NARODOWA TOŻSAMOŚĆ. CZY MIAŁ W NIEJ UDZIAŁ FRANK, MESJASZ Z PODOLA?

Jakub FrankTytułowa kwestia wciąż mnie drąży i nadal nie znajduję odpowiedzi na pytanie: co się właściwie w Polsce dzieje i na czym polegają nagle ujawnione podziały tak głębokie, że aż trudne do zrozumienia? Merytoryczne różnice pomiędzy tymi, którzy do władzy właśnie doszli, a od niej odsuniętymi nie są przecież aż tak istotne, aby wyjaśnić gwałtowność odwzajemnianej nienawiści. O co w tym wszystkim idzie i jakie jest prawdziwe tło sprzeczności? Odpowiedź na pytanie pomogłaby nam zrozumieć nagłą zmianę oblicza Polski wobec zachodniej Europy i ewolucję atmosfery w polityce wewnętrznej. Nie idzie o formalne zmiany polityczne, które są naturalnym następstwem partyjnej praktyki, ale o coraz lepiej widoczne przemiany świadomości wyborców, szczególnie w tych przestrzeniach, które nie sprawiają wrażenia konfliktu ideologicznego, lecz pojawiają się jako zwykły efekt konkurencji w dążeniu do władzy. Tym razem jednak idzie też o sprawy „godnościowe”, ponieważ ci, którzy od niej właśnie odeszli, mają się wciąż za inteligentów prawdziwych, czyli za obywateli lepszego rodzaju, a ci, którzy ją zdobyli są przez nich uważani za sort pośredni, by nie powiedzieć: za „zwykłych chamów” władzy niegodnych. Odejście od oficjalnie panującej doktryny liberalnego antynacjonalizmu na rzecz większej przestrzeni dla regionalizmu i koncentracji na interesach narodowych w miejsce europejskich ma więc podwójne tło: gospodarczo-strategiczne i kulturowo-intelektualne. Daje się już odczuć w wielu przekrojach życia społecznego, tak jak dawała się zauważyć poprzednia, internacjonalna dominanta, uznająca tak zwane „wartości narodowe” za rodzaj wstecznictwa i mentalnego zacofania. Postępowy był tylko supranacjonalizm, a ten narodowy i lokalny był uznawany za przebrzmiałe wstecznictwo. Społeczeństwo się jednak nie zmieniło, zmienił się tylko sposób jego postrzegania pośród elit. Najbardziej rzuca się w oczy odchodzenie od panującej dotąd zasady, że oto prawdziwa wizja historii może być tylko jedna i do tego taka, która ma „imprimatur” aktualnie rządzących w kraju oraz ich zagranicznych przyjaciół. Przykładów tego, że idzie nowe jest wiele. Wydawnictwa wracają do publikowania dzieł przedwojennych autorów wcześniej okupujących ławki cenzury. Mam na myśli prace Feliksa Konecznego i Tadeusza Jeske-Choińskiego. Obydwaj trafili na cenzorską listę po wojnie, zaraz po powstaniu Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Urząd uległ likwidacji w roku 1990, jednak, co zastanawiające, cenzura nieformalna pozostała, obydwaj autorzy nie zostali z niej uwolnieni i nikt nie ośmielał się oficjalnie drukować ich dzieł. Dlaczego tak się stało, skoro obu autorów łączy tylko jedno: ich prace naukowe dotyczyły tak zwanej kwestii żydowskiej? W rezultacie, książki Konecznego pojawiały się tylko jako niskiej jakości reprinty, a najważniejsze opracowanie Jeske-Choińskiego o dziejach szczególnego odłamu „nowych” chrześcijan nazywanych frankistami musiało czekać aż do ostatniej zmiany władzy i ukazując się w obrocie dopiero niedawno. Obydwu autorom internetowa Wikipedia zarzuca zresztą antysemityzm, posługując się przy tym bardzo szczególną definicją pojęcia. Dzieli go na trzy rodzaje: „zwyczajny”, „żydożerstwo” oraz „antysemityzm ekstremalny”. Pierwszy, to postawa wyrażająca uprzedzenie, niechęć, wrogość i dyskryminację wobec Żydów oraz osób pochodzenia żydowskiego i postrzeganych jako odrębna grupa religijna, etniczna lub rasowa. Tego rodzaju uprzedzenie wspierane jest również powodami religijnymi, gospodarczymi lub politycznymi. Jest tu też miejsce dla wyższego poziomu antysemityzmu określonego jako „żydożerstwo”, które jest w tym ujęciu przeciwieństwem filosemityzmu. Ekstremalny antysemityzm głosiła ideologia niemieckiego nazizmu, doprowadzając do próby wyniszczenia narodu żydowskiego w okupowanej Europie. Żadna definicja nie wyjaśnia jednak innego zjawiska. Żydzi, to przecież jeden z najstarszych  narodów świata, którego historia sięga trzech tysięcy lat. Dlaczego, od początku istnienia, zawsze i wszędzie bez wyjątku wywoływali raczej negatywne niż pozytywne emocje. Nie ma „anygermanizmu”, „antyanglizmu” czy nawet „antyislamizmu” w zakresie w jakikolwiek sposób porównywalnym ze zjawiskiem antysemityzmu. Gdzie kryje się tajemnica i fenomenu przyczyna?

II wojna światowa zakończyła się siedemdziesiąt lat temu. Minęło od tej pory już dwa i pół pokolenia Polaków i wedle byłego ambasadora Izraela w Polsce Szewacha Weissa tak zwany „problem żydowski” w Polsce, to już tylko kwestia śladowa kilku, może kilkunastu tysięcy osób. Jednak ankieterzy zadający respondentom pytanie o domniemaną liczbę Żydów w kraju najczęściej słyszą w odpowiedzi liczbę „około miliona”, czyli paręset razy większą. Dodawany jest przy tym komentarz o ich zbyt wielkich wpływach, przy czym ostatnia polityczna batalia wyborcza przyniosła nie tylko niespodziewany wynik, ale również odgrzanie gwałtownej debaty o podziale krajowego świata polityki na inteligenckich „żydów” oraz prostackich i dalekich od inteligenckości „chamów”. Podział nie jest przy tym neutralny. „Żydzi”, to również „obcy”, wprowadzający rzekomo czynnik interesów zewnętrznych, natomiast „chamy”, chociaż mniej wykształceni i nieokrzesani, mają być emanacją swojskiej „naszości”. Zaskakuje przy tym rozpiętość ocen co do zakresu zjawiska. Na pierwszy rzut oka wygląda to nawet jak zderzenie zupełnie marginalnych realiów z nacjonalistycznym biciem w dzwony. Warto dokonać analizy fenomenu nie tylko dla samej zasady, ale również i z tej przyczyny, że będzie z całą pewnością rzutować na jakość politycznego sporu w Polsce w najbliższej przyszłości oraz na jego ogląd z zewnątrz.

Już na pierwszy rzut oka widać że różnice w ocenie liczebności osób żydowskiego pochodzenia sprowadzić można do kwestii definicji tego, czym jest ta narodowość. Jest to o tyle niełatwe do sformułowania, że to jedyny przykład w dziejach świata, kiedy określenie narodowości nie zależy od używanego języka, miejsca zamieszkania a nawet od wyznawanej religii, czy samoświadomości nosiciela, lecz od całkiem swobodnie przyjętych kryteriów. W tych ramach można być Żydem bezwyznaniowym, protestanckim, z dziada pradziada katolickim i nawet nic nie wiedzieć o tego rodzaju przeszłości rodzinnej. Ta polityczna definicja ma cechy zupełnej dowolności, tyle, że – sprowadzając rzecz ad absurdum – nie pojawiła się jeszcze buddyjska wersja problemu. Ekstremalna nieostrość definicji powoduje, że prawie jedna piąta respondentów na pytanie o liczbę Żydów w Polsce odpowiada: „milion i więcej”, podczas gdy z punktu widzenia precyzyjnej definicji wyznaniowej jest ich nie więcej niż 30 tysięcy. Jedna czwarta z odpowiadających twierdzi przy tym, że mają zbyt duży wpływ na to, co dzieje się w kraju. Tyle samo respondentów uważa, że „zbyt mocno oddziałują na polskie media”. Przy tym stan wiedzy o wyróżniających cechach jest przedziwny, powodując, że w „potrzebie” każdego można nazwać Żydem, czyli „obcym”, bo w gruncie rzeczy o to tutaj idzie, nie zaś o wskazanie konkretnej narodowości. Teza znajduje potwierdzenie w liczbach. W 1996 roku w odpowiedzi na zadane przez CBOS pytanie „ilu Żydów mieszka obecnie w naszym kraju?” tylko jedna trzecia badanych wybrała w odpowiedzi liczbę mniejszą niż 100 tysięcy. Reszta uznała, że jest ich więcej i aż 14 procent wymieniło kwotę „milion i więcej”. Wspomniany Szewach Weiss wyjaśnia fenomen powiadając, że rozpiętość ocen wiąże się oto z tym, że popularność tematu Żydów w mediach jest na tyle wysoka, że wytwarza wrażenie, że „skoro mówi się o nich dużo, to też dużo musi ich być”.

Według ankiet przeprowadzonych w 2015 roku, tylko co trzeci Polak deklaruje niechęć w stosunku do omawianej narodowości. Badania CBOS pokazują, że w okresie powojennym stosunek do niej Polaków zdecydowanie się poprawił. Na początku lat 90-tych liczba osób deklarujących antypatię była trzykrotnie większa niż tych, którzy nie żywili niechęci. W ramach sondażu z roku 2015 proporcje te były już wyrównane – 32% przyznawało się do niechęci, natomiast 28% stwierdziło, że odnosi się do Żydów z sympatią. Wciąż jednak nie daje to odpowiedzi na pytanie skąd miałby się wziąć względnie wysoki tej niechęci poziom oraz podejrzenie o wielką skalę wpływów, skoro liczby bezwględne mówią o marginesowości zjawiska. Z odpowiedzi na następne pytanie wynikało też, że w opinii 26% Polaków naród żydowski doznał ze strony Polaków więcej dobrego niż złego, z kolei 44% uważało, że bilans jest wyrównany, a 11% było gotowych przyznać, że to Żydzi od Polaków doznali więcej krzywdy niż pomocy. Jeszcze w 1992 roku 38% ankietowanych przyznawało, że Polacy dali im więcej dobrego niż złego, a jedynie 9% twierdziło, że bilans był odmienny. Na czym miałby więc praktycznie polegać ten rodzaj antysemityzmu i do czego miałby właściwie prowadzić? Problem w tym, że w ramach używanej nomenklatury istnieją tylko dwie emocjonalne przeciwności: antysemityzm i filosemityzm. A co jest w środku, pomiędzy nimi? Nie ma nic? Pustka? Czy w stosunku do istnienia narodu żydowskiego nie można być obojętnym jak do istnienia Kurdów czy australijskich aborygenów? Ta sytuacja sprzyja pojęciowym nieporozumieniom. Alain Edelstein zaproponował nawet dosyć szczególną definicję filosemityzmu, zbudowaną na bazie negacji przeciwności, czyli antysemimtyzmu: „filosemityzm, to poczucie lub działanie wyrażające poparcie lub wrogość wobec pewnych zjawisk, którego celem jest dobro osób nazywanych Żydami; jest ono oparte na przekonaniu, że te osoby, w imię tej właśnie żydowskości, posiadają cechy godne pożądania”. Przy czym wersja „silna” filosemityzmu pociąga za sobą utożsamianie się z dziejami narodu wybranego skłaniając nawet do przejścia na judaizm, jego wersja „słaba”, to tylko anty-antysemityzm. Tyle, że w niczym nie pomaga to w zrozumieniu innego zjawiska, które Heinrich Heine (sam przeszedł z judaizmu na protestantyzm) nazwał kiedyś urodzeniem z przypadłością sprowadzającą się do tego, że „nigdy nie można przestać być Żydem”. Dopiero w tej konwencji można znaleźć się bliżej zrozumienia problemu stosunków polsko-żydowskich. Najpierw jednak trzeba sięgnąć do starszej historii wykazującej pewne podobieństwa do omawianej i znanej jako kwestia dawnych hiszpańskich marranów, których resztki (kilka procent ludności) mieszkają dzisiaj w Izraelu.

Latem 1391 roku przetoczyła się przez Kastylię i Aragonię fala antyżydowskich rozruchów motywowanych podejrzeniem o sprzyjanie muzułmańskim wrogom, w wyniku których tysiące ludzi zamordowano, a ci, którzy przeżyli przyjęli pod groźbą śmierci chrzest. Król zezwolił im na powrót do dawnej wiary bez żadnych konsekwencji, tyle, że zmiana religii otworzyła przed dotąd dyskryminowanymi nowe perspektywy w wielu dziedzinach życia, więc i liczba nawróceń wśród hiszpańskich wyznawców judaizmu przybrała lawinową postać również i w wyniku misjonarskiej działalności dominikanów, a także narastającej presji ekonomicznej i prawnej na społeczności żydowskie. Rzecz bowiem polegała na wyborze: albo przechodzisz na chrześcijaństwo, albo pozostajesz częścią wrogiej mu społeczności żydowsko-muzułmańskiej. Dla tej ostatniej, konwersja nie wchodziła w grę ponieważ Koran zabrania jej pod groźbą kary śmierci. Żydowscy konwertyci przenikali teraz na masową skalę do zamkniętych dla nich dotąd grup społecznych i instytucji: urzędów publicznych, uniwersytetów, gildii kupieckich, wreszcie – samego Kościoła. W wielu hiszpańskich miastach zdobyli silną, niekiedy dominującą pozycję we władzach miejskich. W Kościele zostawali nawet biskupami i kardynałami, wzrastała też liczba i znaczenie konwertytów na dworze królewskim i zdecydowanie zostały przez nich zdominowane krajowe finanse. Do szlachectwa dopuszczano marranów na równych prawach ze „starymi chrześcijanami”. Tyle, że podział na „starych” i „nowych” chrześcijan okazał się niespodziewanie trwały, granice nieprzenikalne, a dawne odmienności głęboką i stałą dominantą prowadzącą wśród społeczności konwertytów – wzorem wartości zawartych w judaizmie – do bezwzględności wzajemnego wspierania. W tej sytuacji nastąpił szybki wzrost ich społecznej pozycji wywołując jednak zawiść i zarazem nieufność co do zasad wzajemnego współistnienia. W 1449 roku wybuchły nawet rozruchy i „starzy chrześcijanie” uchwalili tzw. statuty czystości krwi (limpieza de sangre), zakazujące „nowym” dostępu do urzędów miejskich. Spór o szczerość konwersji poszedł tak daleko, że zakończył się powstaniem Świętej Inkwizycji, pozwalając skazać na śmierć tych, którym udowodniono nieszczerość zmiany wiary. Klasycznym chwytem w tej procedurze był test na jedzenie wieprzowiny.

W związku z decyzją o wygnaniu z Hiszpanii Żydów i muzułmanów liczba konwertytów szybko wzrastała. Edykt królewski z 31 marca 1492 nakazywał wyznawcom judaizmu przyjęcie chrztu lub opuszczenie Hiszpanii. Jako główny powód decyzji podawano „zgubny wpływ, jaki religijni Żydzi wywierają na konwertytów”, odciągając ich od chrześcijaństwa na rzecz powrotu do judaizmu. Ponadto, edykt wymieniał cały szereg tradycyjnych zarzutów: zajmowanie się lichwą oraz kolaborację z muzułmanami. Szacuje się, że blisko połowa spośród 80 tysięcy hiszpańskich wyznawców judaizmu wybrała chrzest zasilając tym dotychczasową społeczność marranów. Byli też głównym celem represji ze strony Inkwizycji. Do 1530 roku kilkadziesiąt tysięcy konwertytów osądzono za potajemne wyznawanie judaizmu, a blisko 2 tysiące spłonęło na stosach. Około 1530 roku represje przeciwko marranom w zasadzie ustały, w wielu dziedzinach życia byli jednak – przynajmniej formalnie – wciąż poddawani dyskryminacji.

Drugi, podobnie masowy przypadek konwersji powtórzył się w dwa stulecia później na drugim krańcu Europy, w Polsce i za sprawą Jakuba Franka i jego zwolenników. Wydarzył się jednak w tolerancyjnej Rzeczypospolitej, która nie tylko nie znała stosów ani inkwizycji, ale też i ludność żydowska nie była kojarzona z wrogimi siłami, lecz ze stanem uznawanym za naturalny. Dlatego też przejście Franka i jego zwolenników na chrześcijaństwo nie przyniosło społecznego wstrząsu ani też gwałtownych wydarzeń. O ile w Hiszpanii nobilitacja marranów miała stygmat przymusu ze strony władzy państwowej oraz dramatycznych okoliczności, w Polsce przechodzenie frankistów na chrześcijaństwo odbywało się niejako mimochodem, równolegle z otrzymywaniem pełni praw obywatelskich i statusu członkostwa stanu szlacheckiego. Formalnie, przejście do stanu szlacheckiego wymagało sejmowej uchwały i otrzymania tak zwanego indygenatu. Jednak Polska była już w okresie anarchii czasów saskich i sejmy się praktycznie nie zbierały, co sprzyjało „samonadawaniu” herbów przez zainteresowanych przy wsparciu ich możnych opiekunów. W Hiszpanii liczba konwersji liczona była w dziesiątkach tysięcy, w Polsce, wiadomo, że w 1750 roku dotyczyła też całkiem znaczącej liczby przypadków, bo aż 24 tysięcy pełnoletnich. Jakie były dalsze losy konwertytów i czy mieli jakiś wpływ na kształtowanie się poźniejszej polskiej tożsamości?

Temat podjął przedwojenny historyk Teodor Jeske-Choiński w książce zatytułowanej Neofici polscy. Podszedł do sprawy z naukową precyzją przez cztery lata czytając księgi parafialne odnotowujące przypadki tak zwanych wychrzczeń. W 1951 roku książka została jednak wpisana na listę pozycji zakazanych, a kolejne pełne wydanie ukazało się dopiero po sześćdziesięciu pięciu latach (2016) nakładem wydawnictwa Antyk. Przedtem, rzecz była dostępna tylko w zakodowanych zasobach Biblioteki Narodowej w Warszawie. Co takiego kryje się za sprawą polskich neofitów, że autor książki został potraktowany jak trędowaty? To przy tym książka niezwykła, ponieważ była owocem żmudnej pracy naukowej autora w dostępnych archiwach, zakończonej powstaniem udokumentowanego materiału historycznego w postaci słownika zawierającego wykaz rodów i nazwisk osób, które – należąc do tak zwanych frankistów – przeszły w XVIII stuleciu z judaizmu na katolicyzm lub rzadziej – na protestantyzm i tym sposobem stawały się trwałą częścią społeczeństwa polskiego. To znakomite opracowanie naukowe sporządzone przez autora, który tworząc pracę o frankistach zgromadził ogromny materiał historyczny łącznie z obszerną listą nazwisk szlachty wywodzącej się z tej grupy narodowo-religijnej. Dlaczego został sklasyfikowany jako antysemita, a jego dzieła obłożone cenzurą? Przypomnijmy wspominaną we wcześniejszych rozważaniach odyseję polskich frankistów.

Oto w 1758 roku król August III Sas zezwolił na powrót Józefa Franka i jego zwolenników obiecując wzięcie ich w opiekę i ochronę. W 1759 roku została zorganizowana nawet publiczna dysputa z ortodoksyjnymi talmudystami, po której kilkuset frankistów publicznie przyjęło chrzest. Dla zachęcenia kolejnych zostali obsypani łaskami i przywilejami. Niektórzy zostali przez swych rodziców chrzestnych nawet adoptowani do szlacheckich herbów, co dawało w ówczesnej Rzeczypospolitej pełne prawa obywatelskie. Inni, wobec administracyjnego chaosu przedrozbiorowej Polski, sami ogłosili się herbowymi, co było wprawdzie pozbawione prawnej podstawy, ale okazało się skuteczne w obliczu bezprawia rozbiorów. Sam Frank począł się tytułować generosus, czyli „urodzony”,  co sprowokowało liczne protesty. Sejm koronacyjny z 1764 roku uregulował status frankistów w sposób tymczasowy, formalnie nobilitując nawet grupę czterdziestu ośmiu „neofitów dystyngowańszych litewskich” i wyłączając ich spod rygoru poprzedniej uchwały dozwolił, by król dokonał w okresie roku nobilitacji dalszych według swego uznania. „Oprócz tego – czytamy w uchwale sejmowej – „gdy Nam, Królowi, Stany Rzplitej, za takowąż powszechną zgodą tejże neofitów kondycyi, czyli od nich pochodzącym osobom, nie więcej jako dziesięciu, i to nie duchownego lecz świeckiego stanu, bądź z Korony, bądź W.X.L., którychbyśmy takowego łaskawego naszego względu godnemi być uznali, praecisio similiter scartabellatu (bez ograniczeń szlachty niższego rzędu), tymże klejnotem szlachectwa zaszczycić dozwoliły, My, Król, takowe przywileje najdalej w czasie roku całego pod nieważnością późniejszych lub nad liczbę wyrażoną danych przywilejów, tym osobom, z tychże naszych kancellaryj obojga Narodów, mocą niniejszej Konstytucyi wydać każemy”. Tyle, że nadzieje katolickiego kleru na chrześcijańską prawowierność ochrzczonych frankistów okazały się płonne. Nie odstąpili oni od traktowania swego nowego wyznania jako etapu przejściowego do „prawdziwej wiary”. Sam Frank przebywał z tej przyczyny przez kilka lat w przymusowym odosobnieniu na częstochowskiej Jasnej Górze, gdzie w styczności z kultem Matki Bożej zmodyfikował swoje nauki. To wówczas miał ujrzeć w obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej „uwięzioną Szechinę”. Ze względu na żeński rodzaj słowa, hebrajskie określenie bywało utożsamiane z kobiecym pierwiastkiem boskości, co dało mu podstawę do identyfikacji Najświętszej Panny z czczoną przez niektórych rabinów emanacją kobiecej odmiany boskości. Rzecz dała nadspodziewane efekty. Jeske-Choiński obliczył, że po rozbiorach aż kilkadziesiąt tysięcy frankistów oczekiwało na przyjście Mesjasza, którego miejscem przyszłego pobytu miała być Rzeczpospolita i na jakiś rodzaj wspólnoty ze światem chrześcijańskim.

W 1786 roku, Frank wraz ze swoim dworem przeniósł się do zamku w Offenbach nad Menem, gdzie zmarł w pięć lat później. Okazało się, że to dopiero początek kariery frankizmu w Polsce jako swoistej mutacji chrześcijaństwa. Opinia publiczna była zresztą początkowo idei dość przychylna. Uznawano frankistów za szczerych neofitów, ale podejrzliwość wzrastała i z czasem zaczęto im przypisywać dążenie do opanowania rozkładającej się Rzeczpospolitej oraz przekształcenia jej na własną modłę. Jako wybijający się politycy zaczęli też zapełniać ławy poselskie, nie brakowało frankistów na dworze królewskim, stali się znani z  bogactwa i znaczenia we wszystkich większych miastach kraju. Dotarli także do wpływu na szkolnictwo, a zdaniem francuskiego historyka zaciążyło to na losach Polski szczególnie w ostatnich latach I Rzeczypospolitej. Posądzano ich nawet o dążenie do stworzenia na jej terenie własnego państwa narodowego. Podczas Sejmu 4-letniego frankiści zasiadali licznie w ławach poselskich (Szymanowscy, Orłowscy, Jasińscy). Byli już trwale uznawani za polską szlachtę, znani jako ludzie zamożni, piastujący godności szambelanów królewskich, starostów, podkomorzych i cześników. Faktem jest też, że frankiści przeniknęli do wolnomularstwa. Zdaniem Didiera starali się także przyciągnąć szlachecką młodzież do masonerii. W krótkim czasie przyłączyły się do niej największe osobistości ówczesnej Polski. Na kierowniczych stanowiskach również pojawiają się frankiści – Szymanowscy, Krysińscy, Majewscy, Krzyżanowscy, Lewińscy, Piotrkowscy. Z początkiem XIX wieku większość z nich przyjęła ortodoksyjny katolicyzm, ale zasada wchodzenia w związki małżeńskie wyłącznie we własnym gronie była wciąż trwała i zaczęto ją łamać dopiero po stu latach, około 1850 roku. Wedle Choińskiego, rodziny frankistowskie ze względu na swą elitarność, wykształcenie i związaną z tym sprawność intelektualną, kontakty międzynarodowe oraz umiejętność – w przeciwieństwie do pauperyzującej się szlachty – powiększania swych majątków, rychło stały się rdzeniem powstającej inteligencji, w szczególności tej stołecznej. W rezultacie, tworzyć się zaczęły jakby dwa jej rodzaje: jeden, na bazie zdobywających coraz wyższą pozycję Polaków o frankistowskich korzeniach sprzed dwóch stuleci oraz drugi, budowany w drodze mozolnego awansu społecznego inteligencji nowego rodzaju, która ze względu na nierówny układ społeczny od początku zaszczepiona była antysemityzmem. Ten ostatni również wykazywać zaczął podwójne oblicze: jedno pogardliwe i skierowane do obcych – „żydowskich chałaciarzy” i drugie zawistne, bo związane z dzieleniem Polaków na tych biedniejszych, ale za to „prawdziwych” i tych drugich, zamożniejszych i lepiej wykształconych, ale „podrabianych” bo mających przed stuleciem frankistowskie początki. W okresie międzywojennym pierwszych symbolizował Józef Piłsudski, drugich – Roman Dmowski. Polityczny sukces pierwszego polegał na tym, że miał za sobą również i pozostałości dawnego stanu szlacheckiego. Dmowski oparł się na elemencie młodego mieszczaństwa i kupiectwa, dla których żydowscy przedsiębiorcy byli konkurencyjnym zagrożeniem. Po wojnie, sytuacja zmieniła się diametralnie. Poszlacheckie niedobitki zostały wywłaszczone i zesłane na daleką prowincję, Narodowa Demokracja zdelegalizowana, a ich miejsce zajęła „nowa socjalistyczna inteligencja”, często pochodząca z kręgów zateizowanych żydowsko-rosyjskich imigrantów i uwolniona z ZSRR ze względu na powstanie PRL-u rozpaczliwie poszukującego społecznego wsparcia. Tym sposobem utrwalił się podział na rządzącą „klasę robotniczą” oraz w wiekszości całkiem nową „inteligencję pracującą”, z których tylko ta ostatnia okazała się wystarczająco zorganizowana, by móc przejąć władzę w 1989 roku i utrzymać ją przez całe ćwierćwiecze aż do wyborów 2015 roku. Wiele wskazuje na to, że przyszedł własnie kres tego rodzaju podziału i do władzy dochodzi zupełnie nowa warstwa młodszych pokoleń, nie mających wiele wspólnego z dawną strukturą partyjno-państwową PRL-u.  Rzecz w tym, że przedstawicielom przegranych jest nie tylko trudno się z tą niespodzianą sytuacją pogodzić, to jeszcze – co jest zapewne bolesne najbardziej – wiąże się ona z utratą wielu dotychczasowych apanaży, z których przez ćwierć wieku swobodnie korzystali. Trudno więc się dziwić, że walka „o swoje” staje się bezwzględna.

W kontekście opisanej historii twardy podział polityczny jaki objawił się w Polsce po ostatnich wyborach ponownie przybrał formę podziału inteligencji na dawnych konwertytów i drobną szlachtę lokalnego pochodzenia. Jest o tyle wart uwagi, że tak potrzebna debata polityczna stała się w tej sytuacji rozmową przysłowiowego dziada z obrazem. „Mówił dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu!”.  Tyle, że warto wiedzieć, kto tu gra jaką rolę. Kto jest w tej grze „dziadem” a kto „obrazem” i jaka jest tego przyczyna? Dlaczego żadna ze stron nie przyjmuje argumentów drugiej? Ludzie, to gatunek  homo sapiens, czyli nie tylko homo, a więc rodzaj jednostki żyjącej na podobieństwo zwierząt, ale również sapiens, czyli istota mądra. Na podstawie jakiej klasyfikacji część Polaków jest gotowa uznawać siebie z samej tylko definicji za lepszych od innych i też pełnoprawnych inteligentów, podczas gdy reszta ma nie dostępować tego zaszczytu a podział na jednych i drugich miałby mieć charakter trwały i niemal dziedziczny? To stratyfikacja nie znana w innych krajach Europy. Dodatkową zagadką jest przy tym sam sposób zostawania (mianowania? powoływania?) inteligentem. Nigdy nie było w tej przestrzeni nominacji, konkursów, czy powołań, tylko nie-wiadomo-skąd-wzięte oczywistości w postaci faktów dokonanych. Inteligentem w opinii „środowisk opiniotwórczych” było się niejako z samej natury, albo się nim nie było wcale i koniec! Nie istniała żadna droga awansu ze stanu chłopskiego i mieszczaństwa do warstwy inteligenckiej, ani też nie było żandego mechanizmu „stawania się” inteligentem. Dla eliminacji potencjalnych uzurpatorów, w nieformalnym obiegu pojawiła się nawet kategoria „inteligencji technicznej”, której inteligenckość miała być tylko formalna i powierzchowna ale na tyle niepełna, że uniemożłiwiała stawanie się częścią „wybitności” politycznej i kulturalnej elity kraju. W tej przedziwnej konstrukcji mentalnej wydaje się też kryć dzisiaj zasadnicza linia podziałów i to – jak to właśnie wychodzi na jaw – podziałów tak głębokich, że poddających w wątpliwość nawet to, czy wciąż jesteśmy jednym narodem, dwoma w jednym, czy też zupełnie odrębnymi tworami? Co sprawiło, że natura Polaka jest tak głęboko dwoista, jak to się nie zdarzyło w żadnym innym społeczeństwie Europy a i dzisiaj staje się dla reszty świata nieodgadnioną zagadką?

MadroscMam wrażenie, że udało się nam wreszcie odnaleźć właściwy trop, prowadzący do odpowiedzi na pytania, sprowadzające się do kwestii podnoszonej we wcześniejszych rozważaniach: jesteśmy oto świadkami końca społecznej kariery polskiej inteligencji z jej dotychczasową formułą istnienia jako zjawiska wyjątkowego i swoiście „uświęconego”. Jej niedobitki zapewne znajdą sobie miejsce w kraju lub w strukurach europejskich, ale już nigdy nie będzie w Polsce honorowana tak jak to było kiedyś. Polskie rozumienie pojęcia „inteligencja” jako grupy społecznej, nie zaś cechy osobniczej, jest przy tym całkowicie odosobnione. Odmienne postrzeganie natury ludzkiej ma początek nie tylko w samym tylko fenomenie zróżnicowania poziomu inteligencji oraz w przestrzeni czystej nauki, ale także w teologii, czymś od nauki zupełnie odległym. Religia głosi, że „istnienie ludzkości ma źródło w Woli Boga, jej Stworzyciela”, a sami ludzie są stworzeni na Boskie podobieństwo. Wiedzie to do poważnych konsekwencji: “ludzie powstali po to by rządzić resztą stworzenia przewyższając je we wszystkim” i nie jest to – jak innych stworzeń – ich cecha wyłącznie naturalna, ale i „boska”, czyli nadana przez istotę znacznie od nich doskonalszą, która jest też tej doskonałości prawdziwym autorem. Pierwsze domniemanie jest więc takie, że poziom jednostkowej inteligencji jest następstwem „Woli Boga, Stworzyciela”. Samemu człowiekowi nic do tego.

Drugie źródło inteligencji homo sapiens jest już całkiem pozbawione cech boskich i skrywa się w procesie ewolucji, czyli w zjawisku jak najbardziej ziemskim i naturalnym. Człowiek jest jedynym w świecie gatunkiem, o którym można powiedzieć, że stale rozwija swoją mądrość. Mądrość, to przy tym pojęcie zarówno indywidualne (człowiek mądry), jak i gatunkowe (mądrość człowiecza), ale w gruncie rzeczy nijak mu w tym po drodze z religią. Jej istnienie jest, to prawda, cechą gatunku, ale nie tyle przymiotem większości, lecz tylko jednostek szczególnego rodzaju. O ludziach mądrych mówi się dziś z podziwem, ale bez wiązania ich mądrości z Bogiem, wskazując raczej na jednostkowe, nie zaś zbiorowe przykłady wybitności.

Mądrość, to pojęcie złożone. Czy zamieszczone wyżej ilustracje mające ją symbolizować też można uznać za jego część? Czy doskwierająca ludzkości do dzisiaj pamięć o Holokauście i innych zbrodniach świadczyć ma o tym, że też były następstwem historycznej mądrości ludzi, a nie zwykłej i do tego zbrodniczej głupoty polityków. Czy „mądrość” islamistów nakazujących mordowanie wszystkich, którzy islamistami nie są, jest tylko jakimś wybrykiem człowieczej natury, czy też pojęciem z tej samej półki? To skomplikowane, ale też i konieczne do wyjaśnienia. Sprowadza się do konkluzji o istnieniu dwoistej natury Polaków. Patrząc od strony etnicznej, czyli używanego języka, jesteśmy jak mało kto narodem jednolitym. Spoglądając jednak od strony pewności siebie w pełnieniu roli świadomego przedstawiciela narodu, rzecz przestaje być jednorodna i wyłaniają się wtedy dwie jego twarze: jedna pewna swych umiejętności, lecz niepewna narodowej legitymizacji i druga na odwrót, niepewna walorów, lecz pewna swej „lokalności” i posiadanej tym sposobem delegacji do rządzenia. Czy z tego wyniknie wieczna i nie kończąca się walka, czy też pojawi się przestrzeń dla jakiegoś modus vivendi pokaże dopiero przyszłość…


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *