CNOTA SWOJSKOŚCI, CZYLI RZECZPOSPOLITA OBOJGA TOŻSAMOŚCI

Zawodowy politykPrzyszło nam żyć w przedziwnym kraju. Z pewnością nie ma w nim akceptacji dla zamordyzmu, ale też ludzie nie oczekują oferty sprawnej demokracji. Mieszkańcom wystarczy, że „jest jakoś”. A jak? Cóż, powiadają, dzisiaj „jest jakoś”, to poczekajmy, zobaczymy! Demonstracje wspierające swobodę działania Trybunału Konstytucyjnego są sympatyczne, otwarte i nawet wesołe, tyle, że – jak dotąd – nie pociągają za sobą większości na tyle, żeby cokolwiek mogło ulec zmianie. Z kolei rządzący, pragnący wprowadzić w życie jakiś nowy ustrój mają nastroje raczej ponure niż wesołe, ale też większościowym wsparciem pochwalić się nie mogą, starając się tylko odgadywać głębię myśli i zamierzeń swojego przywódcy. Tym sposobem wpadają w pułapkę sprzeczności w rodzaju niechcianej i w gruncie rzeczy niezamierzonej konfrontacji Polaków z cywilizowaną częścią Europy. Powiedzielibyśmy: pat! Ale, to pat właściwie czego? Jak zdefiniować jego aktorów i zarysować wizję przyszłości ludziom, za którymi mogłaby pójść większość?

Jeśli ma się dwie nawzajem wykluczające się osobowości, to w praktyce nie ma się żadnej. Krajowa publiczność nie zdaje sobie sprawy z głębi i zakresu problemu i ze spokojem obserwuje wydarzenia wokół Trybunału mając nadzieję, że jednak strony się jakoś dogadają i sprawa rozejdzie się po kościach. Otóż, się nie tylko nie rozejdzie, lecz będzie dominować w najbliższych  latach. Tyle, że ludzie wciąż zastanawiają się nad prawdziwymi motywacjami polityków w nadziei, że dojdzie do porozumienia i jakimś trafem znowu znajdziemy się na europejskiej ścieżce. Niestety, raczej się nie znajdziemy, albowiem w kwestii oceny przyczyn tych wszystkich wydarzeń od czasu zeszłorocznych wyborów prezydenckich panuje nie tylko zamieszanie, lecz i niezrozumienie. Jak wykazują badania opinii publicznej, ogromna większość mieszkańców jest prounijna i proeuropejska. Dlaczego więc w wyborach oddała większość głosów na ugrupowanie zarówno antyunijne jak i antyeuropejskie? Czyżby Polacy mieli dwie odrębne natury, albo też nie rozumieli następstw swojego postępowania?

Od czasu wejścia kraju w skład Unii Europejskiej stało się normą mówienie o Europie per „my”. Tymczasem, to ocena nie tylko na wyrost, ale i błędna. Polacy są w pewnym sensie uformowani na podobieństwo Rosjan, od nas z pewnością odmiennych, ale też borykających się z dwoistością własnej natury. O wschodnich sąsiadach mówiono kiedyś, że „poskrobiesz Rosjanina, ujrzysz Mongoła”. Kogo odkryjesz, gdy poskrobiesz Polaka, skoro ma on zupełnie inną naturę niż Rosjanin, ale równie dwoistą i niespójną? Daleko mu nie tylko do rozumowania kategoriami ludzi Zachodu, ale i do aprobaty rosyjskości. Ta dwoistość nie jest tylko następstwem „pograniczności” i mechanicznego zmieszania kulturowych elementów wschodu i zachodu. To zjawisko złożone i na codzień niedostrzegalne, jednak z całą mocą daje o sobie znać w chwilach napięć i konfliktów. Nie idzie przy tym o zwykłą sprzeczność interesów, mającą zawsze jakieś racjonalne podstawy, ale o taką, która jest następstwem niedostatków w społecznej konstrukcji, co też i rzutuje na ludzkie umysły. Jest przy tym trudna do wyjaśnienia i prawie niemożliwa do rozwiązania. Rzecz jest dobrze widoczna w dzisiejszych okolicznościach. Twarda konfrontacja ugrupowania rządzącego z resztą świata nie jest tylko efektem walki z opozycją, lecz ujawnia znacznie głębszy problem. To mimowolna konfrontacja z mentalnością zachodnią, mając przy tym źródło w dwoistości narodowej tożsamości. Ta natomiast, nie jest tylko funkcją gry interesów, lecz pojawia się samoczynnie w postaci głęboko niespójnej postawy. W tej sprawie byłby bardziej kompetentny psycholog lub psychiatra, niż analityk koncentrujący się na faktach, nie na emocjach. Partia dzisiaj rządząca stanęła oto w sytuacji, którą sama jest zaskoczona i której nie przewidywała. Jest ona skutkiem nie tyle politycznych zamierzeń i kalkulacji, ile hybrydowości polskiej natury. Społeczeństwo jest dwoiste i głęboko niejednolite. O pomoc do wschodnich sąsiadów zwrócić się nie może, bo jest antyrosyjskie i ma też świadomość czającego się stąd zagrożenia. Od strony Zachodu zagrożenia jednak mu nie grozi, przeciwnie, ida stamtąd i pieniądze i modernizujące kraj wzorce. Z jakiej zatem przyczyny wybrane zostało do pełnienia rządów ugrupowanie w swej istocie antyzachodnie?

Od kogo ma się w egzystencjalnych kłopotach spodziewać wsparcia podobny Polsce kraj średnich rozmiarów? Rządzącej partii wydawało się to nie tylko proste, lecz wręcz oczywiste – od Stanów Zjednoczonych! Niepostrzeżenie, znaleźliśmy się jednak w sytuacji równoległej do Rosji. Moskwa jest gotowa rozmawiać z Europą, ale już nie z USA, które uznaje za konkurenta i śmiertelnego wroga, tak, jakby nie chciała przyjąć do wiadomości tego, że transatlantycka wspólnota to fundament jedności i siły Zachodu. Przywódcy PiS na odwrót. Uznają, że Unia Europejska nie jest wiele warta, trzeba więc szukać oparcia w Stanach Zjednoczonych, chociaż polityczna i kulturowa wspólnota Ameryki i zachodniej części Europy jest czymś najzupełniej oczywistym. Rządzący Polską, chcąc w tym względzie prowadzić politykę sprzeczną z amerykańską, dostają zatem kosza, ale wydają się być serdecznie zdumieni tym, że mimo to tak ważna dla nich panna nie chce tak chętnego kawalera. Głębsza, a nie tylko powierzchowna przyczyna leży w tym, że kulturowo i cywilizacyjnie, to właśnie Polska jest nie tylko odmienna od Ameryki i zachodniej Europy, sama okazując się daleka od jednolitości, ale jest też krajem kulturowego pogranicza i wewnętrznej dwoistości. Naturę rzeczy oddaje niegdysiejsze powiedzenie, że oto „złapał Polak Tatarzyna, a Tatrzyn za łeb trzyma”. Tyle, dzisiaj już że nie wiadomo gdzie w Polaku Polak się kończy, a zaczyna Tatarzyn. Pod względem wrodzonych cech kulturowych, decydujących przecież o postępowaniu narodu jako całości, przemieszanie jest trwałe i nigdy nie wiadomo, która z natur znajdzie się akurat na wierzchu.

Przez ćwierć wieku uważaliśmy się za część Zachodu. Co się takiego stało, że nagle, niemal z dnia na dzień, przestaliśmy się w nim mieścić, skłócając kraj z Unią Europejską, ale sąsiadującą z drugiego krańca Rosję mając też za ciało obce? Będziemy samotnym wyjątkiem w samym środku Europy i to w tak niepewnych czasach? Każdy widzi, że to nonsens, który jednak na naszych oczach zaczyna się stawać. Czy można uznać, że Polska jest jakąś dziejową osobliwością, samotną wyspą w oceanie inności i wytworzyła sobie własną i bezpieczną przestrzeń odrębną od całej reszty? Wszyscy wiedzą, że to żart, szczególnie w świetle historii, w której to zawsze i od samego początku istnienia Rzeczypospolitej Europa uznawała ją za przypadek krańcowo dziwaczny. Nawet Amerykanie, których narodowy bohater zginął w bitwie pod Savannah nie są w stanie uwierzyć w prawdziwość tego, że tam, w Ameryce, Kazimierz Pułaski walczył o wolność jednostki i demokrację, ale we własnym kraju był oficerem Konfederacji Barskiej symbolizującej wstecznictwo i nie tylko postfeudalną, ale wyjątkowo bezwzględną pańszczyznę. Jeśli Antoni Macierewicz ma odwagę wymawiać Amerykanom ich rzekome spóźnienie do demokracji w porównaniu z Polską (ma tu zapewne na myśli początki „demokracji szlacheckiej”), to nie zna historii własnego kraju, w którym wolnością cieszyć się wtedy mogła zaledwie dziesiąta część ludności. Reszta tkwiła w pół-, albo wręcz w pełnym niewolnictwie. O co więc idzie i skąd tyle fundamentalnych nieporozumień i czy jest z tego jakieś wyjście?

Badania naukowe odpowiadają na wątpliwości. Sprawa dotyczy rezultatów porównań kulturowych i cywilizacyjnych dokonanych przez Ronalda Ingleharta i Christiana Welzela. Ich wynikiem jest interaktywna mapa wielkich kultur świata ilustrująca zmiany i przesunięcia cywilizacyjne w czasie ostatniego półwiecza. Miarą pozycji każdego kraju jest wskaźnik budowany za pomocą czterech wzajemnie ze sobą związanych elementów. Z jednej strony, to para wartości służących fizycznemu przetrwaniu i trwałemu korzystaniu z doświadczenia przeszłości, z drugiej – to stopień zwracania się ku przyszłości, czyli wartości świeckich prowadzących do rozwoju i zbudowanych na zasadach racjonalizmu oraz widzenia świata przez pryzmat własnych interesów, nie zaś religii, czy ideologii. Jeśli zwrócimy uwagę na ewolucję międzynarodowej pozycji naszego kraju doznamy zaskoczenia. Ćwierć wieku temu, w 1991 roku, Polska pod względem wzajemnego oddziaływania czynników kształtujących społeczeństwo znajdowała się daleko od Zachodu – w strefie wartości uznawanych za typowe dla krajów Afryki i Azji w rodzaju Nigeri i obok rasistowskiej wtedy Republiki Południowej Afryki, a także w pobliżu Turcji i Brazylii. W dziesięć lat później zrobiła krok naprzód przesuwając się w obszar podobieństw z rozwijającymi się krajami Azji. Po kolejnej dekadzie zbliżyła się do Tajlandii, najbardziej zeuropeizowanego kraju regionu Azji Południowo-Wschodniej, aby ostatecznie – jako jedyne państwo Europy – znaleźć się w nowego typu odosobnieniu, czyli w swoistym „kulturowym worku” odnogi „katolickiej Europy” osadzonej pośród państw od Zachodu odległych – buddyjskej Tajlandii i dalekiej, ale za to muzułmańskiej, Malezji. Jest w tych badaniach jedynym krajem Unii Europejskiej, którego ludność, powszechnie uznając się za prozachodnią, nie podziela w życiu społecznym pryncypiów Zachodem rządzących. Wygląda to na rodzaj kulturowej fiksacji, bo nawet odległy Cypr położony na granicy trzech kontynentów, a geograficznie leżący w Azji, doświadczony setkami lat władzy Orientu i osmańskich Turków, został potraktowany jako kraj europejski. Polska tego zaszczytu nie doznała i znalazła się w sytuacji narodu niby to zachodniego, skłaniającego się jednak ku Wschodowi, tyle, że nie w wydaniu rosyjskim, lecz swoiście azjatyckim. Dodajmy, że autorzy mapki, to nie politycy, lecz politolodzy, a ich rozumowanie ma czysto naukowe znamiona. Do jego przeprowadzenia zastosowali analizę wolną od politycznych podtekstów.

Kulturowe miejsce polski„Badacze skłaniają się ku tezie – komentuje kwestię zeszłotygodniowa Polityka że Polak, choć z wierzchu po europejsku ubrany i po świecie oblatany, w duszy i codziennych praktykach pozostał wierny tradycji. Ale jest to szczególna forma konserwatyzmu. Najlepiej pasuje słowo: swojskość”. Ta swojskość przybiera przy tym bardzo szczególną postać i wcale nie dotyczy niższych warstw społecznych zwanych kiedyś „ludem pracującym miast i wsi”. Jak zauważa socjolog, profesor Zarycki: „w Polsce nie ma sporu między ludem i elitą, tylko jest spór wewnątrz elity, o to, jak lepiej zbawiać społeczeństwo: czy bardziej forsując wartości europejskie, czy narodowe”. Nikomu przy tym nie przychodzi do głowy pozostawienie zadania zbawiania samemu społeczeństwu, ponieważ odwieczna doktryna krajowych elit powiada, że bez dostarczenia „kagańca oświaty”, lud pozostaje niechroniony i bezbronny w obliczu groźby wynarodowienia. Tak więc inteligencja poczuwa się do jakiegoś rodzaju historycznego obowiązku kierowania ludem, ale już sam lud – poza byciem kierowanym – nie jest jej potrzebny.

Właściwie, wszystko to powinno cieszyć, bo teoretycznie rzecz biorąc, swojakość i swojskość, to zjawiska jak najbardziej ludziom bliskie. To przecież domowa atmosfera, otaczanie się rodziną, a także dobrze znany sposób reagowania innych. Słowem, ciepło, bezpieczeństwo oraz poczucie więzi i wspólnotowości w odczuwaniu społecznej jedności z innymi Polakami. Tylko, jak wtedy rozumieć słowa profesora Strzembosza, który na pytanie dziennikarza o prawdziwą istotę tego rodzaju więzi odpowiada, że „jedność, proszę pana, to była tylko w okresie pierwszej „Solidarności” w 1980 roku. Wtedy, przez chwilę nie było plucia”. I wspomina, że oto w stanie wojennym pojawił się pomysł, żeby powołać sąd podziemny, który osądzałby zdrajców i odstępców. „Do mnie się zwrócono, jako do sędziego, żebym w nim zasiadał. Odmówiłem. Wiedziałem, że się zaraz zacznie”. Zasłużony Profesor nie miał jednak racji, bo wtedy się jeszcze nie zaczęło. Na fali wydarzeń Polacy poczuli przypływ dumy ze światowej akceptacji ich roli w obaleniu komunizmu i potrzeba samoakceptacji została na jakiś czas zaspokojona tak, że pozorna normalność przetrwała ćwiećwiecze. Sprawa zaczęła się komplikować dopiero teraz, a to z tej przyczyny, że procesy samoidentyfikacji są długotrwałe, a w Polsce szczególnie zawiłe, bo też w świadomości mieszkańców zawsze było na to zbyt mało miejsca i panowało pojęciowe pomieszanie. Dążono bowiem do znalezienia się w inteligenckim otoczeniu, tyle, że wszyscy pragnęli się znaleźć w tej lepszej, „najbardziej inteligenckiej” przestrzeni społecznej. Wiele władzy mieli przy tym ci, którzy swoim autorytetem byli w stanie potwierdzić „inteligenckość” innych. Warto przyjąć do wiadomości, że wbrew narodowym mitom w wyobraźni wielu rodaków nie ma wiele miejsca dla tolerowania wielkich marzeń, otwartości wobec ambicji innych, powszechności zgody na odmienność, dla cnoty skromności, akceptowania ubóstwa i własnych słabości. Większość pragnie dumnej jednakowości, lecz ma to być jednakowość przychodząca bez wysiłku i uzyskiwana niejako z urzędu i na odpowiednio wysokim poziomie społecznego uznania i materialnej zasobności. Ten rodzaj jednakowości nie jest przy tym uznawany za jakieś obiektywne zjawisko społeczne, lecz za rodzaj społecznej nagrody w zamian za samo istnienie, nie zaś za okoliczność jakiegoś tam przyrostu Produktu Krajowego Brutto, czy innych dających się wymierzyć kategorii. Powszechne jest zresztą podejrzenie, że to tylko „ci inni” – w „towarzystwie” nie akceptowani – nas nie doceniają i świadomie pomniejszają. Trzeba więc im pokazać, że tak nie jest i wybić z głowy chęć uznawania, że nierówności, odmienności i sama różnorodność, to zjawiska jeśli nie pożyteczne, to przynajmniej obiektywne. Więc, niedoczekanie! Ma być równość i jednakowość i to na lokalnych, a nie światowych, warunkach! I tyle!

Jak zauważył Kazimierz Marcinkiewicz, premier rządu z lat 2005-2007, już sama nazwa rządzącej dzisiaj partii politycznej wskazuje na istotę sporu: Prawo (tyle, że „nasze”) i Sprawiedliwość (też rozumiana „po naszemu”). I wtedy nie będzie już żadnej demokracji, która nie uwzględni tak rozumianego zarówno prawa, jak i sprawiedliwości. Liberalna demokracja, to w ramach tej idei czysty chaos, bałagan i niesprawiedliwość, a demokracja jest naprawdziwsza wtedy, kiedy ma scentralizowane kierownictwo a apanaże rozdawane po namyśle. Wtedy, kraj staje się demokracją ładu i porządku! Wszystko pod warunkiem wszakże, że to, co nasze, jest na wierzchu. Niech więc partyjny szef trzyma nas za twarz, byśmy nie ulegli pokusie sprzeniewierzenia się szczytnej wizji społeczeństwa równych pomiędzy równymi i jednakich pomiędzy takimi samymi. A świat patrzy, oczom nie wierzy i wciąż zadaje sobie pytanie: jak to się mogło stać, że kraj niedawno stawiany za wzór równowagi, rozwoju i społecznego porozumienia w jednej chwili przekształcił się w goźny las wilków pełen?

Rozegrał się też akt pierwszy sztuki podobnej do sławnego Króla Ubu, którego treścią miało być to, że „rzecz dzieje się w Polsce czyli nigdzie”. Dziewiętnastowieczny Paryż serdecznie się z tej teatralnej Polski zaśmiewał, ku oburzeniu miejscowych Polaków. Nam jednak wcale nie jest do śmiechu zastępowanego odczuciem szybko zbliżającego się kryzysu jakiego jeszcze w Europie nie widziano? Oto mieszkańcy kraju niedawno uznawanego za wzorcowy przykład sukcesu teraz wezmą się za łby z taką energią, że pióra będą fruwać latami! Tylko, o co im właściwie idzie? Tak trudno to pojąć! Pociesza tylko, że może spełnić się polskie marzenie, że oto nareszcie zapiszemy się na trwałe w historii kontynentu.

Obserwując scenę polityczną i burzliwość wydarzeń ostatnich miesięcy utwierdzam się w mniemaniu, że racją była opinia wyrażona kilka tygodni temu w tekście Bolek o pseudonimie Wałęsa, że oto w naszym kraju jedynym liczącym się i widocznym aktorem politycznej sceny nadal pozostaje tak zwana inteligencja. Żadna inna społeczna formacja, oprócz paru mieszkańców wciąż jeszcze używających pługa, nie ośmiela się dawać większych oznak istnienia. Tyle, że ta nasza rodzima odmiana inteligencji goniąca za równością a nie za wybitnością, jest głęboko prowincjonalna, swojska i przaśna, wcale nie europejska i Boże broń! – światowa. Niejedno ma przy tym imię, a i jej rozumienie zadziwia nietrafnością i wieloznacznością. Jeden jej rodzaj, ma być związany ze światem artystów i wielkomiejskich wyższych sfer, drugi – to warstwa w pewnym sensie ludzi nowych, tyle, że nie obciążonych pracą rąk własnych. Ten jej rodzaj mógł dojść do przekonania, że w obecnej sytuacji też może się uznać za inteligencję i zażądać powszechnej akceptacji swej pozycji w przekonaniu, że potrzebnych do tego umiejętności nabierze w przyszłości. Jest przy tym ogromnie wrażliwa na głębię szczerości uznawania za inteligencję i niemal tak samo ambitna jak pewna poseł, która doszła do konkluzji, że egzamin magisterski jest najzupełniej tożsamy z licencjatem, a ten ostatni tak samo naukowy jak ona sama. Takie zjawisko, to fenomen w skali światowej. Niezależnie od próby jego zdefiniowania jedno wydaje się pewne. Oto, poza ludźmi określającymi się mianem inteligencji, innych w kraju praktycznie nie ma. Nie ma, bo być kimś poza nią, to dowód wykluczenia i nierównego traktowania. To również sprawa społecznie wstydliwa, dowodząca o krzywdzącym zepchnięciu na margines społecznego poważania. A w polskiej tradycji poważanie, to rzecz najważniejsza, nie zaś debata o treści czegokolwiek. To zupełnie inaczej, niż ma się rzecz w krajach Zachodu, do których tak często się odwołujemy. Tam, mieszkańcy konkurują pomiędzy sobą czymś, co można jakoś zmierzyć i ocenić: wielkością posiadłości, zasobnością konta, czy też wyróżniającą się pozycją w społecznej hierarchii. Inteligenckość jako sam tylko stan umysłu, czy też źródło społecznego pochodzenia nie ma znaczenia i nigdy go nie miała. W naszej części kontynentu rzecz ma się zgoła inaczej i ambitnemu osobnikowi nie idzie o to, by z kimkolwiek w czymś konkurować i nie o to, by odnieść w tym sukces, lecz o to tylko, by być traktowanym nie gorzej niż inni i to z samej zasady prawa do równości, nie zaś żadnej obiektywnej miary. Gdyby nie fakt, że akurat nie idzie o kobiety, moglibyśmy pomyśleć, że żyjemy w kraju wiernych islamu, gdzie najważniejszym celem jest uzyskanie przydziału przynajmniej jednej niewiasty, ale poza tym, wszyscy są najzupełniej jednakowi w obliczu wielkości Allacha i nicości ludzkiego życia.

Spoglądając na dzieje kraju z takiego punktu widzenia da się dostrzec sprzeczność pomiędzy gorącością polskich sporów i debat a ich głęboką jałowością w zakresie treści i praktycznych następstw. Nie ma w nich znaczenia, by ktokolwiek się do czegoś przekonał, lub ważnego dokonał, idzie tylko to, by się wyróżnić i jakoś publicznie zaistnieć. W rezultacie Polacy, wbrew własnemu przekonaniu, tak bardzo różnią się od ludzi Zachodu, że nie są w stanie tej różnicy pojąć, ani istoty, ani nawet przyczyny. Celuje w tym obecna administracja, która z niedawnej wzorcowej antyrosyjskości (w czasach, gdy jeszcze była opozycją), przeszła na pozycje równie wzorcowej antyzachodniości, nie potrafiąc przy tym ani wyjaśnić, ani nawet zrozumieć mechanizmu tak głębokiej przemiany graniczącej z odwrotnością. Jeśli jednak jej antyrosyjskość była w głównej mierze werbalna, to dzisiejsza antyzachodniość, choć dla niej samej niespodziana, nabiera coraz głębszej treści i staje się najzupełniej realnym faktem politycznym. Tak, czy owak, głoszona kiedyś chęć przekształcenia nas w społeczeństwo podobne do zachodnich trąci tak oczywistą sprzecznością, że graniczy z niemożnością zrozumienia samej istoty zamierzonych przemian, ich przyczyn i mechanizmów. Walka na śmierć i życie toczy się dla samej walki, a zarówno śmierć, jak i życie odgrywają rolę drugorzędną.

Kusi, by uznać, że w Polsce wcale nie odniosła zwycięstwa świadomość przynależności do Europy i Zachodu, lecz głęboko zakorzeniona w mentalności swojskość i lokalność. To nie to samo, co „bylejakość”, ale nieco pokrewne. Jesteś swój, to jesteś nasz! Swój nie jesteś, to jesteś obcy! W czasach Pierwszej Rzeczypospolitej szlachta, najbardziej licząca się część społeczeństwa z dumą głosiła, że „Polak na zagrodzie równy wojewodzie”, a sam kraj nie tylko dorówuje innym, ale je przewyższa. To on, Zachód, ma się uczyć od naszych obywateli, a nie oni od niego. Ta myśl przebija się i dzisiaj wraz z przekonaniem, że skoro im – tym z Zachodu – coś się w Polsce nie podoba, to niechże pójdą własną drogą, my damy sobie radę i bez nich! Przecież na mapie kontynentu widać jak na dłoni, że „nasza chata z kraja” i możemy się do całej reszty odwrócić plecami. To oni mają się zmienić, bo są obcy, a nie my, sami swojacy.

Warto zauważyć, że zawód polityka staje się też w społecznej przestrzeni nie tylko coraz ważniejszy, ale w stosunku do wielu innych bezkonkurencyjny pukając nam codziennie w okienka telewizorów. Jest ich przy tym (polityków) coraz więcej. Dzisiaj, na krajowej liście, oprócz dawnych wielkich postaci w rodzaju Józefa Piłsudskiego, czy Romana Dmowskiego, znajdziemy wiele nowych nazwisk, bo też każdy poseł i senator uważa się za polityka, a znaczna ich część jest przekonana, że są zawodowcami i reprezentują profesję, a nie tam jakąś wyborczą misję. Niemiecki socjolog Max Weber sformułował kiedyś zasady bycia politykiem i mechanizmy jego działalności. Zarysował pewien typ charakteru odpowiedni dla osobnika, który władzą interesuje się tak, jak codzienną pracą i otrzymuje za to wynagrodzenie. Zamiast być wiedziony misją i przekonaniem o jej racjach, staje się kimś w rodzaju zawodowca gotowego zmienić orientację wraz z regulacją płacy. Może dziś reprezentować jednych, a jutro zupełnie innych. Oznacza to, że polityką zajmuje się permanentnie, która staje się jego zawodem bez większego związku z politycznymi przekonaniami, czy też wielkimi ideami. To jednak zupełne zaprzeczenie tego, co w europejskiej tradycji intelektualnej rozumie się przez politykę, którą Arystoteles uważał nie za sposób zarabiania na życie, lecz za sztukę rządzenia dla dobra wszystkich. W Polsce jednak i ten problem ma własne oblicze i odwróconą kolejność, bo też i celem polityka jest tu przede wszystkim pomyślność jego samego. Czuje się przy tym politykiem nie dlatego, że opanował zawód i istotnie jest profesjonalistą, lecz przeciwnie – jest profesjonalistą z samej definicji i niejako z „Bożego nadania” i to nawet wtedy, gdy politykiem stał się dopiero wczoraj. Panuje bowiem przekonanie, że objęcie stanowiska czyni człeka profesjonalistą.

W refleksji nad wrażeniem głębi oraz istoty dzisiejszego sporu zastanowiła mnie swoista beztroska i bezkompromisowość sztandarowych postaci ugrupowania rządzącego. Wybrałem jako ilustrację problemu dwie z nich: Patryka Jakiego oraz Jarosława Kaczyńskiego. Niezależnie od diametralnej różnicy pozycji mają jedną wspólną cechę: pewność, że zawsze mają rację i nigdy się nie mylą. Obydwaj mają zakodowane przeświadczenie, że cofnięcie się w stanowczości poglądów, to początek drogi do klęski. Sprawa zainteresowała mnie szczególnie, kiedy przyjrzałem się życiorysowi postaci wschodzącej gwiazdy obecnej ekipy rządowej – Patrykowi Jakiemu, który w internetowej Wikipedii figuruje jako „zawodowy polityk”. Rzecz zafrapowała mnie też i z tej przyczyny, że zdobycie zawodu zabiera zwykle wiele czasu i z reguły nie jest następstwem dyplomu, lecz skutkiem doświadczenia. Patryk Jaki dopiero niedawno przestał być studentem. Zawody dzielą się na wyuczone i wykonywane. Wyuczone, to takie, które są zgodne z treścią posiadanego dyplomu. Wykonywane, to konkretne i stale podejmowane czynności i nabieranie zawodowego doświadczenia. Inaczej mówiąc o tym, jaki mamy zawód, decyduje nie tylko samo wykształcenie i dyplom, ale też realny fakt, czyli właśnie to, co robimy na codzień.Tak, czy owak, decyduje o tym albo „papier”, albo też działalność faktyczna uzasadniona pożytecznością odczuwaną przez tych, na rzecz których pracujemy. Nie jest przypadkiem, że dyplomów polityka nikomu się nie wręcza, a faktyczne wykonywanie tego zawodu – tak jak każdego innego – musi być dowiedzione pracą i powszechnością uznania. Ale, w jaki sposób ocenić wyniki tej pracy, skoro w efektach, na które się powołuje trudno odróżnić aspekt medialny od realnego, a prywatny od publicznego? Jak zresztą ocenić, czy polityk staje się nim już za młodu, nie zdążywszy nigdzie zagrzać miejsca, czy przeciwnie – niezbędne jest w tym doświadczenie? Jak duże? Z tej przyczyny mało kto przypisuje sobie otwarcie profesję polityka z uwagi jej definicyjną przejściowość. Zawód polityka, to przecież w gruncie rzeczy zupełna efemeryda.

 Patryk Jaki uznał się za polityka i pomimo młodego wieku w internetowej Wikipedii figuruje jako mąż stanu wykonujący ten zawód z ramienia „Solidarnej Polski”. Pozazdrościłem mu odwagi, bo też mam za sobą okres działalności politycznej, ale w żadnej encyklopedii nie ośmieliłbym się napisać o sobie per „polityk”, czy nawet „były polityk”. Jeśli bowiem uznać to za zawód, to trzeba też uznać jego szczególność, także i w tym znaczeniu, że nie jest profesją podobną innym i że politykiem się tylko bywa, a nigdy nie jest się nim na zawsze. To tak, jakby napisać sobie w rubryce „zawód”: „stale nominowany na ważne funkcje”. W 2006 roku, Jaki został najmłodszym w historii Opola radnym (reprezentował wtedy Platformę Obywatelską). Później, zmienił barwy i został szefem klubu radnych PiS oraz przewodniczącym komisji rewizyjnej w radzie miasta. W trakcie samorządowej działalności zasłynął bezlikiem konferencji prasowych i happeningów, organizowanych zwłaszcza w ramach kolejnych kampanii wyborczych.

Politycy w historiiPatryk Jaki wyrósł na sztandarową postać pewności siebie w tym oto, że polityka realizowana przez rząd jest nie tylko bez skazy i nie tylko nie ma dla niej alternatywy, ale jest czymś absolutnie naturalnym, tak naturalnym, że każdy i tak wie jak jest, a jest jak wiadomo zupełnie dobrze. Swoboda argumentacji doprowadziła go do poczucia posiadania nieograniczonej wiedzy o wszystkim. W nowym rządzie jest wiceministrem sprawiedliwości i prawą ręką ministra i prokuratora generalnego. Sprawia przy tym wrażenie pełnego poczucia swobody i przekonania o nieograniczoności własnych możliwości. Ktoś pomyśli: cóż, jeśli ma doskonałe przygotowanie prawnicze, to jest do tego rodzaju opinii uprawniony. Rzecz jednak w tym, że minister Jaki nie ma przygotowania prawniczego, ani też żadnej w tym względzie praktyki. Wedle internetowej Wikipedii sześć lat temu skończył studia politologiczne w Uniwersytecie Wrocławskim, ale nie jest jasne z jakim tytułem. Nie znany jest też temat jego pracy dyplomowej. Inaczej mówiąc, sprawdzenie, co wiceminister sprawiedliwości potrafi naprawdę i jaką ma wiedzę zawodową staje się zadaniem trudnym.

          Polityk, to człowiek, który poświęca swój czas i potencjał służbie na rzecz dobra obywateli dążąc do zmniejszenia, czy też do usuwania ograniczeń w zaspokajaniu ludzkich potrzeb. Można tę sferę podzielić na dwie niezależne przestrzenie: „życie dla polityki” lub „życie z polityki”. Życie dla polityki jest rodzajem poświęcenia, oddania się sprawie. To również poczucie misji. Patryk Jaki jest przykładem klienteli PiS z przestrzeni ludzi politycznie aktywnych, niezależnie od tego, co o ich aktywności sądzimy.

Jarosław Kaczyński jest inny. Nie realizuje niczyich nadziei poza własną wyobraźnią. Jego wzrost jest przysłowiowy, ale w niczym nie przypomina Napoleona. Ten, uosabiał narodowe ambicje Francuzów najwyższego rzędu, ambicje prezesa PiS nie idą w tę stronę. Nie pragnie być przywódcą kraju wyróżniającego się międzynarodowymi sukcesami, nie chce budować „”imperium Polaków”, lecz być postacią lokalną, na swój sposób swojską i przywódcą ludzi nie tyle nawet ambitnych, ile głęboko sfrustrowanych. Nawet wśród zwolenników nie uruchamia tak gorących jak Napoleon uczuć. Za tego ostatniego były gotowe umierać miliony ludzi. Kto jest gotów umierać za Jarosława?

Kaczyński nie jest typem urzędnika-profesjonalisty, ani też marzycielem. Ludzie o predyspozycjach urzędniczych nie stają się politycznymi przywódcami. Takim może być człowiek, którego wyróżnia poczucie odpowiedzialności, oddanie sprawie i roztropność budująca społeczne wsparcie i zaufanie, ale również i wola wytrwania. Kaczyński taką opinią się nie cieszy i nigdy nie był tak oceniany. Dopisuje mu natomiast nie tyle wola  realizacji idei, ile chęć przetrwania w politycznej grze. Wszystko ma jednak swój kres i od tego wyjątków nie ma.

Max Weber wymieniał trzy cechy, które decydują o klasie polityka:

  • Namiętność;
  • Poczucie odpowiedzialności;
  • Wyczucie w kwestii oceny innych oraz dystans do ludzi i rzeczy;

Kaczyński nie dysponuje żadną z nich. Nie widać u niego politycznej namiętności, która zastępowana jest pamiętliwością, uporem i negatywnymi emocjami. Zupełnie „niepolityczną” cechą jest też przekonanie, że każdy krok wstecz, to oznaka słabości i początek przegranej. To jednak sprzeczne z samą istotą polityki, która jest niczym innym, jak nieustannym lawirowaniem i poszukiwaniem kompromisów. Jarosław jest odmienny, bezkompromisowy, przynajmniej w kwestii własnej nieomylności. Z tego powodu, zamiast dążyć do kompromisu, uznaje go za rodzaj ustępstwa, które z samej istoty uważa za porażkę. W tej sytuacji, jedyna droga, jaka mu pozostaje, to nieustanna konfrontacja powodująca, że polityka staje się pasmem awantur. Kryzys wokół Trybunału jakoś się musi zakończyć, ale niech nikt nie ma złudzeń, że pole bitwy, którym jest w odczuciu prezesa polityka, stanie się nagle oazą spokoju. Kaczyński nie daje dowodów na to, że ma poczucie odpowiedzialności za kraj, skoro kierowana przez niego większość parlamentarna – z mało zrozumiałych przyczyn – spycha go na krawędź izolacji i międzynarodowego niebytu. Poziom jego wyczucia w ocenie innych jest również niejasny i raczej przeważa małostkowość niż wspaniałomyślność. Najwyraźniej w świadomości prezesa znaczenie ma przede wszystkim zaspokajanie własnych urazów, nie zaś ambicji własnego elektoratu. Ten ostatni, z całą pewnością wolałby spokojną konsumpcję sukcesu niż wykrwawianie się w ciągłej walce o nie-wiadomo-co. Taka sytuacja gwarantuje brak perspektywy osiągnięcia celów na dłuższą metę, czy też w większej skali. Przejdzie więc do historii jako epizod polityczny, nic więcej. Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale jest postacią raczej tragiczną, której przyszłe zapomnienie wydaje się pewne, bo wbudowane zarówno w osobowość, jak i w logikę okoliczności i metody działania. Czy ktoś pamięta okres tak wielkiego nasilenia konfliktów z jakimi mamy do czynienia dzisiaj? Czy może to skończyć się inaczej, jak tylko konfrontacją frontalną? Żeby być pewnym jej finału trzeba znać jej uwarunkowania, czyli polityczne plany i dążenia Jarosława. Nie tylko nikt ich nie zna, ale zapewne nie zna ich również i on sam, bo wiele wskazuje na to, że nie są racjonalnie zakreślonym projektem, lecz tylko następstwem przypadkowości, ambicji rządzenia i konfliktowej osobowości skrywanej pod maską olimpijskiego spokoju. A to sprawa bardziej dla psychologa, niż politologa. Warto mu dedykować słowa byłego premiera Wielkiej Brytanii Tony Blair’a, który mawiał, że „politycy są jak pieluchy. Powinni być zmieniani często i z tego samego powodu”. Jarosław Kaczyński jest ostatnim, który jest gotów odegrać rolę pieluchy i przyznać się do jej zmoczenia. Na własne życzenie staje się historycznym przykładem człowieka przegranej sprawy nie potrafiącego pojąć ponadczasowej prawdy, że oto społeczeństwo jest ostatnią zbiorowością gotową do popełnienia samobójstwa. Niech nikogo nie zwiedzie wynik ostatnich wyborów, czy też standardowe badania opinii, mające świadczyć o tym, że znaczna część Polaków te poglądy akceptuje, a przynajmniej im się nie przeciwstawia. Niestabilność społecznych nastrojów jest czymś powszechnym, a społeczne nastroje oparte na cechach jednego tylko człowieka, to miraż, który zniknie zaraz potem, gdy ludzie zdadzą sobie sprawę z zagrożeń i kosztów, jakie z sobą niesie. Paradoksem jest tylko to, że sytuacja oddaje nie tyle teoretyczne różnice i napięcia, lecz prawdziwą rzeczywistość, w jakiej niespodziewanie przyszło nam żyć. Nie wiemy tylko jak długo, lecz za to jest pewne, że nie jest to kierunek, w którym podąża świat. Maszerowanie pod prąd kończy się zawsze tak samo. To tylko kwestia czasu i zmarnowanych kosztów.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *