NO I SIĘ STAŁO! CZYLI, CO WŁAŚCIWIE SIĘ STAŁO?

Co sie staloNa prośbę o komentarz w sprawie wygranej Prawa i Sprawiedliwości w parlamentarnych wyborach, naczelny redaktor największej polskiej gazety codziennej – Adam Michnik, nie ukrywał lekceważenia dla politycznej niedojrzałości wyborców. „Nasze społeczeństwo – stwierdził – strzeliło sobie w stopę”. Co było przyczyną obcesowości sformułowania o współobywatelach ze strony człowieka, który jest często uznawany za przedstawiciela intelektualnych „wyższych sfer”? Zapewne to, że stało się coś, co stać się nie tylko nie miało, ale i według niego nie miało prawa się zdarzyć. Rok temu, kiedy Donald Tusk wyjeżdżał do Brukseli, z lekkością godną lepszej sprawy pozostawił po sobie Ewę Kopacz, dotyczasowego marszałka Sejmu. Miała opinię osoby spokojnej, dobrze pełniącej swoją funkcję, w sposób na tyle pozbawiony agresywności, że nie zagrażający ani pozycji Prezydenta Komorowskiego, ani ewentualności powrotu Tuska na to stanowisko. Prawo i Sprawiedliwość nie było traktowane jako zagrożenie, bo też i uznawano je za partię „obciachu” ze swej istoty niezdolnej do wygrania wyborów powszechnych. Ludzie Platformy mieli w ręku wszystko: Sejm, Senat, Prezydenta i eksponowane stanowisko w Brukseli. Pełny triumf. Rok później nie posiadali już nic, tracąc na rzecz „partii niewybieralnej” zarówno Sejm, Senat jak i Prezydenta, a w trakcie kampanii wykazywali tak wielką niewiarę we własne zwycięstwo, że rozbroili nawet własny elektorat. Pokazali też wzorcowy brak woli walki i niezdolność do wyborczego partnerstwa wobec tego samego PiS-u, który wcześniej był przedmiotem lekceważenia. Co się takiego stało?
Jedyny rzekomo w kraju prawdziwy inteligent, czyli wspomniany Adam Michnik, podsumował to krótko: „Skoro młodzi tak głosowali, to uważają, że ich aspiracje nie są spełnione. Ale może czekać ich gorzki zawód, a zwycięstwo PiS będzie miało katastrofalne skutki z powodu ksenofobii”. Michnik, jak większość niegdysiejszych warszawskich elit uwielbiają używać słów zagranicznego pochodzenia, mających zawierać klucz do posiadania „właściwych poglądów”. Robili to skutecznie i konsekwentnie przez ubiegłe dekady w przekonaniu, że oto inteligenci niższej rangi są zawsze skłonni bez oporów akceptować wyższość intelektualnych epoletów jego samego i jego politycznych przyjaciół. Użycie w tym kontekście słowa „ksenofobia”, pojęcia wśród elit modnego i odmienianego przez wszystkie przypadki od czasów PRL-u, a także uznawanego za największe zagrożenie dla głoszonego liberalizmu, jest nie tylko niesłuszne, ale i niepraktyczne, a jeszcze do tego kontrproduktywe. Dla wielu jest zresztą niezrozumiałe, bo i pochodzi z obcojęzycznego źródła. To zbitka dwóch greckich wyrazów: ksenós – obcy i phóbos, czyli – strach. Razem oznaczają obawę przed obcymi, niechęć, wrogość i lęk wobec przychodzącej z zewnątrz inności, a w szczególności odczuwanie obcości napływających cudzoziemców. Polskie słowo „cudzoziemiec” jest w porównaniu z nim pełniejsze w treści i ma szersze znaczenie niż tylko prawne. To ostatnie odnosi się tylko do osób nie posiadających polskiego obywatelstwa, jednak cudzoziemiec, czyli „ten-kto-pochodzi-z-obcej ziemi”, to również ten, kto przynosi ze sobą odmienne obyczaje, nawyki i często trudne do akceptacji poglądy. Słowo ksenofobia w ujęciu Michnika odnosi się do odczuwania tej sprawy przez wszystkich niechętnych lub nawet wrogich idei wielkiej wspólnotowości wszystkich ludzi na ziemi. Rzecz w tym, że podobnych przeciwników idei jest przecież cała – prócz Polski – reszta świata, czyli siedem miliardów ludzi. Inne narody niczym się w tym względzie nie różnią od Polaków i zwykle nie kochają „obcych”. Czy ci, których miał na myśli redaktor nienawidzą tej całej reszty z istoty swojego charakteru, czy też odczuwają tylko niechęć do tych „odmieńców”, których już mają na miejscu, dobrze ich znają, ale nie akceptują? Warto zrozumieć tę myśl, ponieważ przybliża prawdziwy problem dzisiejszej, tak zwanej „demokratycznej Polski”, z którym mamy właśnie do czynienia. Tyle, że sprawa wcale nie jest tak oczywista, jak wynikałoby to z jego podejścia. Naczelny „Wyborczej” chciałby, to zrozumiałe, żyć w kraju własnych marzeń, a nie w Polsce takiej, jaka jest. Wszyscy gdzieś w głębi o tym marzymy i wszyscy tego nie doświadczamy, czy więc również należy się nam prawo do lekceważenia poglądów większości tylko z tej przyczyny, że doszła do innych, niż my sami wniosków? Naczelny Gazety pragnie, by mieszkańcy Polski uważali przybyszów z zasady za sobie jednakich, a jeśli tego odczucia nie podzielają, są wedle niego ksenofobami. Niedawno, w kontekście 30-procentowego jeszcze wtedy poparcia dla PiS, powiedział, że kiedy przebywa zagranicą (a bywa tam często) „nie bardzo wiem, co mówić, bo jak objaśnić, że jedna czwarta naszego społeczeństwa po prostu uległa jakiejś hipnozie?” Wstydzi się więc Polski za jej z nagła ujawnione prostactwo? Tyle, że teraz ma problem znacznie poważniejszy. Oto reprezentacja tej „zahipnotyzowanej” części społeczeństwa nie tylko wygrała wybory, ale uzyskała mandat do samodzielnego rządzenia. Co pocznie Michnik, gdy sobie uświadomi, że jest w dramatycznej mniejszości, a ludność kraju w drodze demokratycznych wyborów (które werbalnie ceni i szanuje) opowiedziała się przeciw jego sposobowi widzenia świata? Czy schyli pokornie głowę i posypie czoło popiołem, czy też przeciwnie, uzna wybory za legalne tylko z pozoru, a faktycznie niegodne z zasadami „prawdziwej demokracji”, czyli takiej jaką sam uznaje za właściwą. Zastanawia tylko to, że kiedy SLD dwadzieścia lat temu miało w rękach podobnej jakości wygraną wcale nie szarpał włosów na brodzie i nie targał fryzury. Przeciwnie, nie skrywał sympatii do Jaruzelskiego, Kwaśniewskiego i Millera. Czyżby demokracja nie była rodzajem wszechstronności, lecz tylko pewną stroną rzeczywistości i to jedynie taką, która jest zgodna z naszym kątem jej postrzegania? Wszystkie inne już rzeczywistością nie są?
Wszystko to przypomina mi niedawne oburzenie „Gazety” na Milosza Zemana, prezydenta sąsiednich Czech, który odmówił wsparcia dla opinii uniwersyteckich profesorów w kwestii napływających z Bliskiego Wschodu imigrantów. „Gazeta” aż wrzała oburzeniem na jego obskurantyzm i ksenofobię, kpiąc sobie przy tym z tego, że ma „tylko” oparcie w środowiskach miast pozbawionych wyższych uczelni i to „zaledwie” w wysokości 55 procent wyborców, ale za to niewiele wartych prowincjuszy. 55 procent poparcia w europejskiej demokracji, to wielkość bezwzględna uprawniająca do samodzielnego rządzenia, jednak w oczach redaktorów „Gazety”, wciąż jest to daleko za mało, aby to mogło przeważyć opinie uniwesyteckich rektorów i dziekanów wydziałów. Zastanawia mnie logika tego rozumowania. Uniwersytety mają przecież kadry dopasowane do naukowego profilu. Są tam fizycy i matematycy, filologowie, botanicy, geologowie i archeolodzy. Na jakiej podstawie, ta rzesza ludzi o wysokim, ale z samej istoty instytucji rozproszonym wykształceniu, może wygłaszać oświadczenia i rady w przestrzeni międzynarodowej polityki nie posiadając do tego liczących się kwalifikacji? Zastanawiające jest również i to, że setkom amerykańskich wyższych uczelni nie przyszedł nigdy do głowy pomysł, by zbrojni w rodzaj swojej pracy odważyli się wygłaszać autorytatywne sądy w sprawie polityki zagranicznej własnego rządu i nawoływać go do poprawy, nie zas uznać jego legitymację i kompetencję.
W zależności od kontekstu kulturowego i reprezentowanej opcji socjologicznej, pojęcia „inteligencja” i „intelektualiści” mogą być synonimami i nieść podobne znaczenie. Jak zwracaliśmy uwagę wcześniej, słowo „inteligencja” jest u nas odnoszone do specyficznego tworu społecznej ewolucji Europy Środkowej i Wschodniej, czyli pojawienia się warstwy, która wykształciła się głównie w miejsce zdeklasowanej szlachty i jest z tej przyczyny uważana za odległy odpowiednik zachodnioeuropejskiego drobnomieszczaństwa, którego w naszej części Europy akurat zabrakło. W jej skład zwyczajowo wchodzą zawody prawników, lekarzy, nauczycieli czy inżynierów, ale także osoby, które zajmują się twórczością artystyczną i intelektualną. Jednak „intelektualista”, to nie każdy członek warstwy społecznej żyjącej z pracy umysłu i nie taki, który po prostu wytwarza dobra kulturalne, ale wyłącznie twórca uznawany przez to środowisko za wybitnego. To naraża oceny i klasyfikację na oczywistą arbitralność, albowiem ten, kto dla jednych jest wybitny, dla innych wcale takim być nie musi. W naszej części Europy istnieje jednak tradycja, że zarówno „inteligencja”, jak i „uznani intelektualiści”, mają prawo oceniać wszystkie zjawiska, przynajmniej z etycznego punktu widzenia. Tyle, ze nikt nie sprecyzował merytorycznej podstawy tego przekonania, oprócz uznania go za pozostałość „postkorowskiej” ideologii w postaci domniemania, że moralność ludzi z cenzusem intelektualnym różni się jakością oraz stopniem wybitności od standardów ogólnokrajowych. Powołamy się na uznane w świecie autorytety, mające w tej sprawie wyrobione zdanie i to dalekie od wspomnianej wyżej jednostronności. George Orwell zwrócił kiedyś uwagę, że „niektóre idee są tak głupie, że może w nie uwierzyć tylko intelektualista. Historia dwudziestowiecznych intelektualistów była pod tym względem szczególnie haniebna. Prawie każdy dwudziestowieczny dyktator-ludobójca cieszył się poparciem intelektualistów, nie tylko we własnym kraju. Lenin, Stalin, Mao i Hitler mieli swoich miłośników, obrońców i apologetów pośród intelektualistów z zachodnich państw demokratycznych, których nie obchodziło, że ci dyktatorzy mordowali członków swego własnego narodu na niespotykaną wcześniej skalę”. Adam Michnik jest jednak przekonany, że interes tej wąskiej i samozwańczej warstwy jest nie tylko tożsamy z interesem ludności kraju, ale więcej – to właśnie intelektualiści mają prawo do pouczania ludu i wygłaszania jednoznacznych-i-zawsze-prawdziwych-opinii. Wszyscy inni z zasady się mylą, a jedyną drogą poznania ponadczasowych prawd jest wsłuchiwanie się w głos intelektu ludzi z uznanej listy ważnych-we-wszystkich-sprawach. Trzymając się tego sposobu widzenia rzeczywistości z całkowitą pewnością siebie i otwartością wyraził cytowany na wstępie pogląd, że oto ostatnimi wyborami do Sejmu „nasze społeczeństwo strzeliło sobie w stopę”. Rozumieć tę uwagę należy w kontekście omawianej wcześniej tezy o wyższości intelektualistów nad innymi rodzajami obywateli. Odpowiedzią na michnikowskie marzenia o naturalnej wyższości jednych świąt nad drugimi, może być też uwaga Michela Foucalt sprzed trzydziestu lat, że „masy najwyraźniej same dobrze wiedzą, o co chodzi, nie mają złudzeń, wiedzą znacznie lepiej od intelektualisty i z pewnością są w stanie wyrażać swoje poglądy”. Tak należy rozumieć wynik październikowych wyborów w Polsce i to niezależnie od osobistego punktu widzenia oceniającego. Zresztą, jednym z celów naszych rozważań jest przekonanie czytelników do wielokrotnie powtarzanej tutaj tezy, że najważniejsze wydarzenia dają się ocenić dopiero z perspektywy braudelowskiej idei „długiego trwania”. Do tego konieczna jest jednak długa perspektywa, aby rzeczy dostrzec w ich właściwych proporcjach i z właściwej perspektywy. Kto tego nie potrafi, nie ma szansy na utrzymanie powagi wyrażanych myśli dłużej niż przez umykającą chwilę. Tymczasem, naczelny „Wyborczej” takimi drobiazgami nie przejmuje się wcale i już dzisiaj uznał, że dokładnie wie, jaka będzie przyszłość. „Rezultat tych wyborów i zwycięstwo pana Dudy oznacza radykalne przemeblowanie polskiej sceny politycznej” – powiedział w kontekście przegranych przez Komorowskiego wyborów prezydenckich – „Powiem wprost – dodał – że to jest aksamitna droga do dyktatury” Tyle, że niesposób z tego wywnioskować, co miał na myśli przez określenie „dyktatura” i równie niejasne jest zaopatrzenie jej w przymiotnik „aksamitna” w odniesieniu do prowadzącej do niej drogi. Powstaje wrażenie, że wszystko, co niegdysiejszym młodym rewolucjonistom z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku wydaje się dzisiaj niezgodne z ich dawnymi ideałami, może być już tylko „dyktaturą”, „faszyzmem” „ksenofobią” i – obowiązkowo – „antysemityzmem”. Według redaktorów Gazety „inność” należy kochać z samej istoty jej inności, a w szczególności z tej przyczyny, że jest odmienna od tego, do czego przywykliśmy. Inaczej mówiąc: „Niech żyje zmiana! Precz z dotychczasowością! Przed nami świetlana przyszłość, tyle, że inna niż znana przeszłość i nudna teraźniejszość!”. Wszystko, co inne i co różni się od zwyczajności dnia codziennego, to postęp, a ludzie postępu, więc intelektualiści, to nalepsi przedstawiciele gatunku. Hola! Hola! Październikowe wybory właśnie tę zmianę przyniosły i to bodaj najgłębszą w historii ostatniego ćwiećwiecza. Dały jednej formacji całą władzę. Problem w tym, że zmiana odbyła się nie po myśli twórców cytowanej opinii. Zwycięska formacja była zawsze uznawana przez redaktorów „Gazety” za wroga numer jeden. Może więc wcale nie idzie o oczekiwanie na mądrość demokratycznych zmian, ale tylko o to, by zmiany nie dotknęły przypadkiem naszych interesów?
Dłuższy wywód tej sprawie należy do historyka Richarda Pipes’a. W wydanej dziesięć lat temu książce (Rewolucja rosyjska, Warszawa 2006) zauważył, że „teorie Locke’a i Helvetiusa pozwalają intelektualistom uzurpować sobie status „wychowawców” ludzkości w najszerszym tego słowa znaczeniu. Podczas gdy ludzkość po omacku błądzi w ciemnościach, „illuminati” znają drogę do cnoty, a poprzez cnotę do szczęścia. Handlarz nieruchomościami zna wartość posiadłości położonych w jego okolicy. Rolnik rozumie klimatyczne i inne wymagania swych upraw; wiedza taka może być mało przydatna gdzie indziej i bezwartościowa dla człowieka innego zawodu. Intelektualiści, i tylko intelektualiści, twierdzą, że rozumieją sprawy „w ogóle”. Tworząc „nauki” o sprawach człowieka – nauki ekonomiczne, polityczne, socjologię – formułują zasady potwierdzone rzekomo przez samą ‘istotę rzeczy’. Uważają przy tym, że tę ostatnią doskonale znają i rozumieją również na postawie własnego dociekania, a nie „jakichś tam” przypadkowych wyborów i do tego wybranych do „jakiegoś tam” parlamentu przez równie przypadkowe i niedouczone rzesze wyborców. Te przecież mogą brakiem wiedzy o ‘istocie rzeczy’ „strzelić sobie w stopę”, ale ten strzał z całą pewnością ominie prawdziwego intelektualistę. Jego własna stopa jest na to immunizowana.Nie ulega więc wątpliwości, że to Adam Michnik, a nie ktoś inny jest prawdziwym intelektualistą i to zupełnie niezależnie od tego, ile naprawdę posiada wiedzy i stopni naukowych. To po prostu zasłużona i niewzruszona od wielu lat pozycja wyższości wobec całej reszty, tyle, że biorąca się z samonominacji. Można powiedzieć więcej, wygłaszanie tego rodzaju „ponadczasowych” i „wielkoświatowych” opinii powoduje, że wygłaszający przybiera pozycję monumentalną, zmuszającą innych do automatycznego wykazywania szacunku. Wypowiadając ją przestaje być tylko pojedyńczą osobą, ale staje się reprezentantem innych i do tego najlepszych. Kogo i czego? Ludzkości? Narodu? Jedynej prawdy? No właśnie, czego?

Sztuka argumentowaniaWbrew michnikowym strachom, ksenofobia jest pojęciem znanym od czasów starożytnych i nie była uważana za rodzaj obelgi, lecz za jeden z naturalnych odruchów człowieka. Starożytni, wielu sąsiadów mieli za obcych, obdarzając ich z tej przyczyny nieskrywaną niechęcią. Rzymianie nie przepadali za Grekami mając ich za urodzonych oszustów, o czym świadczyło łacińskie powiedzenie – Greaca fides, nulla fides („grecka wierność, to żadna wierność”). Grecy również traktowali obcych z pogardą, nazywając ich barbarzyńcami (bar-, bar- było synonimem bełkotu). Dawni Polacy używali określenia niemcy na określenie bezmyślności sąsiadów w niemocie i niezrozumałości ich języka.
W tych okolicznościach, nie powinien dziwić nagły wzrost popularności Prawa i Sprawiedliwości, które w przeciwieństwie do konkurentów nie zawahało się przed wyjściem naprzeciw obawom wielu Polaków wobec – sygnalizowanym z zachodniej części Europy – zamiarów dopuszczenia do niekontrolowanego osadnictwa setek tysięcy muzułmanów. Zastanawiające jest przy tym to, że media, które też zostały zaskoczone biegiem wydarzeń, wciąż robią dobrą minę do złej gry, jakby nie rozumiejąc mechanizmu gwałtownej zmiany nastrojów wyborców. A może przeciwnie, rozumieją to doskonale, ale tkwią w niewoli „salonowej” definicji ksenofobii i zapragnęły wciąż dawać dowody miłości dla każdej odmienności, nawet tej niezrozumiałej i dla nich samych niebezpiecznej. Wyjaśnienia wyborczej klęski Platformy są w tych okolicznościach śmieszne: zmęczenie materiału, zmęczenie wyborców, brak pomysłu na kampanię. Tymczasem główną przyczyną było błędne odczytanie intensywności ludzkich obaw przed nadchodzącym nieznanym i w ich mniemaniu groźnym. Zupełnie chybione jest więc budowanie przepaści pomiędzy ludzką naturą bojaźni i strachu, a odwagą „najlepszych” i „wtajemniczonych”. Wtajemniczonych w co? W rozmiary nadchodzącego niebezpieczeństwa?
Tradycyjnie, za istotę ksenofobii uważana jest niechęć do odmienności etnicznych. Może dotyczyć wszystkiego, co wiąże się z obcokrajowcami, osobami nieznanymi i pod jakimś względem innymi od krajowców. Tyle, że pojawianiu się tego rodzaju emocji towarzyszy zazwyczaj narastanie nastrojów nacjonalistycznych, będąc przy tym swoistym dopełnieniem tradycyjnych wartości narodowych. Zazwyczaj, obawa przed wpływami z zewnątrz i aktywne im przeciwdziałanie, mają źródło w sytuacji społeczno-ekonomicznej. Emocje narastają najszybciej w złej sytuacji gospodarczej i pogorszenia się warunków życia miejscowej ludności. Tym razem jest inaczej, a to z tej przyczyny, że napływający muzułmanie nie są narodem w europejskim rozumieniu pojęcia, ani też jakąś religijną sektą. Są odmienną cywilizacją. Tu, w Europie, mieszkańcy żyją w ramach dobrze sobie znanej kultury będącej następstwem jej własnej tradycji i historii. Ksenofobiczne nastroje wobec cudzoziemców, a w szczególności wobec emigrantów podejmujących pracę, znajdują w sposób naturalny zwolenników przede wszystkim wśród niezadowolonej i gorzej usytuowanej części ludności, która postrzega ich jako potencjalnych konkurentów. Tyle, że znów – w tym przypadku nie to odgrywa główną rolę. Po pierwsze, muzułmanie nie są silną konkurencją na rynku pracy ze względu na ich mało praktyczne umiejętności oraz głęboką odmienność obyczajów, a także niewielkie wymagania bytowe. Prowadzi to nie tyle do konkurencji do miejsc pracy, ile do zasiłków płaconych z państwowych budżetów. Po drugie, napływający muzułmanie nie są inną narodowością gotową asymilować się w miejscu osiedlenia, ale zupełnie odmienną od europejskiej formacją kulturową i to pod każdym względem. Europa, to przestrzeń narodów oraz ich organizacji w postaci państw narodowych. Tymczasem, w arabskim języku Koranu nie istnieje słowo podobne do pojęcia narodu. Tylko dla uproszczenia, tak tłumaczone jest określenie umma, ale nie po to, aby oddać jego prawdziwą treść, lecz z braku innych możliwości. Muzułmańska umma, to nie naród w europejskim rozumieniu słowa, ale wspólnota społeczno-religijna łącząca wyznawców nie językiem i etnicznością, lecz zdyscyplinowanym przestrzeganiem wspólnych reguł i wyizolowanego od innych systemu prawa. Tego w świecie Zachodu się zwykle nie rozumie i usiłuje nieskutecznie przysposobić napływającą ludność do miejscowych kryteriów. W rezultacie, muzułmanie otrzymują warunki bytowe, które nie tylko nie skłaniają ich do wtopienia się w otoczenie, ale przeciwnie, powodują narastanie z ich agresywnej presji, by to ostatnie dostosowało się do ich standardów, nie zaś na odwrót. W tej sytuacji, prawdziwe jest encyklopedyczne stwierdzenie, że „ksenofobia może stać się immanentną wartością powszechnie akceptowaną w społeczeństwie lub w pewnych grupach społecznych”. Nie jest więc ani czymś niemoralnym, ani też ze swej istoty złym, jak pragną to wykazać ponadnarodowi intelektualiści. Po prostu oni sami, z powodów, które często nie są łatwe do wyjaśnienia, są ksenofilami, czyli ludźmi z zasady miłującymi odmienność. Tyle, że jest to stanowisko nie podzielane przez większość, w której otoczeniu żyją. Mechanizm tej głębokiej różnicy sprowadza się do widocznej u ksenofilów tendencji, aby w kraju zamieszkania w pierwszym rzędzie mieć wpływ na media i tym sposobem uzyskać pozycję „sumienia narodu”. Zwykle, kończy się to jednak klęską, którą naczelny „Wyborczej” niesłusznie nazwał narodowym „strzałem w stopę”. W tym kontekście, stanowisko mediów, które wciąż robią dobrą minę do złej gry próbując przeciwstawić się gwałtownej zmianie nastrojów wyborców, jest skazane na klęskę, czego dowodzą ostatnie wybory parlamentarne i prezydenckie. Tyle, że tego rodzaju stanowisko jest też sprzeczne z samą ideą demokracji, której istotą jest wyrażanie „woli ludu”, nie zaś opinii wąskiej grupy redaktorów czasopism prących w całkiem przeciwnym kierunku, to jest ku rodzajowi „oświeconej dyktatury” w miejsce demokracji ludzi w ich mniemaniu niedokształconych.

Wtargniecie do europyRzecz w tym, że wspomniane stanowisko „intelektualnej elity” jest głęboko sprzeczne z samą istotą pojęcia „inteligencja”. Wedle naukowej definicji, to „ogólna zdolność mentalna prowadząca do sprawnego rozumowania, planowania oraz rozwiązywania problemów, umiejętność abstrakcyjnego myślenia, zrozumienia kompleksowych problemów, szybkiego uczenia się i wyciągania wniosków z doświadczenia”. Oddaje to najważniejszą jej istotę, polegającą na umiejętności rozumienie sensu wydarzeń i konstruowania mechanizmów dostosowczych. Nie widać tego dzisiaj w żadnym zakresie. Co owa „umiejętność rozumienia sensu dziejących się wydarzeń” oznacza w dzisiejszych czasach? Na każde wydarzenie składa się skomplikowana mozaika innych, wcześniejszych. Istnieje jednak zawsze jedno takie, które staje się iskrą zmiany. W Polsce, ta zmiana przyszła zgoła niedawno i z pozoru bez wyraźnej przyczyny. Dobrze rozpoznał ją Jarosław Kaczyński obiecując, że jeśli PiS wygra wybory, nie dopuści do przyjęcia w kraju większej liczby muzułmańskich imigrantów. Domyślam się, że głębszych studiów nad islamem nie przeprowadzał, ale polityczny instynkt go nie zawiódł. Islam bowiem pod każdą szerokością geograficzną i pośród każdego innego otoczenia kulturowego zachowuje swoją odrębną tożsamość, ponieważ spaja go prawo szariatu niepodobne do prawa świeckiego. Jak można je adaptować do warunków Zachodu? Odpowiedź jest absolutnie jednoznaczna: nie można! Jak streszcza istotę zagadnienia amrykański znawca problemu, profesor Bill Warner z Centrum Studiów nad Politycznym Islamem: „w prawie szariatu nie ma wolności wyznania, nie ma wolności słowa, nie ma swobody myśli ani wolności artystycznego wyrazu. Nie ma też pojęcia społecznej równości – niemuzułmanin nigdy nie jest równy muzułmaninowi, a prawo jest dualistyczne, inne dla mężczyzn, inne dla kobiet. Nie istnieje pojęcie demokracji, ponieważ oznaczałaby rowność jednych i drugich, podczas gdy niemuzułmanie to ‘dhimmi’, czyli współmieszkańcy trzeciej kategorii. Rządy muszą realizować prawo szariatu, którego nie mają prawa ani interpretować, ani zmieniać”. Czy w tej sytuacji jest tak trudno rozumieć falę niechęci do perspektywy nagłej imigracji wielkiej liczby muzułmanów i powiększania tej liczby w przyszłości? Może więc w niedawnych wyborach pośród Polaków zwyciężyły nie tyle wyraźne poglądy polityczne, ile zwyczajny atawizm i instynkt samozachowawczy? A jeśli tak, to stało się tak, jak stać się miało i nie ma podstaw do rozdzierania szat…


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *