O ISLAMIE RAZ JESZCZE. CZY TO JUŻ KONIEC ŚWIATA CO DA SIĘ ZROZUMIEĆ?

Sun sets over Ottoman-era Suleymaniye mosque in Istanbul

Europa współistnieje z islamem od półtora tysiąca lat, który zmienił też gruntownie jej geopolityczną sytuację. W czasach rzymskich, była wielką cywilizacja rozłożoną na wszystkich brzegach Morza Śródziemnego, chłonąc kulturowe elementy zarówno z europejskiego Zachodu, jak i ze starych cywilizacji bliskowschodnich i północno-afrykańskich. To nie przypadek, że chrześcijaństwo, zanim stało się fenomenem zachodnim i czysto europejskim, zrodziło się w żydowskiej Jerozolimie. Ekspansja islamu zmieniła to na zawsze. Łacińskość została ze wschodnich rejonów Śródziemnomorza wypchnięta do samej tylko Europy, a na długie stulecia nawet poza Pireneje. Jedynymi kierunkami ekspansji, jakie jej pozostały, to irlandzko-skandynawska Północ i germańsko-słowiański Wschód. Ten ponowny, nieznany za czasów Aleksandra Macedońskiego i hellenizmu, rozdźwięk między europejską zachodniością a orientalną bliskowschodniością, powrócił i pozostał trwałym elementem regionalnych stosunków. Nie zapobiegły temu nawet wyprawy krzyżowe.
Różnice między Europą a Bliskim Wschodem mają głęboką treść w przestrzeni społecznej mentalności i wynikają też ze składu genetycznego ludności. Nie da się tego sprowadzić do samej interpretacji tych samych religijnych „ksiąg początków”. Kiedy słyszę prominentnego intelektualistę, powołującego się na wrodzoną rzekomo Zachodowi wspólnotę jego mentalnej tradycji z kluturą Syrii i starożytnego Izraela ze względu na „identyczność ksiąg naszych początków”, to wiem, że nieporozumienie ma taki właśnie, mentalny charakter. Nie da się tego pogodzić w ramach samego tylko intelektu. Różnica mentalna, to nie tylko odmienne podejście rozumowe, to przede wszystkim inny rodzaj intelektu, posługujący się różnym rozumieniem tych samych pojęć oraz równie głęboko rozbieżną wizją rzeczywistości. Zachodni orientaliści długo nie chcieli tego przyjąć do wiadomości faktu, aż zetknęli się ze współczesną agresywnością islamu, której nie potrafią ani wyjaśnić, ani zrozumieć czy to w kategoriach różnic językowych, czy też w przestrzeni pojmowania Boga. Z pozoru powinniśmy być razem, jednak jesteśmy osobno aż do nienawiści.
Nieporozumienia pomiędzy cywilizacją muzułmanów a resztą świata sprowadzają się do tak głęboko odmiennej mentalności, że można je skrótowo ująć w postaci różnic pojęciowych i całkiem innego postrzegania tych samych zjawisk i kategorii kulturowych. Jest zadziwiające, że nauka zachodnia uparcie sprowadza rzecz do drobnych różnic pomiędzy „bratnimi” religiami monoteistycznym, które mają być niemal jednakowe, bo uznają pierwotność tych samych świętych ksiąg i tego samego Boga wyznawanego już przez Abrahama. Kwintesencją nieporozumienia stało się ukazujące się niemal corocznie i do tego w milionowym nakładzie dzieło amerykańskich teologów i religioznawców pod sformułowanym nieco krotochwilnie tytułem Comparative Religions for Dummies. Angielskie dummies, to nie tyle nawet „głupcy”, ile „głupole”, czyli ludzie, którym się nie chce dokonać intelektualnego wysiłku. Książka ma im w tym pomóc, będąc porównaniem trzech religii – judaizmu, chrześcijaństwa oraz islamu z punktu widzenia wartości uznawanych za tak powszechne i oczywiste, że łatwe do zrozumienie nawet dla dummies. Dwaj teologowie i religioznawcy – W.P. Lazarus i M.Sullivan otwarcie argumentują, że wszystkie trzy religie monoteistyczne – judaizm, chrześcijaństwo oraz islam są właściwie ze sobą tożsame. „Chrześcijanie, muzułmanie i Żydzi wierzą w tego samego Boga i są powiązani wspólnotą pochodzenia od Abrahama, ale jednak wolą atakować się wzajemnie niż podtrzymywać rodzinne więzy pojednania”. Tymczasem – dowodzą autorzy – fakty pozornie świadczą o czymś innym i „można nawet uznać, że judaizm, chrześcijaństwo oraz islam są tak zjednoczone swoimi zasadami i wspólnotą przeszłości, że można je uznać za zwykłe odgałęzienia tej samej religii”. Jest znamienne, że nie istnieją dla autorów książki żadne inne religie świata – ani buddyzm, ani hinduizm, czy też religie Chin wyznawane w sumie przez większą liczbę ludzi, niż same tylko trzy „religie Księgi”. Trudno nawet zrozumieć, jakiego rodzaju przesłanie mieli na myśli autorzy książki zestawiającej te trzy wyznania i nadając im status tożsamości, skoro najpoważniejszy konflikt współczesnego świata przebiega pomiędzy Zachodem oraz islamem, czyli wyznawcami tej samej Księgi Początków. Ciekawe, co takiego mieliby do powiedzenia w obliczu rytualnego mordu dokonanego niedawno przez muzułmańskich bojowników na amerykańskim dziennikarzu w zasięgu telewizyjnych kamer? W jakim znaczeniu wywodu dałoby się uznać, że ten czyn wynika ze „wspólnych źródeł”? Nie zauważaja nawet tego, że w przeciwieństwie do Chrystusa, czy Buddy, Mahomet nie żądał od wyznawców bezinteresowności i wybaczania uczynków, ale przeciwnie, wybitnej i jednoznacznej interesowności. Jak podkreślał średniowieczny uczony Ibn Qutayba – „islam przypisuje rządzeniu cztery sprawy: sprawiedliwość, łupy wojenne, modlitwę piątkową oraz dżihad”. Gdzie tu miejsce dla chrześcijańskiego miłosierdzia i miłości bliźniego?
We wcześniejszych rozważaniach zajmowaliśmy się szczególną stroną świata islamu, umykającą zwykle uwadze teologów i religioznawców. Zauważyliśmy, że tą istotą nie jest sama tylko religia i forma oddawania czci Bogu, ale jego społeczna spoistość, która wcale nie wynika z Koranu, lecz ze szczególnej pozycji męskiej części społeczeństwa. W swej istocie sprowadza się do prawa każdego wiernego płci męskiej do posiadania przynajmniej jednej kobiety. Islam jest pod tym względem kulturą unikalną, ponieważ w jego społeczeństwie najbardziej istotny jest podział wedle płci, a nie według klas i warstw społecznych, tak jak to ma miejsce gdzie indziej. W tym ostatnim przypadku naturalne stają się napięcia pomiędzy bogatymi a ubogimi, potężnymi władzą a słabymi podrzędnością. W świecie islamu, tego rodzaju napięcia oczywiście również istnieją, ale ich znaczenie jest drugorzędne. To, co muzułmanie uznają za najważniejsze w swoim życiu, to posiadanie możliwie wielu kobiet i możliwie licznej rodziny z męskim patriarchą na czele. Wszystkie inne sprawy schodzą w tej sytuacji w cień. Wiązaliśmy to ze specyficznym poczuciem honoru, wynikającym z tego, że jest tam powszechnie uznawane za hańbę pozostawanie w stanie bezżenności. Mężczyzna stanu wolnego uznawany jest za osobę nie w pełni sprawną, więc i pozbawioną prawa do manifestowania honoru. Teza spotkała się z powątpiewaniem wielu czytelników, a to z tej przyczyny, że informacje, jakie są powszechnie dostępne o treści samego islamu, koncentrują się wokół jego „pięciu filarów”, w których ramach ta akurat sprawa nie jest przedmiotem uwagi i uznawana za najzupełniej oczywistą i nieulegającą dyskusji. Do „szóstego filaru”, określanego słowem „dżihad”, arabiści nie przywiązują już takiego znaczenia, uznając go tylko za różnie interpretowany dodatek. Istotnie, w nauce o islamie i procesie jego propagowania wśród innych kultur świata, formalnie jest tych „filarów” pięć: (i) szahada, czyli, publiczne wyznanie wiary w jedynego Boga o imieniu Allach; (ii) salat – obowiązek pięciokrotnej w ciągu dnia wspólnotowej modlitwy, której przebieg jest dokładnie uregulowany, a odstępstwa nietolerowane; (iii) zakat, a więc bezwzględny nakaz wspomagania uboższych, pozwalający osłabić skutki niesprawiedliwości; (iv) saum, czyli wspólnotowe poszczenie od świtu do zmierzchu w okresie Ramadanu oraz (v) hadżdż – odbycie pielgrzymki do Mekki. Wszystkie są na tyle neutralne i „bogobojne”, że niejednemu mogłoby przyjść na myśl, że islam jest religią bardziej „ludzką” i nastawioną prospołecznie niż chrześcijaństwo, koncentrujące uwagę wiernych na uczestnictwie w nabożeństwach, świętach kościelnych i wsparciu liturgicznym kapłanów, a nie na samym tylko współistnieniu z bliźnimi. Tyle, że ta muzułmańska bogobojność znalazła się w rażącej sprzeczności nie tylko ze zbrodniami dokonywanymi przez bojowników „Kalifatu Syrii i Iraku”, ale też nie wyjaśnia zamiaru opanowania przezeń całego świata, a przynajmniej całego świata muzułmanów. Wyjaśnienia nie znajdziemy w żadnym podręczniku wydanym przez islamskich uczonych, ani też w dziełach autorstwa zachodnich religioznawców. Jak to się dzieje, że w tym względzie religia jest omawiana w sposób, który zmierza do udokumentowania identyczności osoby Boga we wszystkich trzech religiach, ale w żadnym zakresie nie tłumaczy wydarzeń dziejących się na naszych oczach oraz mających z nimi bezpośredni związek? Dlaczego nauczanie islamu, jako zupełnie pokojowej i „ludzkiej” religii, stoi w jaskrawej sprzeczności z jego widocznym okrucieństwem, pasją do wojowania i zabijania inaczej myślących?
W poprzednich rozważaniach poświęconych islamowi koncentrowaliśmy uwagę na jego stronie społeczno-rodzinnej, a nie na podobieństwach teologicznych z innymi religiami. W społecznej rzeczywistości, to jednak religia służy systemowi, a nie na odwrót. Ludzie Kościoła i meczetu chętnie o tym zapominają z tego zresztą względu, że sugerowanie tożsamości dwóch sfer pozwala im na szerszą ingerencję w świat pozareligijny. Sama religia służyć może ludziom tylko na tyle, na ile jest zgodna z postrzeganiem przez nich otaczającego ich świata. Gdyby było inaczej, autorzy cytowanej książki, zamiast teoretyzowania wskazywaliby fakty. Tymczasem, fakty świadczą przeciwko ich idealizowaniu roli religii w relacji do trwałości społecznych obyczajów. Trzeba pamiętać, że Bliski Wschód ma historię wielokrotnie dłuższą niż istnienie samego islamu, a w jego przestrzeni zawsze dominowało przekonanie o nicości człowieka w obliczu Boga, będące zaprzeczeniem greckiego humanizmu i jego wiary w nieskończone możliwości ludzkiego umysłu. To, że chrześcijaństwo wzięło początek z Jerozolimy, to tylko czysty zbieg okoliczności, a i w samej treści przesłania Jezusa przebija się głęboko humanistyczny i śródziemnomorski, a nie bliskowschodni akcent wiary, czyli uznawanie wszystkich ludzi za jednakowo godnych człowieczeństwa, nie zaś tylko tych, którzy wierzą we „właściwego” Boga. Bóg chrześcijański – inaczej niż Allach i Jahwe – uznaje kobiety, innowierców oraz pogan za osoby równe w człowieczeństwie wobec chrześcijańskich mężczyzn. Tego progu nigdy nie przekroczył ani judaizm, ani islam, które zawsze uznawały za pełnoprawnych ludzi jedynie swoich męskich współwyznawców, uznając resztę za byty niższego rzędu pozbawione prawnej ochrony. Zamordowanie na oczach milionów ludzi dziennikarza innej wiary wcale nie musi być tam uznawane za zły uczynek, jeśli prowadzi do chwały islamu. Zrozumiałe oburzenie wyraziły w tej sprawie tylko społeczeństwa zachodnie, ze strony świata muzułmanów zapanowało milczenie, nie miał miejsca ani żal, ani żaden rodzaj wstydu.
Tolerancja zachodniego typu oparta jest na dogmacie prywatności religii i związanym z nią kultem, co prowadzi do zasady, że nikt nie ma prawa zaglądać innemu w sumienie. W tradycji muzułmanów, ludzkie sumienie nie jest bytem samoistnym, liczą się tylko społeczne zachowania oceniane zwykle surowo, lecz nie w kategoriach uniwersalnej moralności typu chrześcijańskiego, ale w zgodności z dogmatami samego islamu i nie z uniwersalną moralnością i etyczną właściwością czynów. W przekonaniu muzułmanów uniwersalna moralność nie istnieje, jest tylko własna i religijna, stosowana tylko wobec współwyznawców. Nikogo tam nie interesuje, co człowiek myśli i co czuje, ważne jest natomiast, co czyni w obecności innych i co czynić z nimi musi. W odróżnienia od innych religii, istotą islamu jest wspólnotowość sumienia wyznawców, a nie jego prywatność i możność jednostkowej oceny postępowania. Jest znamienne, że wyznanie wiary w Allacha musi być wypowiedziane w obecności określonej liczby świadków i dopiero wtedy staje się dowodem wiary i faktem nieodwracalnym na całe życie. Tyle, że sam Allach nie jest uważany za wystarczająco mocnego świadka. W wyznaniu wiary muszą uczestniczyć inni muzułmanie, by nabrało mocy prawnej. Sam Allach nie wystarcza. Osobę porzucającą islam czeka pewna śmierć, bo sprzeniewierzył się nie tyle Allachowi, ile współwyznawcom i świadkom jego wyznania.To oni są dotknięci w swoim honorze i oni mają obowiązek wykonać karę, a Allach nie ma tu nic do rzeczy i nikt go o nic nie pyta.
Drugi filar, realizowany jest w postaci publicznej modlitwy. Wszyscy muzułmanie modlą się na oczach innych i wykonują przepisane ruchy tak, by współtowarzysze widzieli, czy nie markują żarliwości. Jeśli ktoś się publicznie nie modli, jest usprawiedliwiony tylko wtedy, gdy jest chrześcijaninem lub Żydem, inaczej czeka go kara śmierci lub niewolnictwo. Jeśli jest wyznawcą innej religii, przestaje być jednak pełnowartościowym człowiekiem, można bezkarnie pozbawić go życia, żony i majątku. Skutki tej bardzo swoiście rozumianej zasady „społecznego współżycia” przekształciły się w tragiczny los irackich Jazydów.
„Zakat”, to zasada dzielenia się majątkiem z uboższymi. Jest jednym z najsilniejszych społecznych i ekonomicznych zworników islamu, zupełnie nieznanych Zachodowi i mylonych z dobroczynnością. Pobożny muzułmanin nie musi ani pracować, ani nadmiernie się wysilać, jeśli nie ma na to ochoty lub waruków. Wystarczy, że się modli i jest człowiekiem pobożnym. Ten, kto osiągnął większy materialny sukces, ma za to bezwględny obowiązek dzielenia się z uboższymi i musi przeznaczać na ten cel corocznie nie mniej niż dwudziestą część swego majątku. Ten, kto się nie wysila za bardzo, ma „święte prawo” liczyć na pomoc od tych, którym się wysiłek z jakiegoś powodu opłacił. Tyle, że w tej sytuacji, tym ostatnim nie opłaca się wysilać za bardzo. Jeśliby w ciągu roku zarobili sto milionów dolarów, to dwa i pół miliona musieliby bez protestu oddać na rzecz bliźnich, niezależnie od podatków państwowych i innych kosztów, a w okresie Ramadanu wystawiać jeszcze stoły żywnością dla mniej zamożnych. Trudno się dziwić, że egoistyczna w gruncie rzeczy zasada konkurencji, która poprowadziła społeczeństwa Zachodu do stałego wzrostu gospodarczego i dobrobytu, w świecie islamu nie działa wcale.
Pozostałe dwa obowiązki są równie kosztowne. Czterdziestodniowy post w miesiącu Ramadan zobowiązuje wiernych do odmówienia sobie jedzenia, napojów, tytoniu, seksu i innych przyjemności od świtu do zachodu słońca. Jest powszechnie znany fakt, że wydajność pracy w tym okresie spada niemal do zera, a noce poświęcane są na objadanie się i używanie życia, co również nie służy efektom gospodarczym. Obowiązek pielgrzymki do Mekki, to życiowa podróż, w której wierny spędza tygodnie a nawet miesiące. Również i ona jest czynnikiem działającym niekorzystnie na społeczną wydajność i produktywność. Jest zagadką, czy Mahomet, twórca tych zasad, rozumiał ich gospodarcze konsekwencje? Wiele wskazuje na to, że rozumiał je doskonale, tyle, że uznał, że od owoców własnej pracy, pożyteczniejszy jest rabunek związany z nawracaniem niewiernych na prawdziwa wiarę. Wtedy, przestaje być tylko rabunkiem, stając się pobożnością. Tak rozumiana sprawiedliwość służy jednak tylko współwyznawcom. Samych rabowanych już nie dotyczy.
Z kolei dżihad, to niegdysiejsze źródło łupów, bogactwa oraz potęgi muzułmanów, a ich ważnym elementem zawsze były kobiety. Jak powiadają muzułmanie, wykarmienie i wychowanie dziewczynki jest wielkrotnie droższe od porwania dorosłej i wykarmionej.Tyle, że możliwości łatwego wzbogacania się kosztem innych i porywania kobiet wyczerpały się już w XIV wieku, czyli osiemset lat temu. Nie jest przypadkiem, że od tego okresu islam przestał się rozwijać i utracił wiele z męskich atrakcyjności, pozostawiając ich zwykle z jedną tylko żoną. Nie potrafiąc tworzyć bez rabunku, pozostał regionem zacofanym i niechętnym reszcie świata pod każdym względem.
Każdy mężczyzna-muzułmanin, to również potencjalny wojownik o „prawdziwą wiarę”. System zazdrośnie strzegł ich równości i honoru, przyciągając wielu niewiernych w imię korzyści uzyskania tych samych praw. Równość pomiędzy ludźmi, to odwieczny cel wielkich ruchów społecznych. Cel w praktyce nieosiągalny, a idea powszechnej równości zawiera w sobie również element zniewolenia, ponieważ zawiera sprzeczną z nim ideę sukcesu zwycięzców wobec zwyciężonych. Człowiek sukcesu różni się od innych tym właśnie, że zwyciężżeni są mu nierówni. Świat islamu wybrał drogę unicestwienia nie tylko konkurencji w gospodarce i korzyści płynących z indywidualnych talentów, czy sukcesów wynikających z ludzkich walorów, ale również jakiejkolwiek istotnej odmienności. Inaczej mówiąc, islam wykastrował dążenie do sukcesu, nie uznając go za samoistny i naturalny cel dla jednostki. W życiu muzułmanina, sukces, to nie wyróżnienie i wybicie się ponad przeciętność, ale uzyskanie jednakowości w opinii współwyznawców. To również jedna z przyczyn delegalizacji sztuki figuratywnej, której istotą jest zróżnicowanie talentów artystów oraz ich wytworów. W świecie islamu dozwolone jest tylko przedstawianie elementów roślinnych i wzorów geometrycznych, nigdy zwierząt, ludzi i ich twarzy, a sama sztuka nie może być elementem konkurencji w wyrażaniu piękna, lecz tylko drogą wielbienia Allacha. W sztuce dopuszczającej wszystkie formy wyrazu, artyści mogliby dać dowody indywidualizmu i wielkości dla świata islamu niedopuszczalnej, bo nacechowanej osobowością, czyli czymś nieakceptowalnym, bezbożnym i grzesznym.
Jaka jest tajemnica tej ostatniej systemowej cechy, skoro dla świata zewnętrznego rzecz jest zupełnie niezrozumiała? Co kryje się w przesłaniu tej pozornej równości, że półtora miliarda ludzi woli żyć w niedostatku, we wrogim otoczeniu reszty świata i w braku chęci nawet do samej tylko o nim wiedzy. W jaki sposób system, który ze swej istoty ogranicza jednostkowe sukcesy ludzi i zrównuje do poziomu jednakowości, mógł okazać się tak bardzo trwały, że nie chce i dzisiaj przejść do historii, pomimo wyraźnej utraty uroku? Jest na to odpowiedź, ale kryje się raczej w emocjonalnej naturze człowieka, nie mając nic wspólnego ani z Allachem, ani z samą wiarą w świat nadprzyrodzony. Jego treść zamyka się we wspomnianym wcześniej „szóstym filarze islamu”, określanym słowem „dżihad”. Mieści się tam trwały obowiązek działania w obronie wiary, nieograniczony ani porą dnia, czy roku, ani też sytuacją materialną, czy polityczną, jeśli można uznać, że jest zagrożona, lub też na rzecz jej stałego rozprzestrzeniania, kiedy zagrożona nie jest. Istotą „dżihadu” jest nieostrość samego pojęcia i niemal nieograniczona możliwość interpretacji. Poza tym, w dzisiejszych czasach, gdy mężczyzna musi wiele lat zbierać środki na mahr za przyszłą żonę, jego energia kieruje się na złość, z której wyrasta pożywka dla terroryzmu.
Punktem wyjścia dla obowiązku dżihadu i odczuwania przez muzułmanów wyższości nad reszta świata, jest teologiczny dogmat, mówiący o tym, że każdy człowiek w momencie poczęcia jest już muzułmaninem, bo i został w tym celu stworzony przez Allacha. Mówiąc obcesowo, ludzka zygota jest muzułmańska już od momentu złączenia się kobiety i meżczyzny. Jeśli jej późniejszy twór w postaci narodzonego człowieka, muzułmaninem nie jest, to pozostaje tylko ocena tego faktu pod kątem stopnia usprawiedliwienia tkwienia w śmiertelnym grzechu. W przypadku narodzenia w rodzinie chrześcijańskiej, żydowskiej, lub starożytnej religii irańskiej (zoroastryzm), islamska teologia jest skłonna do większej tolerancji, ale we wszystkich innych przypadkach wybaczenia nie ma. Taką jest sytuacja irackich Jazydów, mieszkańców arabsko-kurdyjskiego pogranicza, których korzenie sięgają starożytności. To swoista mieszanina islamu, chrześcijaństwa i zoroastryzmu, jest jednak przez muzułmanów uznawana za religię diabelską i tępiona z całą brutalnością. Agencje doniosły, że Jazydzi otrzymują do wyboru – przejście na islam albo śmierć zadaną w brutalny sposób, często przez pogrzebanie żywcem. W takiej sytuacji, co znamienne, kobiety zamordowanych stają się łupem zwycięzców i ich niewolnicami. Islam jest nie tylko religią brutalną, ale również bardzo korzystną dla męskich jego wyznawców.
Wyborcze zwycięstwo Erdogana w Turcji zdaje się być początkiem końca tureckiej demokracji i ponownym zwycięstwem zasad tradycyjnego islamu, które Kemal Pasza Atatűrk zamierzał już prawie sto lat temu zastąpić wartościami zachodnimi. To swoisty paradoks, że demokratyczne wybory stały się trwałym elementem społeczeństw Zachodu, ale w innych regionach, nie doznały cechy trwałości. Właściwie, poza samym Zachodem istnieją, jako powszechnie uznane instytucje, jeszcze tylko w Japonii, na Tajwanie, w południowej części Korei oraz w Indiach. Nie wydarzyły się w Chinach, ani w świecie islamu, a i w Rosji trudno za demokrację byłoby uznać czasy Jelcyna, zakończone putinowską tęsknotą za utraconym imperium. Wszystko wskazuje na to, że przyjęcie demokracji jako sposobu zorganizowania państwa i społeczeństwa idzie w parze z akceptacją tego, co nazwano „wartościami zachodnimi”. Nie uznano ich za swoje ani w Rosji, ani w Chinach, ani też w świecie muzułmańskim. Efekt jest łatwo dostrzegalny.
Wszystko to jest widoczne również w następstwach zwycięstwa Erdogana w wyborach prezydenckich. Republika Turecka, to państwo o zaledwie dziewięćdziesięcioletniej historii. Jest także wzorcem, który zawsze wskazywano jako przykład sukcesu kraju, który nie mając za sobą żadnej zachodniej tradycji, skutecznie przeszedł reformy upodobniające go do państw Europy. Wymiar tego wydarzenia miał mieć charakter wzorcowy. Jej poprzednikiem było przecież tureckie Imperium Osmańskie, wielonarodowy organizm, oparty na odwrotnych wartościach oraz z gruntu innym systemie prawnym, których źródłem był Koran i jego uczone interpretacje. Wraz ze zwycięstwem proeuropejskich wojskowych, dokonały się zmiany, które przeszły do historii jako „rewolucja kemalistowska”, nazwana tak od jej przywódcy – Kemala Paszy, nazwanego Ojcem Turków. Kemalowski rząd postanowił nie tylko zerwać z islamską tradycją polityczną, ale przekształcić kraj w państwo narodowe, zbudowane wedle europejskich wzorów. Dokonano tego uznając religię za sprawę prywatną każdego mieszkańca, a wszystkie instytucje na niej oparte zostały zastąpione świeckim ustawodawstwem wzorowanym na europejskich kodeksach. Reformy przeprowadzano konsekwentnie przez piętnaście lat. W roku 1923, proklamowano republikę w miejsce sułtanatu, aby proces zakończyć w piętnaście lat poźniej przyznaniem równouprawnienia kobietom oraz wprowadzeniem do konstytucji zasady laickości państwa. Sam fakt uchwalenia tureckiej konstytucji był przełomem, ponieważ muzułmańska tradycja polityczna, z samej swej istoty nie uznaje żadnych konstytucji, a tylko święte prawo islamu, wynikające z Koranu. Wydawać się mogło, że dziewięćdziesiąt lat republiki, to okres wystarczający, by ostatecznie zerwać z religijną tradycją i pozwolić Turcji przekształcić się w kraj spełniający wszystkie zachodnie standardy. Okazało się, że taki proces mógłby się dokonywać w świecie Zachodu, ale nie w państwie, w którym ludność wyznaje islam nawet tylko w prywatnym wymiarze.
W XXI wieku stała się rzecz, której nie mogli przewidzieć twórcy kemalowskiego republikanizmu. Zagrożeniem dla zasady świeckości państwa okazała się sama demokracja. Rozwój gospodarczy zaowocował aktywizacją mieszkańców tureckiego interioru, żyjących przedtem we względnej izolacji i bez kontaktu z zachodnimi prądami politycznymi, którzy leniwie tylko uczestniczyli w parlamentarnych wyborach. Ich aktywizacja doprowadziła do zupełnie nieprzewidzianych następstw. W rezultacie kolejnych wyborów, do władzy doszła muzułmańska większość, tej konstytucyjnej świeckości przeciwna, czyli przeciwna samej istocie republikanizmu. Okazało się, że polityczna myśl islamu nie została przez większość mieszkańców porzucona. Islam jest zbudowany jednolicie, jako racja jedyna, ostateczna i nieodwracalna, niepodlegająca ani dyskusji, ani wyborom i która w swej istotcie nie toleruje żadnych odmienności.
Nie jest przypadkiem, że procesy przebiegające w Turcji, odwracające ją od Europy na rzecz rygorów islamu, dzieją się równolegle z przerażającymi wydarzeniam, mającymi miejsce w sąsiednim Iraku. Dowodzą fiaska amerykańskiej „misji cywilizacyjnej”, rozpoczętej za prezydenturu George’a Busha i uznanej za zakończoną przez administrację Obamy. Są też dowodem na nieuniknioność zderzenia pomiędzy islamem a resztą świata. Wynik starcia jest jednak oczywisty: ta część ludzkości, która uwierzyła w starożytne przesłanie Mahometa nie może zwyciężyć jej pozostałych trzech czwartych, w których mieści się nie tylko świat Zachodu, ale również Chiny, Japonia, Azja południowo-wschodnia, południowa Ameryka i wiekszość Afryki. Z tego prostego rachunku wynika, że klęska islamu jako społeczno-gospodarczego systemu, to tylko kwestia czasu, ale może też wiele kosztować i resztę świata.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *