je rozważał? Odpowiedź wydaje się być negatywna. Nie widać oznak, by analizował je ktokolwiek, a żaden z liczących się polityków artykułu nie przeczytał, koncentrując się tylko na przekazach o dwóch krótkich akapitach dotyczących opinii Sikorskiego o Ukrainie oraz jednorazowego i przypadkowego wspomnienia przez niego nazwiska Donalda Tuska. O co więc w całej sprawie idzie?

     Jest zrozumiałe, że nie znając stanu umysłu rosyjskiego przywódcy, nikt nie może przewidzieć, jak daleko Putin się posunie. Wydaje się jednak, że wszystkie agresywne gesty, wojskowe loty nad Estonią, łódź podwodna pod Sztokholmem, to tylko markowanie potęgi, której Putin nie ma. To zasłona dymna dla wewnątrzrosyjskiej potrzeby powrotu do starych i sprawdzonych oraz despotycznych metod rządzenia. Prawdę mówiąc, współczesna Rosja innego wyjścia nie ma. Eksperymenty z wolnym rynkiem i demokratycznymi instytucjami skończyły się fiaskiem, pozostaje tylko jedno – utrzymywanie pozorów imperialnej pozycji jak długo się da. Potem, i tak przyjdzie potop.

     Jak to się wszystko ma do naszego politycznego grajdołka? W tej „debacie” o Sikorskim i rzekomym rozbiorze Ukrainy, wcale nie szło o Polskę i jej stanowisko w sprawach wschodniej części  kontynentu, a tymbardziej nie szło o  integralność terytorialną Ukrainy. Szło o samego Tuska. Wymknął się krajowym wrogom dowodząc, że jest od nich lepszy o pięć długości. Takiej potwarzy znieść nie potrafią. Każde stanowisko, jakie by zajął w tej sprawie, byłoby przez zaściankowych działaczy uznane za światowych rozmiarów skandal i rozpoczęliby starania o niedopuszczenie do objęcia unijnego stanowiska przez człowieka, który miał uczestniczyć w zamiarze rozbioru europejskiego kraju. Taki jest tych działaczy poziom, że mając pełne usta Polski i dobra jej przyszłości, są w stanie storpedować każde osiągnięcie, jeśli tylko nie są jego współautorami.  Jaka  więc opozycja, taki i skandal. Dziwi natomiast to, że właściwie nikt nie kwapi się wyjaśnić na czym ten skandal tak naprawdę polegał? Ludzie biorący w nim udział, świadomie ukrywają jego drugie i prawdziwe dno, bo rzecz się zupełnie kupy nie trzyma. Zadziwia też poziom agresji emanujący z mediów. To jednak zupełnie inna sprawa, z samym Tuskiem związana tylko przypadkowo i również należy się w tej sprawie komentarz.

     Kiedy, po 1989 roku, nastała w Polsce demokracja, byłem tak zapalony do szans, jakie wydawały się dawać nowe przepisy o samorządzie lokalnym, że zgłosiłem swoją kandydaturę do lokalnego samorządu gminy położonej w rolniczej części Mazowsza. Wykupiłem tam kiedyś upadłe gospodarstwo rolne i mieszkałem z rodziną na stałe. Jak się okazało, nie byłem w tym zamiarze sam. W tej samej okolicy kandydowała na radnego osoba o dobrze znanym w kraju nazwisku, równie jak ja zapalona do czynienia samorządowego dobra. Ona sama przetrwała już tylko połowę kandencji, ja całą, tyle, że czyniłem to z narastającą świadomością braku sensu i znaczenia własnej pracy. W jej pierwszej części, lokalne postacie wybrane z miejscowych mieszkańców, czuły się wobec wielkomiejskich inteligentów nieco zagubione i trochę zakompleksione, więc nasza pozycja była wysoka i zgłaszane projekty brano jakoś pod uwagę. Rychło jednak zrozumiano, że władzę ma większość, a nie jakość, szybko utraciliśmy autorytet, a moja koleżanka w coraz większym stopniu traktowana była nie tyle nawet nonszalancko, ile z narastającym chłopskim chamstwem. Nie będąc kobietą, ani przedmiotem niewybrednych żartów, wytrzymałem do końca kadencji, lecz w pełni świadom tego, że mój wpływ na gminne życie jest zerowy. Zapytałem wtedy jednego z samorządowych kolegów, jaka jest przyczyna tego, że dla dobra sprawy nie chcą wykorzystać umiejętności ludzi najlepiej przygotowanych? Odpowiedź była zaskakująca: „pan po prostu łodstaje”, orzekł kolega posługujący się lokalną gwarą. Zdziwiony, chciałem jakoś wykazać swoją intelektualną wyższość, zadałem więc jeszcze jedno pytanie, które miało postawić go pod ścianą: „w którą mianowicie stronę to ja „łodstaję” – w lewo, czy w prawo?” Ten, wcale nie zmieszany, odrzekł: „nie ma znaczenia, w którą, ważne, że pan łodstaje”. Zrozumiałem wtedy klucz do polskiej polityki. Przesłaniem dążących do wygrania wyborów jest jednakowość z wyborcami i niedopuszczenie do zjawiska odstawania od przeciętności. A wyborca jaki jest, każdy widzi, a ja sam mieszkając w terenie wiejskim wiem to nazbyt dobrze. Tym sposobem, zerwałem z polityką w pełni świadom tego, że skoro nie stać mnie na poniżanie się do udawania kogoś innego, to do tej gry się nie nadaję. Z perspektywy czasu przyznaję sobie całkowitą słuszność i już jako weteran „łodstawania” obserwowałem polityczne przygody Joanny Muchy i Radosława Sikorskiego z ciekawością, ale i znajomością sprawy. Oboje od reszty „łodstają”, chociaż każde z nich czyni to na inny sposób. Patrząc na rzecz z perspektywy czasu trzeba uznać, że Joanna Mucha była najciekawszym i chyba najinteteligentniejszym ministrem sportu. Niestety, jej uroda i kobiecy wdzięk pobudzały męską wyobraźnię tak bardzo, że nie potrafili znieść myśli, że nie tylko jest ministrem, ale na codzień jest z kimś innym i że inteligencja dorównuje urodzie. Rzucano więc obelgi i przytyki tak długo, aż media dopięły swego i ministrem być przestała, przestała też drażnić swą figurą wielu niedoszłych mężów stanu. Z Radosławem Sikorskim sprawa w swej istocie jest podobna, chociaż nie wiążą się z tym zapewne nocne polucje. Sikorski, przy swojej megalomanii i słabościach, jest w świecie uważany za człowieka Zachodu i równego partnera dla tamtejszych polityków. Dla świata nie jest prowincjuszem, jak większość polskich polityków, ale światowcem, operującym doskonałą angielszczyzną, ożenionym ze znaną nowojorską dziennikarką i do tego mieszkającym w szlacheckim dworku. To za dużo jak dla mieszkańców kraju, w którym – jak wiadomo – każdy jest jakiejs odmiany szlachcicem, a przecież „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” i żaden zagraniczny przybłęda nie ma prawa psuć dobrego mniemania o samych sobie. W tej sytuacji, jego los był przesądzony, a niegdysiejsza próba wygrania prezydenckich wyborów, to nie tyle nawet dowód naiwności, ile świadectwo owej „światowości”, obciążonej nieznajomością mentalności prowincjuszy. Tacy zawsze wolą „swojaka”, nigdy kogoś, kto nawet z jak najbardziej uzasadnionych przyczyn, aspiruje do wybitności. Polacy w swej większości, przyznają zwykle rację tylko sobie samym, a ludzi wybitnych zaczynają cenić dopiero po ich śmierci.

   Świat mediów, tak jak inne instytucje i zjawiska społeczne, również nie powstaje z niczego jak deus ex machina, lecz jest produktem własnego otoczenia. Trudno się więc spodziewać, że w naszym kraju mógłby pojawić się i utrzymać w mediach tak wybitny dziennikarz, jak Ted Koppel. Jeszcze w czasie, gdy mieszkałem w Waszyngtonie, z podziwem oglądałem prowadzone przez niego wywiady z najwybitniejszymi osobistościami świata, nawet tymi najbardziej kontrowersyjnymi. Urzekało w nim jedno: sam mówił mało i trudno było nawet zorientować się w jego osobistych poglądach, ale pytania zadawał w taki sposób, że interlokutor stawał się widoczny jak na dłoni. Gdyby polskie dziennikarstwo było podobne do amerykańskiego, nie doświadczalibyśmy karczemnych widowisk z udziałem ludzi mediów, lecz moglibyśmy dowiedzieć się czegoś ważnego. Tymczasem, królują u nas poglądy i racje żurnalistów, dla których opinie osób zapraszanych, to tylko tło dla własnego brylowania. Jeden z telewizyjnych prezenterów posunął się nawet tak daleko w krytyce posła Niesiołowskiego, że zasugerował widzom, by posła już nie wybierać na następną kadencję. „Czwarta władza”, to w państwach demokratycznych określenie wolnej prasy, mediów elektronicznych i środków masowej komunikacji, którą uważa się za tak ważną, że stawia w jednym szeregu wpływów obok władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Jej siła może być tak ogromna, że mająca wpływ na kształtowanie społeczeństwa i polityki. Poza tym, spełnia ważną funkcję kontrolną poprzednich trzech władz, aby nie dochodziło do nadużyć i korupcji. Musi to jednak spełniać przynajmniej jeden warunek, a mianowicie w sprawach, w których się wypowiada, wypowiadać się kompetentnie. Polskie media są natomiast pełne nie tyle kompetencji, ile medialnego jazgotu i zadowolenia z tego, że udało się zrobić jakieś zamieszanie. Nic bardziej dowodnego, że albo nie rozumieją istoty swojej misji, albo też nie mają umiejętności, by ją realizować.

     Ktoś może dojść do wniosku, że przedstawiona opinia jest cyniczna. Odpowiadam na to, że tylko narody wiecznie przegrywające są romantyczne. Narody silne i stabilne są z tej właśnie przyczyny silne i stabilne, że potrafią być też egoistyczne. Warto się cieszyć, że zasada stosuje się wreszcie i do samej Polski. Medialny obraz nie ma w tej sprawie nic do rzeczy i pozostanie tylko przemijającym zjawiskiem. Rozumne jest natomiast poddać się prawom natury rzeczy, a nie pławić się w płaczliwym romantyzmie prowadzącym donikąd. Po wybuchu medialnej burzy godnej grajdołka, a nie poważnego kraju, nie można nie uznać, że zachowanie strony polskiej w kontaktach z Rosjanami w 2008 roku było w pełni racjonalne. Okres nie sprzyjał czynieniu ze sprawy rosyjskich sugestii jakiegoś rodzaju alarmu  z dwóch powodów. Po pierwsze, trzeba było wziąć pod uwagę ówczesne euforyczne nastroje większej części Zachodu w stosunku do pozornej, jak się okazało, perspektywy demokratyzacji Rosji i marzeń o czynieniu z nią wielkich interesów. Niektórzy, nawet sam Zbigniew Brzeziński, uznawali wtedy jeszcze za możliwe poszerzenie europejskiej strefy wolnego handlu o Rosję oraz sięgnięcie z nią aż do Pacyfiku i chińskiej granicy. Liczono już krociowe zyski z transkontynentalnego handlu. Ujawnienie w tym samym czasie treści padających ze strony Putina sugestii spotkałoby się nie tylko z niedowierzaniem, ale mogłoby wręcz pogłębić ówcześnie panujący pogląd o odwiecznej antyrosyjskości Polski i Polaków oraz ich wrodzonej nieodpowiedzialności. Po drugie, o czym przekonani do swej zawodowej szlachetności żurnaliści wiedzieć nie chcą, nie leżało w polskich interesach nagłaśnianie putinowskich zamiarów w stosunku do Ukrainy Janukowycza, lecz raczej przygotowanie się do tych wydarzeń. Znamienny jest spokój, z jakim polska polityka zagraniczna potraktowała i traktuje nadal wydarzenie ukraińskie. Nie ma cienia zabiegania o udział w konferencjach, ani pędu do współpracy z Poroszenką i jego ekipą. Przyczyna jest prosta. W interesie Polski leży Ukraina stabilna i kulturowo trwała. Jednak w obecnych granicach nie jest ona w stanie tego osiągnąć. Powinna stać się mniejsza, niż dzisiejsza, ale za to narodowo jednolita i politycznie stabilna. Tego nie dałoby się zrobić ani z Ukrainą Janukowycza, ani Julii Tymoszenko, ale trudno będzie również i z Ukrainą w jej obecnym kształcie. Wciąż jest za duża i targana zbyt wieloma sprzecznościami. W interesie Polski nie są sensacyjne wydarzenia, lecz oczekiwanie na pojawienia się na wschodniej granicy odpowiedzialnego i przychylnego partnera, nie zaś  kłopotliwego sąsiada. Ten sąsiad stanie się kłopotliwy, jeśli będzie za duży jak na swoje możliwości oraz zbyt różnorodny kulturowo. Jeśli porzucimy polityczną poprawność, a z całą pewnością nie zrobi tego dzisiaj żaden polityk, to przyznamy, że postępowanie Putina w stosunku do Ukrainy jest do pewnego stopnia w polskim interesie geopolitycznym. Rosja, to prawda, najchętniej widziałaby zniknięcie tego państwa z mapy Europy i jego wchłonięcie przez „bratni naród rosyjski”. W interesie Polski nie leży zniknięcie Ukrainy, ale oczekiwanie na zmniejszenie się rozmiarów jej państwa oraz jego ujednolicenie na tyle trwałe, by dokonało się ostateczne rozejście się narodowych emocji Rosjan i Ukraińców. Szczęśliwie, to się właśnie dzieje i polska ingerencja byłaby nie tylko nie na miejscu, ale i kontrproduktywna. W tej fazie rozwoju, wydarzeń, znacznie lepiej jest stać na uboczu głównego nurtu wydarzeń, niż szarpać się z niewyjaśnioną rzeczywistością.

     Opozycja żeruje na emocjach historycznych, podpowiadając, że dzisiejsza granica polsko-ukraińska „sztucznie rozdziela” homogeniczny obszar, który posiada mocne wewnętrzne więzi: ekonomiczne, kulturowe, językowe, etnograficzne, historyczne oraz religijne. Granica, to tylko linia, która rzekomo rozdzieliła rodziny i więzi pomiędzy ludnością zamieszkującą te obszary od wieków. Z pozoru, nic więc prostszego, jak przegnanie z Ukrainy Rosjan i unicestwienie ostatniej przeszkody do odczuwania przez jej mieszkańców takiego samego rodzaju emocji, jak ma to miejsce ze strony najbardziej romantycznych Polaków. Jest tylko z tym jeden problem. Historia ekspansji i upadku Pierwszej Rzeczypospolitej, to również historia odebrania Ukraińcom przez Polaków całej ich warstwy inteligencji i przekształcenie jej w polską szlachtę. Tym sposobem, Ukraińcami pozostały „chamy”, ale już nie „pany”, którzy przesiedlili się w rezultacie II wojny światowej na zachodni brzeg Bugu. Dzisiejsza polsko-ukraińska polityka, to nie zwykłe zagadnienie międzynarodowe, ale dla obu krajów jak najbardziej wewnętrzne, które musi odpowiedzieć na pytanie, jak pogodzić aspiracje ukraińskich „chamów” z romantycznym poczuciem wyższości polskich „panów”. Ci ostatni widzą całą przestrzeń pomiędzy Odrą i Dnieprem jako swoistą wspólnotę pomalowaną tylko w odmienne barwy narodowe. Wydaje się, że większe zrozumienie tego problemu wykazują Ukraińcy, niż sami Polacy i nie spieszą się nadmiernie z pokazem przyjaźni. Warto się poważnie zastanowić nad tym, w jaki sposób budować sąsiedzką przyszłość również w zgodzie z ich, a nie tylko z naszymi interesami narodowymi. Pytanie tylko, czy na takie postawienie sprawy stać stronę polską?

2. Kształt wschodnioeuropejskiej przestrzeni w oczach polskich romantyków.
pluk      Warto również zdać sobie sprawę z tego, że Ukraina w obecnym kształcie nie jest dla nikogo wiarygodnym partnerem, ponieważ tak dramatyczne zróżnicowanie pod względem języka, poczucia narodowości i poziomu kulturowej wspólnoty wywołuje najzupełniej sprzeczne siły i emocje i grozi przyszłymi wstrząsami. Najważniejsze z tych komplikacji ilustruje mapa językowo-etnicznego jej zróżnicowania. Słuszne są twierdzenia, że na całą sprawę spoglądać należy z pewnego oddalenia. Przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie energicznie wkroczyć do akcji. To, co jest z całą pewnością racjonalne w dniu dzisiejszym, to przygotowywanie się do tej przyszłości i to najlepiej bez zbędnego hałasu i prowadzących donikąd awantur.
Enticzno-jezykowe zroznicowanie Ukrainy

            Jak wynika z powyższej mapy, tereny o zwartej i w miarę jednolitej ludności uważającej się za Ukraińców „z dziada pradziada”, to nie bez przyczyny tylko obszar dawnej Ukrainy z czasów Rzeczypospolitej Polski i Litwy. Dodajmy, że to również obszar, który był przedmiotem wojen polsko-kozackich opisanych w sienkiewiczowskim „Ogniem i mieczem”. Ich rezultatem, był podział Ukrainy na Zadnieprzańską (rosyjską) i Przeddnieprzańską (polską). Cała reszta – Naddniestrze, Odessa, Krym i Donieck, to regiony powstałe w następstwie zupełnie innych wydarzen – wojen rosyjsko-tureckich prowadzonych od czasów carycy Katarzyny Wielkiej. Również ich zasiedlanie odbywało się wedle rosyjskich norm, a nie polskich, ukraińskich, czy europejskich. Dzisiaj, najzupełniej niespodziewanie dla wszystkich, połączyło je to, że wcale nie zapragnęły znaleźć się pod władaniem Rosji. Ale tego, czego naprawdę pragną, nikt jeszcze nie wie. Nie wie tego jeszcze i sama Ukraina, ani jej mieszkańcy. To z tej przyczyny nie należy się spieszyć z „pomaganiem”, lecz poczekać na dalszy rozwój wydarzeń. Wybieganie przed orkiestrę zawsze kończy się śmiesznością.


2 thoughts on “KTO WYRASTA, TEN „ŁODSTAJE”, CZYLI WEWNĘTRZNA NIEPEWNOŚĆ „CZWARTEJ WŁADZY”

  1. Nie wiem co to za kontrrewolucja ta narodowa, ale jest pewne, że rozdzielanie wiedzy od mądrości jest tradycją azjatycką (również i rosyjską), nigdy europejską, gdzie wiedza i mądrość, to jedno, a mądrość jest następstwem wiedzy. Dlatego nie ma w niej miejsca ani dla cara z Bożej łaski, ani dla Boga jako elementu wiedzy. To tylko przestrzeń wiary, nigdy racjonalności. W przestrzeni wiedzy panem jest człowiek a nie Bóg, czy półbóg w rodzaju Putina. Osiągnięcie stanu mądrości bez wiedzy jest zjawiskiem religijnym i ma miejsce w rezultacie Objawienia. To jednak nie wymaga żadnej wiedzy i może przydarzyć się nawet analfabecie. Dla mnie to jednak za płytki rodzaj wiedzy, by tracić czas a Objawienie,jeśli ma mi się przydarzyć, to przypełznie samo.
    Na marginesie megalomanii komentatora: Radzi mi podszkolić się w ekonomii, więc spieszę poinformować, że jestem profesorem nauk ekonomicznych z czterdziestoletnim doświadczeniem, jeśli to nadal mało by mu dorównać, znaczy to że sam jest półbogiem o rozmiarach Putina.

  2. Bardzo ciekwy punkt widzenia. Mogę powiedzieć, że jestem stałym czytelnikiem i cenię sobie rzetelną analizę spraw poruszanych na tym blogu. Wydaje mi się także, że szkoda czasu na odnoszenie się do komentarzy wynikających z niezrozumienia podstaw rozważań – chociaż przyznaję, zabawnie jest je czytać.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *