CZY JESTEŚMY PANAMI PRZYSZŁOŚCI, CZY TYLKO HISTORIĄ WE WŁASNEJ HISTORII?

FukuyamaW chwili, gdy krążownik „Aurora” oddawał strzały wszczynające rosyjską rewolucję, załoga nie zdawała sobie sprawy, że oto rozpoczyna najkrwawszy okres społecznych przemian jaki miał miejsce w historii ludzkości. Z całą pewnością uczestnicy wydarzenia nie spodziewali się, że w rok później większości z nich nie będzie już na tym świecie i że zginą z rąk tych, których przedtem wynieśli do władzy. W Polsce również dzieją się rzeczy dziwne, ale nikt nie jest w stanie orzec, czy nowy obraz polityczny kraju, to tylko chwilowa fanaberia wyborców, czy też element szerszego procesu. Wiele do myślenia daje informacja, że w niedalekiej Austrii radykalnie antyeuropejski kandydat na prezydenta omal nie wygrał powszechnych wyborów. We Francji, do wyborczego zwycięstwa szykuje się flirtująca z Rosją i otwarcie antyeuropejska Marie Le Pen, a brytyjskie członkostwo w Unii wisi na włosku. Nasuwa się pytanie rodem z klasyka: „co się dzieje w państwie duńskim?”. Czy to tylko publiczne przeżywanie wewnętrznych rozterek, czy też początek jakiegoś poważniejszego procesu? Jeśli dodać informacje nadchodzące z USA, że oto Donald Trump zdobywa w sondażach przewagę nad Hillary Clinton, to warto zastanowić się nad odpowiedzią na pytanie, czy nie jesteśmy przypadkiem świadkami kresu panowania dotychczasowego modelu światowego establishmentu. To establishment wielkiego kapitału i medialnego monopolu osadzonego w trwałej ospałości wyborców. Jest w tym wszystkim pewne doświadczenie, które największym aktorom wydarzeń wydaje się być niemożliwe do zaakceptowania. Otóż twarda reguła powiada, że początek wszystkich wielkich wydarzeń jest zwykle zwodniczy, ponieważ w wyobraźni uczestników wydaje się zgodny z ich wolą, jako że oczekiwanie finału współistnieje z przekonaniem o realizacji własnych interesów. Rzecz w tym, że sprawcy nie tylko nie panują nad wywołanymi przez siebie wydarzeniami, lecz na końcu procesu wszystko okazuje się być inne, niż z początku zamierzano, a finał tego, co z taką emocją rozpoczęto potrafi przekształcić się w tych zamiarów odwrotność. Więcej, inicjatywę przejmują nowi uczestnicy i to wcale nie ci, którzy uznawali się za sprawców wydarzeń. Dla Polski oznacza to ni mniej ni więcej tylko to, że dzisiejsi przywódcy polityczni i główni aktorzy za kilka lat spotkają się zapewne z zapomnieniem i nikomu nie będzie nawet chciało się pamiętać tego, o co im właściwie chodziło, a następstwa ich aktywności będą odmienne od ich zamiarów i przekonań. W jednym z zeszłorocznych tekstów nazwaliśmy tę dziejową zasadę Regułą odwróconego optimum. Takie sformułowanie może brzmieć uczenie, ale skrywa pewną dramatyczną myśl o istnieniu głęboko rewolucyjnego tła wielkich przemian. Dlaczego ludzie takich przemian się obawiają? Odpowiedź na pytanie sprowadza się do rozszyfrowania eufemizmu jakim jest słowo „rewolucja”. Większość z nas się związanych z nią wydarzeń obawia, bo historia straszy hekatombą ofiar, dla wielu jednak pachnie przygodą, w której siebie samych widzą jako uczestników, bohaterów i przywódców, którzy na zmianach skorzystają. Staje się to też przyczyną tego, by nie fascynowali się podpowiedziami nauki i jej spostrzeżeniami skoro nie obiecuje ona – inaczej niż czynią to polityczni przywódcy – przysłowiowych gruszek na wierzbie, nie będąc zresztą i sama pewna scenariusza wydarzeń. Za pojęciem rewolucji kryją się nie tylko nowi ludzie i nowe kariery, ale przede wszystkim rzecz dla niezadowolonych niezwykle ponętna, czyli redystrybucja własności i jej ponowne ukształtowanie. To prawdziwa treść rewolucyjnych przemian, całkiem egoistyczna, przyziemna i bardzo odległa od formalnie głoszonej ideologii.

Rewolucja jest mechanizmem dynamicznej równowagi, polegającej na tym, że jedni na niej tracą, inni zyskują, jednak w jej następstwie sama struktura własności ulega dramatycznemu przemeblowaniu. Ilość dóbr do rozdysponowania jest stała, zmiany mogą odbywać się tylko poprzez dokonanie nowego podziału, czyli odebranie jednym i przydzielenie drugim. Ci, którzy na tym zyskują czynią to kosztem dotychczasowych właścicieli mienia i przywiązanych do niego apanaży. Wbrew wrażeniu jakie sprawiają media sama ideologia przemian ma znaczenie drugorzędne. Jak ten mechanizm może zadziałać w dzisiejszym świecie, skoro rozpiętości majątkowe są równie ogromne jak dawniej, tyle, że nie wywołują już, jak kiedyś, tak głęboko dramatycznych skutków dla warstw najniżej uposażonych, żyjących wtedy na granicy głodowej śmierci? Dzisiaj nikt prawie nie głoduje, a ubóstwo przybrało formę niedostatku w relacji do posiadających więcej, nie zaś niedostatku bezwzględnego zagrażającego życiu. Z pewnością daje to efekt hamujący jeśli idzie o samą gwałtowność procesów, lecz nacisk coraz lepiej zorganizowanych społecznych grup na bogate elity staje się trudniejszy do pohamowania niż miało to miejsce kiedykolwiek wcześniej. Do czego więc może sprowadzić się współczesna światowa rewolta, której prawdziwą istotą jest poczucie niesprawiedliwości oraz – prawda, że głęboko skrywana za szlachetnymi hasłami – chęć redystrybucji majątkowej?

Ćwierć wieku temu Francis Fukuyama opublikował esej zatytułowany Koniec historii, którego logika utrzymywała się w ramach wizji powstawania jednolitego świata i postępującego procesu globalizacji. Zgodnie z nią, wszyscy mielibyśmy dążyć do wzajemnego upodobniania się (konwergencji), przy czym zróżnicowanie pomiędzy ludźmi powinno stawać się coraz mniejsze. Miałoby to być skutkiem dawnych przemian przyspieszanych współczesną transformacją oraz samym ujednolicaniem systemów wartości. Logika rozumowania wydawała się bezbłędna i świat miał nie mieć innego wyjścia, jak tylko przekształcić się we w miarę jednolity podmiot. Żelazna logika rozumowania okazała się jednak daleko niewystarczająca, by przekształcić się w rzeczywistość, napotkała bowiem na wydarzenia, z których wcale nie wynikało szybkie dążenie ludzkości do globalnej jedności, lecz przeciwnie – rodzaj cywilizacyjnego zderzenia graniczący z walką na śmierć i życie. Nikt sobie jednak nie pozwala na śmiałość myśli, żeby uznać fakt, iż ginięcie jednych i pozostawania drugich, może również być swoistą formą globalnej konwergencji. Jak w tego rodzaju tle wypadają wydarzenia, które mają miejsce w naszym kraju?

            Zabawne, że nowym elementem politycznej rozgrywki stali się w Polsce tak zwani kibole, o których politycznej wizji przyszłości nie wiadomo nic. Ostatnie badanie opinii publicznej wskazują na utrzymywanie się relacji pomiędzy PiS-em a jego oponentami na niemal jednakowym poziomie: 37% poparcia dla niego samego i  te same 37% (20+17) dla Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej. Gdyby wybory odbyły się dzisiaj, języczkiem uwagi stałaby się więc albo partia Kukiz’15, albo też omdlewające z politycznego wyczerpania SLD. Pierwsi, reprezentują środowiska nowe i nieco narwane, drudzy – wręcz przeciwnie, to emerytowane lisy. Tak czy owak, może okazać się, że co do przyszłego kształtu władzy w Polsce mogą na koniec zdecydować symboliczni „kibole”, czyli wyborcy przypadkowi, zupełnie marginalni, niewykształceni, efemeryczni i co więcej tacy, do których nikt się za bardzo nie przyznaje. Rodzi się pytanie o to, dlaczego tego rodzaju ludzie nie są i zapewne nie będą wspornikami żadnej stabilnej partii establishmentu, mogą jednak okazać się wielką siłą destrukcji?

Kibole            Agresywni kibice nazywani kibolami nie ukrywali wrogości do liberalnych, jak na czasy, rządów Platformy Obywatelskiej i otwarcie grozili: Donald, matole! Twój rząd obalą kibole! No i obalili. Bo też to oni – niewykształceni, źle zarabiający i wściekli na rzeczywistość – stali się języczkiem uwagi, który w ostatnich wyborach parlamentarnych przechylił szalę zwycięstwa na korzyść Prawa i Sprawiedliwość. Inną jest sprawą, że pojęcie „kibole” kojarzy się ludziom raczej ze społecznymi nizinami i psuciem jakości sportowych widowisk, nie zaś z politycznymi przewrotami, użytkownikom internetu natomiast z bezmyślnie wulgarną agresywnością. Oto kilka stosownych cytatów wybranych przez redaktora Żakowskiego i dotyczących kibolskich opinii na temat papieża Franciszka: „Jak słyszę tego pajaca to pomimo tego, że jestem chrześcijaninem i PAN Jezus nie każe mi nikogo bić, to temu typowi przyp…łbym chętnie w ryj”. Albo inna „uogólniająca” rada: „Wypowiedzieć konkordat i zostawić własny Kościół Polski. Pier…lony sukinsyn i zdrajca”. Warto dodać, że to tylko bardziej eleganckie cytaty, inne jeszcze bardziej nie nadają się do rozpowszechniania. Jaka jest przyszłość tak egzotycznego aliansu świata polityki z ludźmi, którym najbliższy jest rynsztok nie zaś jakiekolwiek idee i co to właściwie dla kraju oznacza? Czy to tylko lokalny, polski koloryt, czy też jakiś nowy światowy trend prowadzący do politycznych rozstrzygnięć na ulicach i stadionach, nie zaś w zaciszu gabinetów? Czy jesteśmy zjawisko w stanie wyjaśnić z dłuższej perspektywy europejskich przemian?

Do sprawy odniósł się politolog Jerzy Dudek, stwierdzając w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, że zapewne wszyscy radykałowie i ekstremiści, jeśli nie poczują się usatysfakcjonowani rządami przesuną się na jeszcze bardziej radykalny margines. Dlaczego jednak wciąż na ten sam, czyli w prawo? Czemu nie zwrócą się ku skrajnej lewicy? Mówiąc prawdę, sama definicja politycznych skrajności zmierza raczej do tego, by pokazać, że na każdym obrzeżu politycznej geografii zarówno prawa, jak i ta lewa przestrzeń stykają się w końcu ze sobą i mało różnią się samej wściekłości głębią, a treść politycznej opcji przestaje mieć znaczenie wobec odczuwanej konieczności niszczenia. A zresztą, dlaczego partie głównego nurtu nie potrafią skrajności wchłonąć i spacyfikować? Odpowiedź na pytanie jest prosta: skrajności są w gruncie rzeczy ze swej istoty bez treści i rodzą się oraz wzrastają w siłę właśnie wtedy, kiedy wobec pojawiających się problemów główne nurty polityki okazują się bezradne tworząc łatwą do wypełnienia próżnię. A bezradność rządzących w Europie ugrupowań staje się coraz bardziej widoczna. Czy jednak tej nagle narastającej agresywności dotąd nieaktywnych grup społecznych nie przewidziano w ogóle, czy też uznano, że jeśli się pojawi, wciąż będzie jeszcze czas na dostosowanie i skuteczną reakcję? Powtórzmy zadane wcześniej pytanie: czy czekają nas w Europie i świecie rządy ludzi skrajnych i ekstremalnych ugrupowań politycznych, czy też utrzyma się jakaś równowaga poglądów nazywana dotąd liberalizmem?

            Jeśliby rzecz ująć w postaci długofalowych trendów, nasuwa się inne spostrzeżenie. Oto wszystkim wielkim przemianom towarzyszą gwałtowne zajścia i społeczne niepokoje. Dzieje się tak dlatego, że dla sytych elit rządzenie wydaje się już czymś zwyczajnym i nadanym na wieczność. Obudowują się wtedy medialnymi racjami gotowymi uzasadnić wszystko, zaprzeczając nawet takiej oczywistości, że władza zawsze daje więcej tym, którzy ją posiadają, niż tym, którzy są tylko rządzeni. Racje tego stanu rzeczy tłumaczy się różnie: umiejętnościami samych rządzących, argumentami historycznymi, czy też zasadą „każdemu wedle zasług”, a rządzący tych zasług z natury przypisują sobie najwięcej. Warto jednak wspomnieć czas przejmowania kiedyś władzy z rąk komunistów przez działaczy Solidarności. Ich brak doświadczenia, polityczna niezdarność, niefachowość i nieumiejętność odróżnienia rzeczy ważnych od całkiem błahych, połączone z szybko narastającym przekonaniem o wrodzonym profesjonalizmie elit jako o argumencie na ich pozostawanie przy władzy, wcale nie zapobiegły przekształceniu się w trwałe spoiwo. Jak zwykle uznano, że praktyka czyni mistrza i już będący u władzy są lepszymi fachowcami niż ci, którzy na nią dybią, Nowym ugrupowaniom było niezwykle trudno wygrać wybory z tymi, którzy zdążyli zakorzenić się w świadomości wyborców jako polityczni zawodowcy pozbawieni z tej przyczyny skutecznej konkurencji. Dzisiaj, po z górą dwudziestu sześciu latach demokracji wszyscy z opcji, która przegrała ostatnie wybory uważają się za polityków wybitnych, a odsunięcie od władzy oceniają nie tylko jako osobistą krzywdę, ale też i brak patriotyzmu u przeciwników i do tego ranę na żywym ciele narodu. Polska podzieliła się więc na „zawodowców” rzekomo rozumiejących zawód polityka i resztę, czyli szkodliwych amatorów. Gdyby jednak taki mechanizm miał być uniwersalny, zablokowałby każdą zmianę, ponieważ zawsze ci, którzy przy władzy nigdy nie byli, nie mogliby się mierzyć jak równi z równymi z tymi, którzy już ją pełnią. Prawda, że wraz z procesem rządzenia, profesjonalizm się powiększa, ale też przy okazji zmniejsza się zasięg pola widzenia i wrażliwość na nowe zagrożenia. Powstaje wrażenie, że walory niedawnych władców ostatecznie wyblakły wraz z niedawną wizytą Timmermansa, który spotkał się z premier Szydło i z prezesem Trybunału Konstytucyjnego, ale z nikim z dzisiejszej opozycji i niedawnej elity władzy. A przecież to ta ostatnia była głównym wojownikiem w sprawie jego niezależności, tak więc to jej należeć się powinny laury. Tymczasem, okazała się stratna w tym znaczeniu, że wraz z wygaszaniem konfliktu wokół Trybunału traci też główne polityczne paliwo napędzające jej działalność. Źródeł nowego nie widać, przynajmniej w ramach dającego się dostrzec horyzontu.

HamletWielkie przełomy, zarówno te społeczne jak i technologiczne nie są prostym skutkiem aktywności jednostek lecz wynikiem obiektywnych okoliczności. Dokonują się nie jako następstwo politycznego geniuszu ludzi w rodzaju Napoleona, lecz przeciwnie, to ci ostatni mogą pojawić się na politycznej arenie wtedy, gdy okoliczności do tego dojrzeją. Bez tego są niczym. Do czego dojrzały społeczne uwarunkowania w dzisiejszej Polsce? Myśl, która przyświeca naszemu rozumowaniu sprowadza się do przekonania, że w politycznej walce o władzę najmniej do powiedzenia mają ci, którzy o nią walczą, a najwięcej przyczyniają się do przemian obiektywne okoliczności i niezależne od jednostek mechanizmy zmian. To one obsadzają nowych władców i detronizują starych. Czy można na to mieć jakiś wpływ, a przynajmniej zrozumieć tego istotę? To pytanie nieprzyjemne dla samych uczestników wydarzeń i to nie tylko dlatego, że odbiera im zasługi, które w ich mniemaniu się im należą, ale również i z tej przyczyny, że nie aprobuje przekonania o ich własnej i sprawczej dla tych wydarzeń roli. Warto więc zadać sobie jeszcze jedno pytanie: czy ewolucja, której częścią nagle stała się Polska zmierzająca najwyraźniej do głębszego zróżnicowania Unii Europejskiej na część bardziej i mniej „europejską”, jest tylko wynikiem politycznego nieporozumienia, czy też kryje się w tym jakiś obiektywny mechanizm? Dla zrozumienia problemu musimy jeszcze raz powrócić do mapy Europy pokazując ją nie jako jedność na dzisiejszą unijną miarę, lecz jako twór pozostający wciąż w trakcie narodzin. Tyle, że to jej powstawanie trwa już nie mniej niż dwa tysiące lat, a i cały proces wcale nie zmierza do rychłego końca przybierając przy tym kształt „segmentalności”, nie zaś prostego dążenia do jedności i jednakowości. Europa jednakowa nie jest i nigdy nie była. Jak w tej sytuacji sformułować pojęcie sprawiedliwego działania skoro poważna różnorodność interesów i odmienność rozumienia samego pojęcia daje się dostrzec nieuzbrojonym okiem?

Rozne EuropyPraprzyczyną wielkich przemian je definiowanie pojęcia „sprawiedliwość” wciąż na nowo. Odnotowane w dziejach okresy głębokiej redystrybucji dóbr mają bezpośrednie źródła w społecznej ocenie tego, co w mniemaniu większości jest akurat sprawiedliwe, a co nim nie jest. Samo znaczenie słowa „sprawiedliwość” ma kontekst historyczny, nie zaś wymiar czysto obiektywny. Definicyjnie, sprawiedliwość, to “uczciwe, prawe postępowanie” oraz jedno z podstawowych pojęć etycznych i prawnych, ktorymi powinna kierować się każda władza, ale też i jednostki (osoba sprawiedliwa), a ich czynności być postępowaniem sprawiedliwym (sprawiedliwe prawa, sprawiedliwy ustrój, sprawiedliwe wyroki). Najczęściej, wiązana jest z odpowiednim rozdziałem dóbr lub bezstronnością w podejmowaniu decyzji. W tym sensie przyjmuje się, że osoba starająca się działać sprawiedliwie przykłada do siebie i innych ludzi zawsze tę samą miarę moralną i stara się w relacjach z nimi postępować zgodnie z wyznawanymi zasadami. W szczególności, dotyczy to sytuacji, w których pojawia się konflikt interesów.

Pojęcie jest też używane w ramach ogólniejszej oceny stosunków społecznych i prawnych występujących na danym obszarze. W tym sensie mówimy, że w danym kraju panuje sprawiedliwość, jeśli system prawno-polityczny we w miarę równy, uczciwy i zgodny z wyznawanymi przez oceniającego normami etycznymi traktuje wszystkie podmioty. Zawsze przy tym otwartą pozostaje kwestia samego systemu wartości etycznych, który stosuje się przy ocenie tego, czy sprawiedliwość jest zachowana, czy też nie, gdyż zdarza się, że zwolennicy różnych systemów etycznych różnie też oceniają poszczególne zdarzenia i działania z punktu widzenia ich własnego rozumienia sprawiedliwości.

Pojęcie ma również wymiar moralny poprzez chęć odczytywania Boskiej Woli, z którą należy się liczyć i którą należy realizować. W znaczeniu religijnym jest cnotą wiążącą się stale z chęcią oddawania „Bogu i bliźniemu tego, co im się należy”. Ludzie wierzący uważają, że nie jest to sprzeczne ze świeckim przekonaniem, że oto sprawiedliwość rodzi się w sposób naturalny w duszy i umyśle każdego człowieka. Ze swej natury posiada wtedy pewien obiektywny wymiar, a sprawiedliwe postępowanie polega na dostosowaniu się do jego wymogów. Biorąc rzecz czysto religijnie, sprawiedliwość w obliczu Boga, to cnota wiary i religijności, jednak z naszego punktu widzenia konsekwencje dla całości systemu rodzą się nie z Boskiej Woli, lecz z definicji tego, co się uważa się za grupową sprawiedliwość społeczną, która ma charakter relatywny i uzależniony od wartości dominujących w szerszym otoczeniu. W potocznym rozumieniu oznacza „przyznanie człowiekowi tego, co z tytułu jego wkładu pracy lub zasług słusznie się należy”, a w ujęciu prawnym – „przyznanie każdej jednostce należnych jej praw wynikających z zasad współżycia w ramach demokratycznego społeczeństwa”.

MojzeszRzecz w tym, że nawet sama Europa nie jest jednolita w rozumieniu idei społecznej sprawiedliwości, będąc uzależniona od odmiennych tradycji. Zamieszczona wyżej mapka wskazuje na źródła istnienia różniących się od siebie części Europy, tyle, że tych części liczba jest zależna od tego, jak wyrysuje się jej granice. Jeśli uznać, że kontynent sięga aż po Ural, czyli tak, jak tego pragnęła rosyjska władczyni Katarzyna II,  tych różnych „smaków Europy” jest wtedy nie mniej niż pięć:

  • Romańska
  • Anglo-skandynawska
  • Germańska
  • Słowiańska
  • Bałkańska

Nazewnictwo jest nieco zwodnicze, ponieważ rzecz nie sprowadza się do samej tylko geograficznej etniczności i uzywanego języka, lecz do położenia na kulturowej mapie kontynentu. Czechy i Słowenia są etnicznie słowiańskie, lecz kulturowo bliższe przestrzeni austro-niemieckiej, niż polskiej czy rosyjskiej. Różnią się w tej przestrzeni nie tyle nawet dominantą etniczną, ile strukturą społeczno-własnościową. W obu krajach stosunkowo wcześnie utraciły pozycję wyższe warstwy ziemiańsko-feudalne i społeczeństwa zbliżyły się do struktur mieszczańskich typu zachodniego. W Polsce było na odwrót. Jeszcze do dzisiaj honorem Polaka jest posiadać szlachecki rodowód, ponieważ mieszczański wcale nie jest powodem do dumy, a chłopski jest źródłem poczucia wstydu. Wszyscy więc starają się przedstawiać jako potomkowie dawnej szlachty, chociaż nie ma to arytmetycznie żadnego sensu, ani też społeczno-ekonomicznego uzasadnienia.

            Europa romańska jest produktem niegdysiejszej rzymskiej koncepcji sprawiedliwości w ramach imperialnego systemu prawnego. Skandynawska, to szczególny wykwit, którego źródło tkwi w tym, że mieszkańcy Półwyspu właśnie nie uczestniczyli w rzymskim systemie usankjonowanego niewolnictwa opartego na zdobywczych wojnach, tworząc społeczeństwa wolnych ludzi. Germańska, to skandynawsko-rzymska hybryda, podczas gdy słowiańska jest nie tylko rezultatem historycznego opóźnienia procesów państwowotwórczych, ale też i wczesnego podziału ludności na tych, ktorzy panowali, bo mieli siłę, czyli szlachtę – i pańszczyźnianych chłopów – bezbronnych, siłą zniewolonych i trwale bezsilnych. Bałkańska odczuła z kolei przemożny wpływ panowania muzułmanów z ich ideą równości wszystkich mężczyzn wobec kobiet i poczucia wyższości w stosunku do innowierców opartego na przekonaniu o istnieniu jednej tylko uniwersalnej prawdy. We wszystkich tych regionach z różną mocą wciąż odczuwalne jest głębokie echo przeszłości.

W Polsce, paradoksalnie, pomimo ponad stu lat rozbiorów i braku wtedy możliwości budowy odrębnego systemu, echo historii wydaje się być wciąż na tyle silne, że nawet w dzisiejszych politycznych podziałach odbija się w postaci zupełnie niemożliwej do realizacji ambicji zbudowania społeczeństwa, w którym nie będzie rozwarstwienia, wszyscy za to będą uprzywilejowaną klasą wyższą. To nie tylko niepraktyczne, lecz i z całą pewnością niewykonalne, bo sprzeczne z regułami arytmetyki. Jak dużo będzie nas kosztować tego rodzaju idea nie mająca przecież żadnego logicznego uzasadnienia pokaże dopiero przyszłość, która właśnie zaczęła się na naszych oczach tworzyć.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *