„PANY” I „CHAMY”, CZYLI PREKARIUSZE I NIZIOŁKI

Koniec swiata szolezerow            Wciąż zadajemy sobie pytanie o to, jaka jest właściwie Polska i jaką ujrzymy w przyszłości? Wiemy, że coś się musi skończyć, by mogło się zacząć coś nowego, tyle, że pytania o treść nowego pozostają bez odpowiedzi. Jak pogodzić Polskę tradycji dziarskich ułanów z Polską prostych chłopów pachnących gnojem i kurnikiem? Jak uznać równość wyższych idei tkwiących w jednych, w obliczu chciwej kalkulacji drugich? Co robić, aby wciąż się czuć „lepszym” od tych, którzy z pewności są „gorsi” pod tym, czy innym względem? Jak długo kraj będzie dzielił się na wzajemnie wrogie i wykluczające się przestrzenie? To pytania, które towarzyszą Polakom od wieków, będąc też trwałą częścią narodowej natury. Dotąd, sytuacja była prosta, a krajowy podział na „panów” o szlachecko-inteligenckiej proweniencji oraz „chamów”, czyli wszystkich pozostałych, wydawał się mocny i trudny do naruszenia. Dominował na scenie politycznej tak bardzo, że równowaga pomiędzy największymi politycznymi partiami wydawała się trwale zabetonowana. I oto nagle, pojawił się czynnik nie mieszczący się w tym obrazie – młodzi, gniewni sybaryci, nie poczuwający się do przestrzegania uświęconych tradycją podziałów i nie czujący się do niczego zobowiązanymi. Wchodzą przy tym do politycznej gry jako zupełnie nowy czynnik, pozbawiony reguł postępowania, więc i o trudnych do przewidzenia następstwach.

            Po ogłoszeniu wyników prezydenckich wyborów komentarze były mało odkrywcze, chociaż zgodne: „Polacy pragną zmiany”. Ba, ale jakiej? Zwracaliśmy niedawno uwagę na to, że w gruncie rzeczy mamy wybór ograniczony do kandydata „papierowego” i „drucianego”. Polacy wybrali „papierowego”. Czyżby ten wybór wyczerpał cały potencjał zmiany? Wiele wskazuje jednak na to, że nie tyle samo oczekiwanie na wynik nadało koloryt wyborczej kampanii, ile nagła zmiana jej tempa i temperamentu, a także narastająca gwałtowność rodzących się ocen stanu rzeczy. Na miesiąc przed dniem pierwszej tury, wszystkie komentarze były jednakie: kampania jest leniwa i nudna, a dotychczasowy prezydent ma drugą kadencję w kieszeni. Wątpliwości dotyczyły tylko tego, czy wygra w pierwszej, czy drugiej turze. Przegrał w obydwu. Czy nie prowadzi to do wniosku, że sprawa ma jednak głębsze źródła i że jednak idzie tu o coś więcej, niż tylko odniesienie się do materiału, z którego sporządzono makiety kandydatów?

            Adam Michnik, przed drugą turą zwrócił się do wyborców z dramatycznym apelem, by nie głosowali na niesprawdzoną i pod każdym względem podejrzaną osobę, jaką jest wedle niego Andrzej Duda, lecz głosowali na wytrawnego polityka, ustatkowanego członka krajowego establishmentu, doświadczonego ojca dużej rodziny – Bronisława Komorowskiego. Jednoznaczność przegranej prezydenta zaskoczyła nie tylko autora tych rad, ale wszystkich obserwatorów bez wyjątku. Tak bezsporna przegrana przedstawiciela urzędującego obozu w konfrontacji z osobą przedtem wyborcom nieznaną, jeszcze się w Polsce nie wydarzyła. Dodatkowego posmaku dodaje to, że urzędujący prezydent cieszył się powszechną sympatią oraz opinią człowieka stonowanego i odpowiedzialnego. Przed rozpoczęciem kampanii wyborczej poparcie dla niego sięgało 70 procent. A skoro prawdziwa cnota krytyk się nie boi, więc i agresywna kampania wyborcza wydawała się czymś nie na miejscu. Czy więc jego upadek, to tylko skutek źle prowadzonej kampanii, czy też kryje się w tym jakiś poważniejszy czynnik?

            Adam Michnik, już po ogłoszeniu wyniku wyborów, uderzył w pokorniejszą nutę. „Wydaje się – dostrzegł nagle – że to zwrotny moment dla polskiej demokracji. Obserwowaliśmy z niepokojem, jak w innych krajach demokracja przeobrażała się w system autorytarny. Po pięknym czasie aksamitnych rewolucji wiele krajów wkroczyło w epokę aksamitnych marszów w stronę dyktatury”. Autor tych słów, przez całe poprzednie ćwierćwiecze polskiej historii nie odczuwał żadnych niepokojów, miał na wszystko pogląd jasny i nie chciał do swoich rozważań dodać nawet szczypty prawdy bardziej obiektywnej, choćby takiej, że demokracja ma to do siebie, że najbardziej podoba się tym, którym najlepiej służy. Michnikowi i jego społecznemu zapleczu służyła, służyła przy tym dobrze, a nawet bardzo dobrze. Rzecz w tym, że w jej ramach rozkład korzyści jest z reguły głęboko nierówny, więc i stopień satysfakcji z demokracji też musiał być nierówno rozłożony. To wyjaśnia fakt, że jedni są znacznie większymi demokratami, niż inni, skoro oprócz głębi do niej uczucia, różni ich udział w korzyściach. A że ludzie, prócz gorącości serca posiadają też i umiejętność chłodnej kalkulacji, rzecz przestaje być domeną liberalnych przekonań,  a staje się przedmiotem rachunku strat i korzyści. Znaczy to też, że i demokracja nie jest stanem skazanym na wieczne istnienie.

            Wieczorem 24 maja 2015 roku, ludziom poczuwającym się do współautorstwa III Rzeczypospolitej  mogło się wydawać, że ich świat sie zawalił i obudziłi się w innym kraju, w którym szacunek do nikogo nie jest automatyczny i nie wynika z miejsca na liście „zasłużonych dla kultury i demokracji”. Okazało się, że mamy dwie Polski, a nie jedną, Polski nie tylko głęboko od siebie różne, ale też konkurujące o pierwszeństwo. Większość komentatorów bagatelizuje ten fakt w uznaniu, że demokracja ma swoje prawa, które sprowadzają się do mechanizmu zastępowania jednych ludzi drugimi. Nie zmienia to jednak tego, że jedne – z pozoru takie same daty – uznawane są przez historię za przełomowy początek nowej epoki, podczas gdy inne, wyglądające podobnie, wcale nie muszą tej roli pełnić i nie przykuwają uwagi. Jacek Żakowski, wyrafinowany inteligent z wyższej półki społecznej stratyfikacji, który dawno przestał być dziennikarzem, stając się piewcą własnej wizji świata, znalazł na nieznane dotąd wśród wyborców tendencje nowatorskie określenie równie inteligenckiego pochodzenia. Zwycięzcami prezydenckich wyborów mieliby się według niego okazać (inteligent nie może się powstrzymać przed użyciem pojęć z wyższej półki) prekariusze i niziołki, a tytuł jego artykułu w Wyborczej zawiera jeszcze bardziej obraźliwy akcent: „Wybory 2015. Czas niziołków”. Z pozoru, to teza analityczna. Prekariusz, to uczona nazwa ludzi z jakiejś przyczyny pozbawionych życiowych perspektyw, ale zawężenie zjawiska do słowa niziołek, sprowadzającego się do pogardliwego określenia osobnika niskiego wzrostu lub „niskich lotów”, staje się w tej sytuacji znamienne. Ani prekariuszem, ani niziołkiem się nie rodzimy, ale stajemy się nim albo w oczach własnych, albo też w ocenie innych, gdy porównują nasze osiągnięcia z własnymi życiowymi sukcesami. Żakowski, nie ukrywając irytacji z wyników wyborów, drapuje się jednak w szaty człowieka „wyższych sfer”, uprawnionego nie tyle nawet do wyjaśniania zjawisk, ile ich oceniania z punktu widzenia wyjątkowości tej własnej pozyji. Ocenia przy tym zdarzenia z pozycji kogoś lepszego od innych. To stara polska dewiacja, rodząca się z przekonana o uprawnieniu ludzi z warstw „wyższych” do pouczania społecznych nizin w natchnieniu, że demokracja parlamentarna jest jedynym stanem naturalnym ludzkości. Otóż, nie jest. To system wymyślony przez ludzi zdających sobie sprawę z tego, że jeśli człowiek ma wybór pomiędzy ubogą uczciwością, a perspektywą wzbogacenia, z reguły wybiera to drugie kosztem pierwszego. Demokracja tę sprzeczność nieco wygładza, lecz jej nie eliminuje.

W tezie Żakowskiego kryje się też błąd logiczny. W ramach zdrowej struktury społecznej prekariusze i niziołki, to zwykle zjawisko marginalne (co również ilustruje pogardliwość określeń), które z istoty swej marginalności nie może przemienić się w dominantę i stać się większością. Jako zdeklarowany demokrata, Żakowski nie może jednak się przełamać i przyznać, że nasza formuła demokracji polega na tym, że jesteśmy społeczeństwem rządzonym przez ludzi z przywilejami, dalekimi od świata niziołków, zawsze gotowych równość dzielić pomiędzy innych, sami jej nie podlegając. A niziołkom nic do tego, chyba, że… no właśnie, chyba że co?

            Codzienne gazety rozmaicie tłumaczą wyborczy sukces Andrzeja Dudy: błędami Bronisława Komorowskiego, niefrasobliwością jego sztabu wyborczego oraz tym, że relatywnie wysoka frekwencja wyborcza bardziej wspomogła kandydaturę przeciwnika. Inaczej mówiąc, trzeba teraz tylko wziąć się do roboty i odkręcić w czasie wyborów parlamentarnych, to, co się stało w prezydenckich. To kolejna niepoprawna diagnoza, ingnorująca kilka ważnych sygnałów. Pierwszym z nich jest nagła i niespodziewana aktywizacja środowiska niziołków – kiboli i warstw młodzieży wywodzącej się z najbiedniejszej części społeczeństwa. Ci, byli dotąd zbyt zajęci swoim kibolstwem i przydrożnym alkoholizmem, by czerpaną z tego satysfakcję zamienić na abstynencki wysiłek męczących akcji politycznych. Jeśli jednak ten wysiłek uczynili, to ich głos liczy się tak samo, jak wszystkich innych, nawet wtedy, gdy jego faktyczną treścią jest polityczno-społeczny nihilizm i protest dla samego protestu. Sygnałem drugim, jest równie niespodziewana aktywizacja prowincjonalnych środowisk wiejskich i małomiasteczkowych, które zgodnie dotąd uznawały, że „moja chata z kraja” i to co się dzieje poza rodzimą miejscowością ich samych dotyczy tylko w niewielkim stopniu. Teraz, źródłem zwiększenia frekwencji wyborczej o niemal sześć procent, były właśnie te, dotąd zupełnie nieaktywne środowiska, ale od zawsze wrogie elitom jakiegokolwiek pochodzenia. Statystyczną konsekwencją aktywizacji nieaktywnych dotąd grup społecznych, było automatyczne pomniejszenie roli inteligencko-wielkomiejskiego establishmentu i jego preferencji wyborczych, a bezpośrednią tego przyczyną była raczej kąśliwa złośliwość, niż jakiś dający się wyeksponowac program spoleczno-polityczny. Nikt nie lubi takich, którzy obnoszą się ze swoją wyższością i „lepszością”. Nagle ujawniona luka spowodowała prawdziwą erupcję frustracji i negatywnych emocji.

            Dochodzimy do sedna sprawy. Wbrew równościowo-socjalistycznemu słowotokowi, okres PRL był przedłużeniem dominacji inteligencji, warstwy szczególnej, nieznanej jako podmiot polityczny w krajach zachodniej Europy, mający jednak ważne znaczenie w Rosji i na ziemiach dawnej I Rzeczypospolitej. Warto zauważyć, że hasła „inteligencja jako grupa społeczna” nie znajdzie się w żadnej z zachodnich encyklopedii. W amerykańskiej Funk&Wagnall’s Encyclopaedia przeczytamy, że „inteligencja, to umiejętność uczenia się ze zrozumieniem”. W polskiej, znajdziemy pod tym samym hasłem zupełnie inne wyjaśnienie, że oto „inteligencja, to określenie warstwy społecznej żyjącej z pracy umysłu, wykształconej ostatecznie w XIX wieku z zubożałej szlachty, ale również ze stanu mieszczańskiego, rzadziej bogatego chłopstwa i podupadłej arystokracji”. Mało kto wie, że samo pojęcie jest dziedzictwem XIX-wiecznego rosyjskiego rozumienia świata i jego swoistego połączenia z rodzimym przekonaniem o wyjątkowości tradycji polskiej szlachty, pomimo głębokiego zubożenia i niskiej pozycji majątkowej. W XIX–wiecznej Rosji była to jednak zupełnie nowa i bardzo aktywna grupa społeczna poszukująca dla siebie nazwy i miejsca. W 1886 roku, pisarz Piotr Boborykin jako pierwszy użył słowa „inteligencja” na określenie społecznej warstwy, która – jak się potem przyjęło – jest ze swej natury siłą napędową historii. Powstała z połączenia raznoczyńców – ludzi różnych zawodów, ze „skruszonymi szlachcicami”, poczuwającymi się do winy w postaci braku wystarczającej opieki nad swoimi poddanymi.  Uważała się za swego rodzaju duchowy zakon, który poświęca się w imię interesów ludu. Jak zauważa historyk Michaił Heller, „ludzie wywodzący się z różnych środowisk nie czuli się nigdzie u siebie. Będąc częścią społeczeństwa, nie mieli poczucia, że są jego członkami. Mając świadomość swojej odmienności, zaczęli nazywać siebie „nowymi ludźmi”. Tradycyjnie, warstwa ta obejmowała nauczycieli, lekarzy, artystów, inżynierów, urzędników, a przede wszystkim osoby zajmujące pozycje zawodowe wymagające wykształcenia. Warstwa inteligencji pielęgnowała w sobie swoiste poczucie wyższości wobec niewykształconej, lub gorzej wykształconej reszty. Definicja okazała się przy tym pułapką zastawioną przez dbających o pojęciowy porządek polonistów. Utrwalili nie tylko samo pojęcie, ale otoczyli je specjalnym znaczeniem. W ich ujęciu,  inteligent, to człowiek, który nie ogranicza się tylko do zarabiania pieniędzy na życie, ponieważ tkwi w nim potrzeba wychodzenia poza trywialne wymogi związane z wykonywanym zawodem. Inaczej mówiąc, prawdziwy inteligent, to człowiek poczuwający się do jakiegoś rodzaju misji, życiowego zadania do wykonania, ważnego dobrego uczynku, do którego spełnienia pcha go głos wewnętrzny. W Polsce, z różnych przyczyn, pozycja inteligencji okazała się bardziej trwała niż w samej Rosji i dopiero dzisiaj stajemy się świadkami jej społecznego kryzysu. To zjawisko tak bardzo zmartwiło Jacka Żakowskiego, że pozbawiło go chłodnego spojrzenia na rzeczywistość. Czy jest ona lepsza, czy gorsza, niż poprzednia, w większym stopniu zależy od zajmowanego punktu obserwacyjnego, niż od sytuacji obiektywnie istniejącej, na którą i tak nikt nie ma wpływu. Tyle, że gasnąca inteligencja nie może się z tym pogodzić. Nie może się też pogodzić z utratą pozycji „kierowniczej siły narodu” oraz monopolu na właściwe rozumienie swojej misji. A czeka nas narastająca „nienteligenckość”, małomiasteczkowość i zmodernizowana chłopskość, bo taki jest społeczna struktura większości polskiego społeczeństwa. Teza o jego postszlacheckiej inteligenckości była mitem, który i tak trwał zadziwiająco długo, zobowiązywał jednak do powszechnego poczuwania się do jakiejś, bliżej niesprecyzowanej, misji.

MisjaPodział kraju na dwa regiony o odmiennych preferencjach wyborczych nie jest niczym nowym. Obydwa są zaludnione przez Polaków o odmiennej konstrukcji umysłowej, które są nie tylko refleksem historii i geografii oraz tradycji więzów lokalnych i rodzinnych, ale głębokiego europejskiego podziału odkrytego jeszcze w 1965 roku przez Johna Hajnala. Podzielił on Europę na dwie strefy odmiennej mentalności – indywidualistycznej i demokratycznej na zachodzie oraz wspólnotowo-rodowej na wschodzie. Znamienne, że linia dzieli Polskę na dwie niemal równe cześci. Nie może więc być zaskoczeniem, że przekłada się to na odmienność wyborczego głosowania. Dziwi tylko, że ta – powszechna skądinąd wiedza – nie doczekała się głębszej analizy, z której można byłoby wyciągnąć wnioski praktyczne, a data wyborów prezydenckich 2015 roku może okazać się przełomowa dla politycznej historii Polski. Potwierdzają się przy tym domniemania, że kończy się własnie Polska jaką znamy z dalszej i bliższej historii, a zaczyna jakaś inna, chaotyczna i nieznana, ale z całą pewnością inna.

            Wiele jest w historii świata dat uznanych za przełomowe, które wkuwają już uczniowie szkół podstawowych. Na przykład to, że za źródło cywilizacji współczesnego Zachodu uznaje się grecko-łaciński świat śródziemnomorski, istniejący przez bez mała tysiąc lat. Cesarstwo Rzymskie ostatecznie skończyło żywot w pewien wrześniowy piątek 476 roku, lecz okazało się, że tylko z pozoru był to zwykły dzień, jak inne, ponieważ stał się datą kończącą epokę starożytności i otwierającą zupełnie nową. Wraz z upadkiem Rzymu, upadła też cała epoka starożytności, ale co upadło w Polsce w niedzielę 24 maja 2015 roku i jak to można porównać z wydarzeniami sprzed wieków? Tego dnia Polska nie zmieniła przecież ani granic, ani geograficznego pewnego  położenia. Nadal tkwi w tym samym miejscu, wciąż jest państwem europejskim i członkiem kontynentalnej wspólnoty. A jednak wszyscy doznają wrażenia, że stało się coś ważnego. Co się więc właściwie stało i co się skończyło? A jeśli coś się naprawdę skończyło, to, co to „coś” zastąpi? Zaryzykujemy pewną tezę. 24 maja skończyła się oto Polska tradycji inteligencko-szlacheckiej, a przewagę nieodwracalnie zdobył element antyszlachecki i ludowy lub taki, ktory w stosunku do tej pierwszej tradycji jest zupełnie obojętny. Jak wskazują wyniki wyborcze, Stanisław Duda uzyskał istotną większość głosów nad typowym kandydatem szlachecko-inteligenckim – Bronisławem Komorowskim dzięki aktywizacji elektoratu, który albo przedtem wybory ignorował (kibole i ludność wiejska), albo też objawił się nagle jak deus ex machina i zburzył trwałe dotąd relacje między dwiema największymi siłami – tradycjonalistycznym i małomiasteczkowym PiS-em, a wielkomiejską i „światową” Platformą. W okresie ćwierćwiecza III Rzeczypospolitej niepostrzeżenie dorosło pierwsze syte pokolenie młodych ludzi, kierujące się zupełnie innymi niż poprzednie wartościami. Jak wynika z raportu „Młodzi 2011”, Polacy między 15 a 34 rokiem życia upodobniają się do rówieśników z Europy Zachodniej: są otwartymi i namiętnymi konsumentami dóbr, nie cenią ideologii, mają luźny stosunek do instytucji małżeństwa, pielęgnują indywidualizm, ale chcą też być jakoś użyteczni dla ogółu. Relacje z ludźmi cenią na równi z wysokim poziomem życia, ale nie przywiązują wagi do swego społecznego pochodzenia, patriotycznej preszłości, ani też do stopnia własnej „inteligenckości”. Jednak ich ambicje są niczym nie ograniczane: chcą mieć dużo pieniędzy, dobre wykształcenie i wysoki prestiż, ale też ciekawą pracę, wartościowe przyjaźnie, barwne życie, a z czasem – również i udaną rodzinę. Już teraz czerpią z życia pełnymi garściami, ale oczekują od niego ciągle więcej. Nie sięgają po szlachecką tradycję przodków poświęcających się dla wolności za Ojczyznę, czując się ludźmi wolnymi od historycznych zobowiązań. Co ważniejsze, uzyskali wyższe wykształcenie w tak dużej liczbie, że przestało to być społecznym wyróżnikiem uprawniającym, jak dotąd, do poczucia wyższości nad resztą. W 2009 roku zaledwie 7,4% spośród pracujących w wieku 25-64 lata zakończyło edukację na poziomie szkoły podstawowej, zaś udział osób z wykształceniem wyższym wśród pracujących wyniósł 26,8%. Oznacza to też, że osoby lepiej wykształcone i stawiające sobie bardziej ambitne cele życiowe są nadreprezentowane w populacji pracujących, a te z wykształceniem podstawowym i niepełnym wyraźnie niedoreprezentowane.

Wybory prezydenckie 2015III Rzeczpospolita przyniosła prawdziwą rewolucję. W piętnastoleciu pomiędzy rokiem 1995 a 2009, udział osób z wykształceniem wyższym w grupie wiekowej 25–64 lata wzrósł z 9,7% do 21,2%, w grupie pomiędzy 25-tym a 35-tym rokiem życia, jest prawie aż dwukrotnie większy. W tym samym czasie, liczba osób, które nie kontynuowały edukacji po szkole podstawowej, zmalała niemal o połowę i w efekcie osoby tego rodzaju, to już niewielka część całej populacji. W porównaniu z wcześniejszymi dziejami Polski, po raz pierwszy, wykształcenie przestało być przywilejem, przekształcając się w normę. Tyle, że  – zgodnie z tą inteligencką tradycją – ludzie z wyższym wykształceniem oczekują pracy równie „inteligentnej”, a nie tylko zwyczajnie dochodowej. W barze, czy sklepie, inteligent może pracować w Anglii, bo tam nie stanowi to ujmy na honorze, ale w Polsce – w życiu!

Z jakiej więc przyczyny, młodzi i wykształceni Polacy, mają wciąż uznawać za swój autorytet ludzi starszego pokolenia i do tego zupełnie innego pokroju w rodzaju Adama Michnika? Tylko dlatego, że w czasach jego młodości wyższe wykształcenie było przywilejem niewielu i cieszyło się powszechnym uznaniem oraz szacunkiem? Inaczej mówiąc, niepostrzeżenie, ważna podstawa istnienia krajowej warstwy postszlachecko-inteligenckiej zniknęła, a wykształcenie przestało być wyróżnikiem uprawniającym do czegokolwiek. Rzecz jednak w tym, że jest to doświadczenie nie tylko nowe, ale zupełnie sprzeczne z ideami kultywowanymi przez wszystkie trzy wcześniejsze Rzeczypospolite – tę Pierwszą, czysto szlachecką, drugą, szlachecko-miejską i trzecią – tę Peerelowską, która – chociaż formalnie szlachecką tradycję zwalczała – to w praktyce, ją nieświadomie kultywowała.

Raj polskiej szlachtyRodzimym źródłem tej nietypowej dla reszty Europy polskiej tradycji inteligenckiej były narodowe początki w postaci szlacheckiej demokracji I Rzeczypospolitej, która na całą epokę utrwaliła pozycję szlachty w społeczeństwie. To bardzo silna tradycja, która stała się trwałym składnikiem charakteru narodowego Polaków. Demokracja szlachecka, to ustrój panujący w Królestwie Polskim w XV i XVI stuleciu, a w następstwie unii lubelskiej poszerzony o ziemie litewsko-ruskie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W swych założeniach gwarantowała szlachcie prawo głosowania i prawo dodecydowania o sprawach państwa, a także miała być przykładem tolerancji i formalnej równości praw w łonie samego  stanu szlacheckiego. Realizowana była w systemie sejmików ziemskich oraz wyłaniania ich delegatów na sejm walny. Oddawała w ręce szlachty zarówno władzę wykonawczą (wybieralny monarcha), ustawodawczą (sejm i sejmiki oraz senat), jak i sądowniczą w postaci szlacheckich sądów ziemskich. System, na okres czterystu lat tworzył dla szlachty istny raj na ziemi, którego historyczna pamięć okazała się kulturowo tak dominująca, że dopiero dzisiaj zaczynają być widoczne oznaki erozji tego rodzaju społecznej wyobraźni. Tyle, że jak zauważył w XVI wieku dobrze znający kraj Juraj Križanić – Polska, to raj dla szlachty, ale piekło dla chłopów, a tych było – bagatela! – prawie dziewięćdziesiąt procent mieszkańców. Trudno się dziwic, że ich współczesni potomkowie nie mają żadnych podstaw do tego, by dzielić zachwyty na szlachecką tradycję Rzeczypospolitej.

            Ten polsko-szlachecko-inteligencki świat się właśnie kończy, a polityczna inicjatywa wypada z rąk redaktora Żakowskiego i jego kolegów, przechodząc w ręce warstw społecznych uważanych dotąd nie tylko za niższe, ale i za niegodne misji o nazwie „Polska”. Ten nowy świat nie jest już może tak barwny, jak niegdysiejszy i tak jak on romantyczny, ale za to prawdziwy i niczym nie lukrowany. Spojrzyjmu na naszych rodaków takimi, jakimi naprawdę są, chociaż wcale nie musi to być obraz pochlebny. Tyle, że drogą do nowoczesnej przyszłości jest ścieżka, na którą muszą wejść wszyscy, niezależnie od ich dzisiejszego statusu społecznego, własnego poczucia godności i miejsca w społeczeństwie, wykształcenia oraz towarzyskiej ogłady. W najbardziej rozwiniętych krajach świata wyodrębniona inteligencją warstwa nie istnieje, a tego rodzaju kryterium oceny nie jest w ogóle brane pod uwagę. Miarą sukcesu jest poziom umiejętności zawodowych i wynikający z tego stan majątkowy, nie zaś tradycja bardziej czy mniej szlachetnego pochodzenia. Tradycyjni inteligenci muszą wiec tę samotransformację przetrwać tak, aby stopniowo roztopić się pośród reszty Polaków, nawet wtedy, gdy są przekonani o tym, że „jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?” (Ewangelia Ojca Józefa OFM).


5 thoughts on “„PANY” I „CHAMY”, CZYLI PREKARIUSZE I NIZIOŁKI

  1. Coś wspaniałego!!! Od lat nie czytałem takiego tekstu ( analizy). Gratuluje serdecznie erudycji i wiedzy i….chce jeszcze 😉 Pozdrawiam serdecznie!

  2. Wystarczy tylko przejrzeć galerię memów – docierajacych nader celnie i nieraz “do bólu” i “do jądra” sprawy – aby znaleźć odpowiedzi na pytanie – “Dlaczego Komorowski przegrał”. Prosze np. przejrzec lawinę memów ośmieszających “dobre rady >>jak źyć<<" typu: "zmień pracę i weź kredyt" lub "emigracja to nie tragedia, tylko szansa"

  3. Niestety – w analizie zabrakło podstaw. PO doszło do władzy obietnicami powrotu młodych z emigracji, obniżenia podatków, taniego i sprawnego państwa zderegulowanego i bez biurokracji – teraz po prostu szala niezadowolenia z DOKŁADNIE ODWROTNEJ polityki PO spowodowała przegrana Komorowskiego jako symbolu gnuśności i zwykłego “obciachu” tapetowanego napuszoną retoryką. Pomijam skandaliczne mataczenia w sprawie Smoleńska, gdzie Komorowski, Tusk i PO zrobili wszystko, aby polska racja stanu została zdeptana do granic upodlenia. Ponadto wpływ miały publikacje nt związków z WSI tj. GRU i ich wybitnie negatywnej roli dla gospodarki i polityki polskiej. Vide “zadziwiające” objawy “amnezji wybiórczej” w sprawie zeznań Komorowskiego na poczatku roku w sprawie afery marszłkowskiej. Całość zaś optyki podsumowała i przeniosła na nowy poziom widzenia afera taśmowa – nawet dla najbardziej “opornych” PO zaczęło funkcjonować jako banda zwykłych cynicznych oszustów i złodziei. Nieuwzględnianie tego w analizie jest zwykłym oderwaniem od ZASADNICZEJ rzeczywistości, w której Platforma KONSEKWENTNIE otrzymała zapłatę za swoje “dokonania”…

  4. W mojej ocenie przypisany w artykule podział na PO i PIS jako podział na “szlachtę” i “chłopstwo” jest całkowicie chybiony. Jeżeli już na siłę to jakoś “dopasowywać”- to PIS jest spadkobiercą wartości narodowych, które ze szlacheckich w XIX i XX w objęły także chłopstwo i robotników – natomiast PO wyznawało zasadę “polskość to nienormalność” i swoistą politykę biczowania Polski i Polaków “pedagogiką wstydu”, która objawiała się w zaniechaniu reakcji – czyli de facto akceptacji upowszechniania w skali globalnej np. “polskich obozów kocentracyjnych”. Nie jest to postawa chłopska lub inna – jest to zwyczajnie postawa zdrajców i sprzedawczyków rodem z Targowicy.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *