CO TO TAKIEGO „POLSKOŚĆ”? CZY TO MOŻE SPADEK PO ZAŚCIANKU?

Co wazniejsze            Tytułowe pytanie nie pojawia się w historii Polski po raz pierwszy. To autentyczna i wcale nie wydumana odsłona problemu zwanego polskością, związana z poszukiwaniem przez mieszkańców kraju własnej tożsamości. Najtrafniej skomentował to kiedyś Sławomir Mrożek powiadając, że „Polska to kraj położony na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu”. W czasach PRL-u krążył dowcip o dwóch ekspresach relacji Paryż-Moskwa zmierzających w przeciwnym kierunku. Zatrzymały się w Warszawie, a pasażerowie obydwu z nich byli przekonani, że są już na miejscu. Ci, z Paryża sądzili, że to Moskwa, a ci z Moskwy, że dotarli do Paryża. Trafne, precyzyjne i dowicipne, wskazujące również na istotę polskiego dramatu, który sprowadza się do braku wyrazistej tożsamości, tworząc przy tym pokusę, żeby kraj – w zależności od okoliczności – raz uważać za wzorzec „zachodniości” , aby innym razem wskazywać na równie głębokie cechy orientalne. Problem żartobliwie ilustruje popularne porzekadło z czasów Pierwszej Rzeczypospolitej, że oto „złapał Polak Tatarzyna, lecz Tatarzyn za łeb trzyma”. Inaczej mówiąc, Polska jest w swej tożsamości wschodnia i zachodnia jednocześnie. Dla optymistów ilustrować może to walor wielokulturowości, dla pesymistów – przekonanie, że nie jest ani jednym, ani drugim, będąc tylko bezpłodną hybrydą. Rzecz nie jest czysto teoretyczna, lecz twardo ilustrowana dziejącą się polityką.

Ośmioletnie rządy Platformy Obywatelskiej, a przedtem Solidarności, wiązały się z – jak się wydawało – nieodpartym już przekonaniem, że kraj jest trwałą częścią Zachodu i polskie społeczeństwo mogło nie wątpić, że ma prawo o sobie myśleć per „my, ludzie Zachodu”. Wyborcza wygrana Prawa i Sprawiedliwości, partii nie ukrywającej atencji do tradycjonalizmu rozumianego jako swoistego rodzaju antyzachodniość, zdaje się dzisiaj tej konkluzji przeczyć. Zaprzecza jej przy tym świadomie, a nie naskutek przypadkowego zbiegu okoliczności.Warto odnotować, że jest w Europie kilka krajów, których przedstawiciele wolą występować raczej na tle własnych symboli narodowych, a flaga Unii Europejskiej pojawia się wtedy w dalszym tle, co ma podkreślać, że w obecnej jej formule podmioty narodowe są na pierwszym miejscu, a idea europejskiej federacji w kolejności dopiero druga. Węgierski premier Viktor Orban z zasady unika flagi Wspólnoty, ale nie robi tego ostentacyjnie. Ostentacji dopuściła się za to nowa polska premier – Beata Szydło, która w publicznym wystąpieniu ogłosiła, że oto „przyjęliśmy zasadę, że wypowiedzi po posiedzeniu polskiego rządu będziemy realizować na tle najpiękniejszych, moim zdaniem, biało-czerwonych sztandarów”. Tyle, że to „ukochanie wartości lokalnych” jest w swej istocie dowodem prowincjonalizmu i następstwem strachu przed groźnym i nieznanym „wielkim światem”, nie zaś świadomym wyborem. Z konferencji rządowych zniknęły więc na stałe niebieskie flagi Unii Europejskiej, a Guy Verhofstadt, były poseł do europejskiego parlamentu skomentował to krótko: So you don’t want the flag, but you still want the EU money?”- „Nie chcecie flagi, ale wciąż pragniecie unijnych pieniędzy”? Warto zastanowić się nad tym nowym objawem politycznej „woli narodu” zarówno pod kątem faktycznego miejsca europejskich idei w życiu politycznym Polski, jak też i nad emocjonalną stroną zagadnienia. Nie wydaje się, aby te opinie były wyłącznie skutkiem chłodnej kalkulacji. Na ile przyczyny takiego stanowiska mogą być następstwem przemyśleń, na ile zaś są echem głęboko skrywanych urazów? Na ile też owo rzekomo głębokie poczucie polskości, jest wyrazem dumy z własnej przeszłości, a w jakim stopniu następstwem poczuci własnej zaściankowości pośród znacznej części Polaków?

W tym kontekście zwraca uwagę inny fenomen, że samo słowo „zaścianek” jest unikalną polską wyłącznością i nie da się go przetłumaczyć na jakikolwiek inny język bez szerszego wyjaśnienia. Na angielski, jest tłumaczone jako yeomanry, co w okresie XVIII-wiecznej aktywności militarnej Anglii oraz w czasie wojen napoleońskich oznaczało drobnych farmerów, z których czerpano kadry oficerskie do armii. Ich przywilejem było to, że nie byli zobowiązani do służby poza Wyspami, a zamorska wymagała każdorazowej zgody. Przychodzi jednak w tym miejscu na myśli inne porzekadło: „gdzie Rzym a gdzie Krym?”. Co wspólnego może mieć głęboko miejska kultura Anglii ze swoistą „wsiowością” zaścianka?  Polski zaścianek, to coś zupełnie innego niż angielska prowincja. W Anglii dominują uprzemysłowione farmy, natomiast zaścianek, to głucha wieś lub część wsi zamieszkana przez szlachtę, nie posiadającej chłopów i nie piastującej żadnych urzędów ani stopni oficerskich, ale zmuszonej jak chłopi do własnoręcznej uprawy ziemi. W tej sytuacji, od chłopstwa dzieliło ją tylko pieczętowanie się szlachectwem i herbową genealogią a także noszenie drewnianej szabli w pochwie, bo bieda nie pozwalała na prawdziwą. Pozostałość tego fenomenu ma swoiste echo w dzisiejszej podlaskiej i mazowieckiej ulicówce i w głęboko zakorzenionej świadomości wsi świadomie dzielonych na „strony” – „chłopską” i „szlachecką”, chociaż z pozoru niczym się one nie różnią. Na terenie XIX-wiecznej nowogródczyzny, „zaścianek” był zjawiskiem tak powszechnym, że przybrał to samo znaczenie, co „okolica szlachecka” i taki też jego obraz został pokazany w  Panu Tadeuszu. Szlachecka część wsi oddzielona była od tej, zamieszkanej przez chłopów niewidzialną „ścianą”, będącą również źródłosłowiem samego pojęcia. Szlachta zaściankowa długo, bo aż do czasów rosyjskich, zachowała odrębność prawną i kulturową, przywileje sądowe, polityczne i ekonomiczne. Świadomie izolowała się od otoczenia chłopskiego (bardzo rzadkie były małżeństwa mieszane). Wyróżniał ją natomiast lokalny patriotyzm, religijność, przywiązanie do tradycji, a także do ziemi, na której nawet zwykłej chacie starano się przyprawić szlachecki ganek.

Twarze polskosciByła wszakże jedna, mniej sympatyczna cecha tej zaściankowej szlachty, kojarząca się z negatywnym znaczeniem słowa. „Zaścianek”, to również zacofanie, nieuctwo, brak kontaktu z resztą świata i wrodzone nierozumienie problemów globalnych – zbyt odległych i z tej przyczyny uznawanych za dziwaczne. Po prostu. „moja chata z kraja”! Ma ona być przy tym zasobna, dobrze zaopatrzona, bezpieczna i – co najważniejsze – dobrze chroniona przed obcymi. Bo też istotą tak rozumianej wyższości polskości nad „zagranicznością” było to, że ,,szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”, a każdy człowiek tego stanu miał jednakowe prawa, niezależnie od tego czy był zamożny, czy też nie stać go było nawet na prawdziwą szablę w miejsce drewnianej.

Posłanka Krystyna Pawłowicz zachowała się jak rodem z zaścianka, kiedy oświadczyła: „ustawa o godle, barwach narodowych i hymnie RP przewiduje, że godne eksponowanie i cześć należy się polskiej fladze. Ciągłe eksponowanie jej łącznie z jakąś unijną szmatą obraża nasze symbole”. Posłanka PiS-u zdążyła już zapracować sobie na opinię osoby intelektualnie niezrównoważonej, więc trudno jej opinie traktować poważnie, gdyby nie to nie tylko jej indywidualne zdanie, lecz i całej grupy wyborców. Warto też zastanowić się nad uderzającą zbieżnością poglądów eksponujących „ponadczasową wartość polskości”, uznających ją przy tym dumnie za swoistą odwrotność zachodniej europejskości. Pojawia się w tym kontekście pytanie o to, czy naprawdę polskość w swej istocie jest pełną odwrotnością, czy tylko sprzecznością w relacji do tak zwanych „wartości europejskich”? Tyle, że wtedy rodzi się pytanie znacznie szersze, o to mianowicie, jaki jest ostateczny bieg wschodniej granicy Europy i o to, czy powyborcza Polska się aby jeszcze w niej mieści? A jeśli się nie mieści w „europejskości” Europy, ani też – co pewne – w „rosyjskości” jej przeduralskiej przestrzeni, to właściwie gdzie się mieści i czym właściwie jest?

            Gdyby zastosować do sprawy biologiczny punkt widzenia, rzecz przybrałaby formę stworu, określanego mianem „hybrydy”. To mieszaniec, czyli krzyżówka – twór powstały w wyniku skojarzenia dwóch organizmów należących do odrębnych ras, odmian czy gatunków. Jeśliby rzecz analizować wedle takich wzorców, rzecz staje się niepokojąca z powodu pewnej przywary będącej zarazem wrodzoną cechą hybrydy. Tylko niekiedy są one płodne na tyle, by dać początek nowym gatunkom. Zwykle, jak muł, czyli hybryda konia i osła, nie może dawać potomstwa, a w konsekwencji – tworzyć nowych gatunków. Jeśli zatem Polska miałaby być hybrydą cech wschodnich i zachodnich, to pojawia się pytanie o jej trwałość gatunkową, a potem o to, czy taka hybryda mogłaby naprawdę stać się początkiem nowej odmiany kulturowej. Wszystko wskazuje na to, że nie ma na to szans, a pisowska posłanka jest tego dowodnym przykładem. Wtedy, staje przed nami inne pytanie: w który wielki region powinni Polacy się wtopić – w Europę Zachodnią, Rosję czy też w ukraińskie lessy i białoruskie lasy oraz jakie warunki są wymagane, aby taką decyzję podjąć. Niestety, parlamentarne wybory, które są wyłączną cechą Zachodu, to tylko mechanizm podejmowania wspólnotowych decyzji, które nie mają waloru świadomego wyboru, będąc jedynie następstwem przypadkowego zbiegu wyborczych okoliczności. Jeśli jednak polska premier z satysfakcją ogłasza, że będzie odtąd występować wyłacznie na tle flag polskich, nie zaś unijnych, to sprawa nabiera nie tylko znaczenia symbolicznego, lecz staje się również kwestią głęboko merytoryczną i przywołującą pytanie o to, czy jest równoznaczna z zaprzeczeniem dotychczasowego dryfu kraju w kierunku zachodnich powiązań kulturowych i zerwaniem z obyczajowością Wschodu, czy też miała na myśli coś całkiem innego, chociażby nagłą ambicję zdominowania przez Polaków wszystkich Europejczyków z zachodniej części kontynentu? Rzecz jest skomplikowana i wcale nieprosta.

             1 maja 2004 roku Polska świętowała „wielki dzień wejścia do Europy”. Wtedy, wydawało się, że wybór opcji zachodniej jest ostateczny i zupełnie nieodwracalny. Dzisiaj, ten fakt jest otwarcie kwestionowany przez władze niektórych krajów członkowskich, a po ostatnich wyborach parlamentarnych, również i nasz kraj staje się najpoważniejszym tego kontestatorem, chociaż dziesięć lat temu większość rodaków była gotowa uznać ten fakt za najważniejsze wydarzenie w historii. Tego dnia Polska stała się bowiem pełnoprawną częścią Unii Europejskiej, czyli – w obiegowym znaczeniu słowa – trwałą częścią Europy, o czym beskutecznie marzyli obywatele dawnego PRL-u. Znamienne jednak, że fajerwerki wystrzeliwano tylko w stolicach nowo przyjętych członków, ale w Brukseli, Paryżu i Berlinie nie działo się nic takiego. Jak w każdą sobotę, wysocy funkcjonariusze zachodnich stolic udawali się na zasłużony weekend. Ich społeczeństwa wcale nie były przekonane do sensu idei zjednoczenia Europy w jej nowych granicach. Wielowymiarowa różnica pomiędzy „starymi” a „nowymi” członkami Unii nigdy zresztą nie stała się granicą geograficzną, czy ekonomiczną, ale w pierwszym rzędzie – kulturową.

              Każde społeczeństwo jest związane spadkiem wartości odziedziczonych po własnej przeszłości. Czego spadkobiercą może okazać się współczesna Polska, skoro jej obecne władze nie kryją sceptycyzmu zarówno wobec tak zwanych „wartości europejskich”, jak też nie ukrywają atawistycznej niechęci do Rosji i historycznego bagażu z nią kontaktów. W tych okolicznościach, skoro Polacy z całą pewnością nie poczuwają się do kulturowych powiązań z Rosją, lecz równocześnie nie cenią „wartości europejskich”, rodzi się pytanie o to, czy można być Polakiem i Europejczykiem jednocześnie, czy też obie tożsamości są na tyle rozbieżne, że wzajemnie sprzeczne? Odpowiedź negatywna oznaczałaby, że Polska – nie będąc częścią tej tradycji i brzydząc się także rosyjskością – jest tworem odrębnym, samoistnym i niepowtarzalnym. Tylko, po co było wstępować do Unii wymagającej przecież wtopienia się w jej własny system wartości zwanych europejskimi? Jeśli mamy własny, to po co wtapiać się w obcy? Tyle, że wcale nie wiemy tego, czy ten nasz własny system ocen posiadamy naprawdę i z czego się on właściwie składa.

Rzeczpospolita XVIIwZ historycznego i geograficznego punktu widzenia rzecz jest prosta i powszechnie znana. Europa zrodziła się z łacińskiej części rzymskiego imperium, czyli tego, co nazwano Zachodnim Rzymem w przeciwieństwie do jego wschodniej części, rozciągającej się od Półwyspu Bałkańskiego po Syrię, Egipt i Libię. Poza rzymskim zasięgiem znalazła się wtedy Germania, która jednak przez wzgląd na pograniczność z obszarami romańskimi poddana była tak silnym wpływom łacińskim, że we wczesnym Średniowieczu stała się nawet wiodącą w przestrzeni ówczesnego Zachodu. Polska znalazła się wtedy poza obrębem jego granic jako obszar pośredni pomiędzy Europą a Azją, symbolizowaną przez Moskwę i jej posiadłości nadane z mongolskiej łaski. Nie jest przypadkiem, że na tym właśnie obszarze powstał w następstwie Unii polsko-litewskiej organizm wypełniający większość jego przestrzeni. Był on od północy europeizowany na germańską modłę (Inflanty, Prusy, Pomorze), lub też mieszał się z tradycją turecko-tatarską (Chanat Krymski) od południowej strony (Podole, Wołyń, Kijowszczyzna). Całkowicie poza granicami tak określonej Sarmacji Europejskiej, pozostawał jej azjatycki odpowiednik w postaci potężniejącej Moskwy, uznawanej jednak już nie tylko za rejon barbarzyński, ale i Europie obcy.

Taki obraz  kontynentu ukształtował się ostatecznie w XVI wieku i wydawać się mógł w pełni stabilny. Znamienne, że w ramach uformowanej już mapy Europy wchodzącej wtedy w kluczowy dla siebie okres Odrodzenia, zarówno kraina Tatarów – Chanat Krymski, jak i zaporoskie Dzikie Pola, znalazły się razem z Rzeczypospolitą w obrębie europejskiej części Sarmacji, tymczasem Moskwa na zawsze pozostała poza jej granicami. Oznaczało to rzecz nieco zaskakującą, że starożytnym Polakom pod wieloma względami bliżsi byli skośnoocy krymscy Tatarzy, niż biali w karnacji skóry i niebieskoocy mieszkańcy Księstwa Moskiewskiego.

SarmacjaPierwsza Rzeczpospolita, licząca przed wojnami szwedzkimi prawie milion kilometrów kwadratowych terytorium, obejmowała niemal całą przestrzeń tego, co nazywano europejską Sarmacją. W tej sytuacji nie dziwi ani odmienność mentalna jej mieszkańców, ani ich odrębność obyczajowa, czy też stroje, bardziej kojarzące się z odzieniem Turków i Mongołów niż Europejczyków z zachodniej części kontynentu.

Ubiory polskie              Nie dziwi też i to, że autorzy opublikowanej niedawno cywilizacyjnej analizy współczesnego świata napotkali na poważną trudność z umiejscowieniem Polski w kręgu wielkich kultur współczesności. Na utworzonym specjalnie w tym celu schemacie będącym rezultatem proporcji czterech niezależnych czynników – (i) wartości świeckich i racjonalnych w relacji do (ii) wartości uważanych za kierowane tradycją historyczną,    (iii) wartości najbardziej „przyziemnych”, związanych z koniecznością fizycznego przetrwania oraz (iv) takich, które pozwalają na świadomą ekspresję własnych oczekiwań, Polska znalazła się w zupełnie niespodziewanym miejscu, bo już poza europejskim obszarem głównym, niemal na samym środku schematu, ale w osobliwie dużej odległości nawet od najbliższego jej kompleksu „Europy Katolickiej”, którego jest przecież niekwestionowaną częścią. Jest równie odległa od „Europy Protestanckiej”, pomimo tego, że miała zawsze wspólną granicę z luterańskimi Niemcami. Jest też daleka – co mniej dziwi – od odleglejszego Zachodu anglosaskiego, ale – co zadziwiające – umiejscowiona równie daleko od Europy Prawosławnej, z którą stykała się bezpośrednio na przestrzeni całej dzisiejszej wschodniej granicy i ma z nią niewątpliwe historyczne powiązania. W jej pobliżu znalazła się natomiast buddyjska Tajlandia, muzułmańska Malezja i zupełnie archaiczna afrykańska Etiopia. Czy w tego rodzaju splocie swoistych dziwactw kulturowych ma prawo zaskakiwać dzisiejszy polski taniec polityczny pomiędzy europejskim wschodem i zachodem? Skoro nie wie się dokładnie, kim się właściwie jest, taniec i ruch zastępuje myślenie nad odpowiedzią na pytania egzystencjalne.

Kulturowe miejsce polskiKtoś może upierać się przy odgrzewanej ostatnio na nowo myśli, że oto o wszystkim i tak przecież decyduje Naród, a nie prawo, międzynarodowe umowy i zobowiązania. Jest to teza, która nie wytrzymuje żadnych współczesnych standardów Zachodu, gdzie prawo jest  matką wszystkiego, także i cech narodowych. W tradycji łacińskiej i anglo-amerykańskiej idea wyższości „narodu nad prawem”, byłaby tezą nie tylko karkołomną, ale również głęboko pachnącą azjatyckim pograniczem. Zachód został zbudowany na zasadzie, że to właśnie prawo jest tym uniwersalnym systemem obowiązujących wszystkich ludzi norm, czyli ogólnych, abstrakcyjnych i jednoznacznych zasad postępowania, które powstały w związku z istnieniem i funkcjonowaniem państwa. To ono jest właściwą matrycą postępowania, a nie Naród zbudowany jako ponadczasowa idea, ale przecież nie jako spójny byt realny. Tak rozumiane prawo działa tylko wtedy, kiedy istnieje jako siła zorganizowana wokół logicznych i jednoznacznych kategorii pozbawionych emocjonalności i osobistego stosunku. Pojęcie Narodu, rozumiane tak, jak ostatnio posłużył się nim w polskim Sejmie poseł Kornel Morawiecki pochodzi z innego i to całkiem niezachodniego zbioru pojęć, które nie są bytem obiektywnym, lecz każdorazowo muszą być definiowane przez ludzi władzy. To wspólnota o zupełnie innym charakterze i podłożu aniżeli wspólnota prawna i ma ona niewiele wspólnego z realną demokracją. Jest związkiem etnicznym opartym na używaniu wspólnego języka, czyli konsekwencją dziejowych okoliczności przejawiających się nie w postaci pisanego prawa, lecz tylko jako odbicie w świadomości ludzi. Z tej przyczyny, pomimo tego, że naród wyróżnia się na tle innych zbiorowości cechą swoistej jednorodności, to jednak ze względu na odmienne kształtowanie się narodowej świadomości w przestrzeni społecznej, nie jest możliwe precyzyjne zdefiniowanie tego pojęcia. W socjologii, nie istnieje jednolita definicja, która pozwoliłaby na włączenie przestrzeni świadomości narodowej w system prawnego przymusu, na którym oparte jest państwo. Naród i państwo, to dwie odrębne przestrzenie logiczne, mentalne i faktyczne, a ich niegdysiejsze utożsamianie było źródłem europejskiego faszyzmu ze znanymi skutkami w postaci dwóch straszliwych wojen. Czy zwolennicy utożsamienia Narodu z państwem nie są tego świadomi, czy też przeciwnie, doskonale wiedzą do czego to może prowadzić i tego właśnie oczekują? Warto pamiętać, że narodowo-socjalistyczna partia Adolfa Hitlera wygrała wybory powszechne w 1933 roku właśnie na tego rodzaju hasłach, ale mieć trzeba w pamięci również i to, że następne wybory miały miejsce dopiero po dwunastu latach i do tego po totalnej katastrofie drugiej wojny światowej. Czy nie dość nam doświadczeń w tym zakresie?

Warto zadać sobie jeszcze jedno pytanie o to, czy w przestrzeni polskiej polityki podkreślanie nadrzędności idei narodu ponad moc pisanego prawa ma raczej związek ze zwodniczą w swej istocie narodowo-socjalistyczną ideologią, czy też źródła fenomenu tkwią w innym miejscu? Trzeba byłoby przy okazji dać również odpowiedź na inne pytanie: jaka argumentacja skłaniała polityków do uznawania kiedyś Polski za część rosyjskiej cywilizacji Wschodu, jak miało to miejsce w czasach PRL-u, a jaka powodowała, że po upadku tej ostatniej formacji Polacy uznali siebie za „od zawsze” integralną część Zachodu, co skutkowało przystąpieniem do Unii Europejskiej. Dzisiaj, jak wskazują wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych, znaczna część polskiego społeczeństwa kwestionuje zarówno jedną, jak i drugą opcję. Czyżby więc kraj znowu znalazł się w sytuacji podobnej do dawnej idei „Sarmacji Europejskiej”, czyli przestrzeni europejskiego środka i swego rodzaju łącznika pomiędzy Zachodem i autentycznym Orientem, jednak nie odgrywającym samodzielnej roli kulturowej?

            Polacy są przekonanymi patriotami wierzącymi, że ten ich gorący patriotyzm jest wrodzoną częścią polskiej natury, a nie tylko kierowaniem się jakąś kalkulacją. Są jednak historyczne przykłady, które temu przeczą. Przypomnijmy, że pierwszy rozbiór Polski zapisał się protestem tylko jednego człowieka, a nie całego „narodu”. Był nim wnuk dawnego skarbnika mozyrskiego – matejkowski Tadeusz Reytan, szarpiący w proteście własne odzienie. Reszta rzekomo patriotycznego społeczeństwa szlacheckiego przystąpiła zaraz potem do interesów z zaborcami tak, jakby nic się nie stało. Powstania przeciwko nim, to późniejsza i już odległa w czasie historia oraz motywowana innymi wydarzeniami.

Gest Reytana            Ludzie, zanim zostaną patriotami, krzątają się najpierw wokół swoich własnych spraw. Tak też, po ostatnim rozbiorze Polski w 1795 roku uczynili mieszkańcy miasteczka Brasław położonego po południowej stronie granicznej Dźwiny. Po jej północnej stronie, była już Kurlandia, część dawnych niemieckich Inflant, zajęta ponad pół wieku wcześniej przez cara Piotra I i inkorporowana do Rosji. Jej mieszkańcy, należący przez kilkaset lat do państwa polsko-litewskiego uznali jednak, że pozostawanie częścią dawnego terytorium uznawanego przez Petersburg za buntownicze nie służy ich aktualnym interesom. Wystarali się więc o to, żeby kolejny car przyłączył Brasławszczyznę do niemieckich dawniej Inflant właśnie z tej przyczyny, że były uznawane za region przyjazny Rosji i Rosjanom oraz niewyczerpany rezerwuar kadr urzędniczych i wojskowych w służbie imperium. Dobrowolnie i w majestacie carskiego prawa oraz bez większych wyrzutów sumienia brasławianie odłączyli się od niepewności bytowania na terenach uznawanych wcześniej za polskie, po to, aby spokojnie i we względnym dostatku dotrwać do rozpadu carskiego imperium w 1917 roku. W następnym, 1918, powiat brasławski znowu stał się częścią odrodzonej Rzeczypospolitej. Pojawia się w tym kontekście nieodparte wrażenie, że nowa premier kraju Beata Szydło daje właśnie przykład dbałości interes głęboko skrywanej, ale wyłącznie własnej tradycji kulturowej, a jej siermiężny patriotyzm jest tylko tego następstwem. Jako osoba nie posiadająca szerszej wiedzy o współczesnym świecie, nie manifestuje też żadnej chęci jego poznawania, uczenia się obcych języków, czy też wchłaniania dobrodziejstw wielkich kultur Europy. Ludziom jej pokroju jest znacznie łatwiej zaszyć się gdzieś w cienistej prowincji, awansować – jak ona – w prowincjonalnym miasteczku – najpierw na stanowisko kierownika działu w centrum kultury w Libiążu (to miejscowość pod Chrzanowem), a potem „aż” na pozycję burmistrza miasteczka Brzeszcze koło Oświęcimia i pozostać tym sposobem na stałe w kręgu lokalności miejscowego patriotyzmu, a nie ryzykownie zderzać się z trudnymi kwestiami globalnymi. Tyle, że wtedy, świat cały z jego Europejską Unią i problemami globalizacji staje się jakąś odległą opowieścią nie służącą w niczym jej polskiej i patriotycznej „libiąskiej lokalności”. No, bo przecież, „moja chata z kraja”, a  ,,szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”, bo też i jej wyborcy, to ludzie żyjący – podobnie jak ona sama – w otoczeniu niechęci wobec w ich mniemaniu „nieprzyjaznej” i „obcej” reszty świata. Tylko, czy przyniesie to oczekiwany i zapowiedziany wszechstronny rozwój? Bardzo wątpliwe, bo to przecież świat dyktuje Brzeszczom warunki, a nie Brzeszce światu. Wiele wskazuje więc na to, że znów „czekają nas ciekawe czasy”…


One thought on “CO TO TAKIEGO „POLSKOŚĆ”? CZY TO MOŻE SPADEK PO ZAŚCIANKU?

  1. Proszę o sprawdzenie tego wpisu ze strony:
    “GERMANY2 is separated from Gaul, Rhætia,3 and Pannonia,4 by the rivers Rhine and Danube; from Sarmatia and Dacia”
    http://elfinspell.com/TacitusGermany1.html#refch2

    To wskazuje że Sarmacja była do renu a nie do Wisły jak na mapie powyżej “Sarmacja czyli europejska strefa przejściowa”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *