„PANY” I „CHAMY” REVISITED. JAKA JEST TA PRAWDZIWA PRAWDA?

Problem zydowskiPodjęty kiedyś temat okazał się nie tylko niespodzianką, ale też i problemem wymagającym szerszej analizy, stając się czymś bardzo aktualnym. Poświęcimy mu więc osobną uwagę. Autorowi tych słów, dopiero po dłuższych wysiłkach udało się dotrzeć do opracowania, które pozwala na nowe spojrzenie na kwestię istoty i gwałtowności sporu, który toczy się w kraju. Okazuje się, że same korzenie problemu są stare i zapiekłe, sięgając drugiej połowy XVIII stulecia, ale ich echo wciąż jeszcze stymuluje strukturę warszawskiej inteligencji głośno wspierającej „jedynie słuszną” wersję przeszłości. Sprawa staje się w pełni czytelna dopiero wtedy, gdy zrozumie się istotę tego poglądu, społeczną treść i określi jego zaplecze intelektualne. Znamienne, że nazwisko autora niezwykle wnikliwej książki poświęconej skomplikowanym ścieżkom powstawania narodu polskiego i tworzenia się współczesnej polskości – Teodora Jeske-Choińskiego jest szerszej publiczności zupełnie nieznane, choć na przełomie XIX i XX wieku był uważany za jeden z tęższych w kraju umysłów. Co mogło spowodować, że do jego dzieł dotrzeć jest dzisiaj tak trudno, jakby wciąż nie zostały zwolnione spod cenzury. Aby się z nimi zapoznać trzeba przebić się przez niełatwe do rozgryzienia kody dostępu Biblioteki Narodowej, co powoduje, że dla „zwykłego” czytelnika rzecz jest praktycznie niedostępna. Zastanowiło mnie, jaka może być tego przyczyna i czy ma to związek z omawianym tu kilka miesięcy temu konfliktem zrodzonym z odmienności historii pochodzenia zwolenników tej czy innej opcji politycznej? Po zapoznaniu się z poglądami Jeske-Cholińskiego i połączeniem ich z innymi, również spychanymi na margines, rzecz ukazuje się w bardziej zrozumiałym świetle, trzeba tylko sięgnąć głębiej i zestawić informacje z różnych źródeł. 

            Autorem niecodziennej konkluzji, że oto historia Polaków z ostatnich dwustu lat, to zderzenie kulturowe warszawskiej inteligencji oraz prostackiej reszty, czyli „Chamów” był Jerzy Jedlicki, do 1968 roku członek PZPR, który pół wieku temu na łamach paryskiej Kultury analizował źródła konfliktu, jaki pojawił się w partyjnych władzach spowodowany następstwami tak zwanych „wydarzeń październikowych” oraz ich konsekwencji. Opracowanie Jedlickiego dotyczyło wewnętrznej walki politycznej dwóch partyjnych ugrupowań w ramach struktury ówczesnej komunistycznej władzy, z której jedną ze względu na swoisty rodzaj „internacjonalizmu” autor określił mianem „Żydy” (nie należy tego utożsamiać z antysemityzmem), a drugą, bardziej agresywną, lecz i zupełnie prymitywną i otwarcie nacjonalistyczną nazwał „Chamami”. Pierwsza miała być emanacją komunistycznej inteligencji przeciwnej dominacji radzieckiej, przy tym umysłowo rozwiniętej i mającej stałe kontakty z intelektualnymi środowiskami zachodnimi, ekonomicznie zamożnej i dość liberalnej, a w swoim komunizowaniu głęboko europejskiej. Druga natomiast, miała być jedynie swoistym „wybrykiem natury” w postaci społecznego awansu elementu najbardziej prymitywnego i niewykształconego, za to wiernego Partii, ale też „czysto polskiego”, prymitywnie nacjonalistycznego i nie mającego liczących się międzynarodowych koneksji. Na pozór, ten wewnątrzpartyjny spór nie miał związku z obecnymi wydarzeniami, późniejszymi przecież od niego o pół stulecia. Nie dotyczy dziś z pewnością również samych elit komunistycznej partii, które od dawna nie istnieją, lecz całego społeczeństwa – od ostatniego ćwierćwiecza przecież całkiem europejskiego i otwarcie demokratycznego. Jak mogło się zdarzyć, że w nowoczesnej i liberalnej demokracji kraju członkowskiego Unii Europejskiej, ten głęboko jednoznaczny podział ponowił się w elitach władzy w wymiarze niemal identycznym jak miało to miejsce przed z górą półwieczem w PRL-owskich władzach partii zawsze lojalnej wobec Moskwy? Skojarzenia nasunęły mi użyte przez autora porównania, sięgnąłem więc do samego artykułu Jedlickiego, by uznać, że tekst napisany ponad pół wieku temu odnosił się do zaciętej walki o władzę w ramach partii komunistycznej ale też jest nieaktualny, a na dzień dzisiejszy właściwie nieciekawy i nie ma związku z obecnymi wydarzeniami. Później jednak, zawahałem się, czy rzeczywiście nie ma żadnej współczesnej paraleli w stosunku do ówczesnych wydarzeń, które doprowadziły do głębokiego kryzysu ówczesnej władzy, ale też i politycznych perturbacji dzisiejszej Polski. Okazało się, że się jednak myliłem. Związek nie tylko istnieje, ale problem okazuje się istotniejszy i znacznie silniej zakorzeniony w politycznej tradycji kraju niż jakikolwiek inny. Szczególnie zastanawiający był przy tym fakt, że wszechstronnie omawiający tę kwestię dwaj polscy historycy i myśliciele społeczni z okresu sprzed II wojny światowej – Teodor Jeske-Choiński oraz Feliks Koneczny są do dzisiaj na cenzurowanym z tej właśnie przyczyny, że będąc twórcami o krytycznym spojrzeniu na rolę inteligencji żydowskiej w tworzeniu polskiej tożsamości, zostali skazani na niedostępność, a przez kulturowy establishment praktycznie wykreśleni, tak, jakby podnoszony przez nich problem nigdy nie istniał. Zafrapowała mnie zarówno faktyczna trwałość tego postanowienia, długotrwałość jego oddziaływania, jak i sam jego mechanizm. Spróbujemy wyjaśnić istotę problemu definiującego – jak się okazuje – również i sedno dzisiejszego zamieszania związanego z rozumieniem istoty pojęcia polskości i tego, kto ma większe uprawnienia do rządu dusz – środowiska liberalne i prozachodnie, czy też narodowe i odnoszące się do Zachodu z rezerwą?

            Poprzednio zajmowaliśmy się czynnikami geopolitycznymi, które prowadziły do wniosku, że Polska nie może być jednoznacznie zaliczona do kulturowego zaplecza zachodniej części Europy. Geografia nie pozostawia tu wątpliwości: zakleszczona pomiędzy łacińsko-anglosaskim i germańskim Zachodem, a słowiańsko-mongolskim Wschodem, nigdy nie pozbyła się znamion swoistej hybrydowości. Tyle, że tezę jest łatwo postawić na poziomie pewnego uogólnienia, ale czy tego rodzaju zjawisko pozwoli również i dzisiaj wyjaśnić wewnętrzną sytuację państwa, które pod wieloma względami odnajduje w Europie zarówno swoje własne zaprzeczenie, jak i kulturowe natchnienie? Oto kraj pracowicie budujący opinię stabilnego członka europejskiej wspólnoty bez czytelnej przyczyny znalazł się z nagła w pozycji odwrotnej do tej spodziewanej i właśnie odchodzi od wizerunku godnego członka Zachodu, ani na jotę nie przybliżając się przy tym do Wschodu. Znowu, tak, jak przez całą resztę własnej historii tkwi gdzieś pośrodku, tyle, że istotę tego tkwienia wcale nie jest łatwo odgadnąć. Od sąsiadów różni go zbyt wiele, by uznać za typową część regionu. Od Czechów, Polaków odróżnia lekceważenie mieszczańskości tych pierwszych oraz ich brak atencji dla herbowych, od Słowacji – jej atawistyczny antymadziaryzm od którego Polska jest wolna, do Litwy zniechęca wrodzony krajowi antypolonizm, od Ukrainy odpycha wspólnota krwawej przeszłości, a od Rosji – praktycznie wszystko. Jest więc nasz kraj pełnoprawnym członkiem sąsiedzkiej wspólnoty, czy też nim nie jest wcale?

Zmarły przed osiemdziesięciu laty Feliks Koneczny miał w tej kwestii pogląd jednoznaczny: „Syntezę Zachodu a Wschodu – dowodził – uważam za czczy frazes literacki. a widoczna obecnie w Polsce mieszanina cywilizacyjna jest w mych oczach świadectwem upadku cywilizacji. Cywilizacja albo jest czysta, albo jej nie ma; nie można być cywilizowanym na dwa sposoby”. Co więc można byłoby uznać za wyróżnik powodujący przesuwanie się „zachodniości” regionu w jednym,  lub drugim kierunku, albo też stabilizacja tego czynnika? Jak to jest w przypadku Polski? Na to pytanie nikt nie odpowiedział lepiej, niż precyzyjna i dogłębna analiza Teodora Jeske-Choińskiego z nie do końca jasnych powodów skrywana przed współczesnym czytelnikiem. Jak odnotowuje internetowa Wikipedia – Jeske-Choiński, niemal równy wiekiem Konecznemu, urodził się 27 lutego 1854 roku w wielkopolskim Pleszewie, zmarł 14 kwietnia 1920 roku w Warszawie. Był intelektualistą najwyższej próby, pisarzem, historykiem i publicystą, krytykiem teatralnym oraz literackim i – jak nie omieszkano w tekście zauważyć – „jednym z czołowych teoretyków i propagatorów antysemityzmu początku XX wieku”. Z tym ostatnim pojęciem jest jednak pewien problem, ponieważ brakuje na jego określenie definicji z prawdziwego zdarzenia. W tym samym internetowym haśle przeczytamy bowiem opinię, że „był zainteresowany problematyką żydowską i był też jednym z pierwszych polskich intelektualistów, którzy zwrócili uwagę na to skomplikowane zagadnienie”. Czy zwrócenie uwagi na skomplikowanie omawianego zagadnienia może być wystarczające, by ogłosić kogoś antysemitą? Wbrew określeniu, które mogłaby wskazywać na uprzedzenie do wszystkich ludzi o semickich korzeniach, pojęcie jest używane jednostronnie, trochę jako obelga i trochę  jako określenie poczucia wrogości dla wybranego przez Boga narodu. Jeśli więc w pracy naukowca rangi Jeske-Choińskiego pojawia się pozbawiona apologetyki ocena szczególnej grupy polskich Żydów, jaką byli frankiści, zostaje natychmiast zakwalifikowany w poczet antysemitów, a jego dzieła obłożone infamią. Czy ma to jakieś merytoryczne uzasadnienie? Czy nie powinniśmy problemy analizować tak, jak ma to miejsce w stosunku do wszystkich innych historycznych zagadnień? Książki Jeske-Choińskiego zostały jednak w 1951 roku wycofane z bibliotek i znalazły się na liście opracowań obłożonych cenzurą i nie wydobyły się z tego do dzisiaj. Zadziwia, że wciąż jeszcze można się z nimi zapoznać z trudem, przy konieczności pokonania skomplikowanych kodów Biblioteki Narodowej, nie zaś przez podjęcie zwykłego wysiłku czytania. Wznowień nie ma.

Autorzy ksiazekJeske-Choiński usiłował wyjaśnić ogromnie ważne zjawisko, które w niemal sto lat po jego śmierci wciąż daje o sobie znać. Dzięki ogromnej pracy analizowania archiwów kościelnych, autor zebrał materiał do oceny zagadnienia związanego z mało znanym, ale masowym procesem chrzczenia Żydów w Polsce, porzucania przez nich judaizmu i wpływu tego wydarzenia na polską tożsamość narodową. Skoncentrował analizę na tak zwanych frankistach, czyli zwolennikach nauk Jakuba Józefa Franka von Frank Dobruckiego, urodzonego na Podolu w 1726 roku jako Ja’akow Josef ben Juda Lejb Frank i zmarłego w 1791 roku w Offenbach, w pobliżu Frankfurtu nad Menem. Był twórcą i organizatorem żydowskiej grupy zwanej frankistami, ale też i pełnoprawnym austriackim baronem, zamożnym kupcem, żydowskim kabalistą i rabinem. To osobowość niejednoznaczna i skomplikowana, ale niewątpliwie należąca do takich, które powinno się zapisać w historii Europy szczególnymi zgłoskami.

            Prace Jeske-Choińskiego nie emanują sympatią do Żydów, ale trudno wymagać tego od człowieka nie mającego z tą nacją innych związków jak tylko zainteresowania badawcze. Zresztą, elementem, który zbliżał autora do poglądu narodowców na polską tożsamość, było właśnie jego głębokie i wsparte naukowym instrumentarium zainteresowanie problematyką żydowską. Był jednym z pierwszych intelektualistów, którzy zwrócili uwagę na to, że zagadnienie jest wszechstronne, skomplikowane oraz musi być analizowane z odpowiedzialnością i naukową ostrożnością. Dzięki ogromnej pracy i penetracji kościelnych archiwów Jeske-Choiński zebrał materiał do książki poświęconej masowemu przechodzeniu polskich Żydów na chrześcijaństwo wydanej w 1904 roku (Neofici polscy). Jego stosunek do tej narodowości wyrażał się przekonaniem o konieczności obrony cywilizacji chrześcijańskiej przed głębokimi odmiennościami tkwiącymi w żydowskiej kulturze, ale nie było to równoznaczne z antysemityzmem. Tyle, że elementem, który mógł zaważyć na tym, iż jego dzieła były skrywane przed polską publicznością był rzetelny indeks nazwisk, który mógł nie być wygodny dla wielu inteligentów uznawanych za Polaków o nieskażonych niczym korzeniach. W aneksie książki wymienionych jest prawie tysiąc osób żydowskiego pochodzenia, które przyjęły chrzest w samej tylko Warszawie i otrzymały polskobrzmiące nazwiska, a często i szlacheckie herby uprawniające do nabywania dóbr ziemskich. To dla oceny struktury inteligenckiej części społeczeństwa niezwykle istotny argument, ale niechętnie ujawniany ze względu na wielorakość konsekwencji. Jeśli złączymy to z informacją zawartą w dziele Heleny Drzażdżyńskiej wydanym w 1931 roku nakładem Głównego Urzędu Statystycznego (Ludność Warszawy w roku 1792; La Population de Varsovie en 1792), istota dzisiejszych polskich problemów staje się bardziej zrozumiała. Jak można wyczytać z zamieszczonej tam tabeli, w 1792 roku Warszawa liczyła nieco ponad 80 tysięcy mieszkańców, ale ich struktura była szczególna: 91 procent, to chrześcijanie, ale niemal 9 procent to ludność wyznania mojżeszowego. Inaczej mówiąc, Żydów miało wtedy mieszkać w stolicy prawie 7 tysięcy, czyli niespełna 10 procent całej ludności miasta. W sto lat później, naskutek powołania na zachód od Dniepru tak zwanej „strefy osiedlenia”, do której musieli przesiedlić się rosyjscy wyznawcy judaizmu z innych rejonów kraju, liczba zwiększyła się wielokrotnie ze względu na ich napływ z głębi Rosji, osiągając poziom około 32 procent mieszkańców stolicy (Ludność żydowska w Warszawie, Wirtualny Sztetl, data dostępu: 2015-01-16). Rzecz w tym, że pominięta została w rachunku druga grupa ludności, chociaż równie duża, od dawna już chrześcijańska i mająca pełną świadomość tego, że jej przodkowie nie wywodzili się z miejscowej ludności słowiańskiej, ale z takiej, która była przybyszami i wraz z przywódcą postanowiła świadomie zerwać z judaizmem i stać się „zwykłymi Polakami”. Skoro świadomość pochodzenia jednak pozostała, rzecz okazała się niewykonalna, ponieważ pomimo kultywowania chrześcijańskiego wyznania wiary, pamięć o głębokiej odmienności okazała się trwalsza. Jaką rolę odegrali w tym ci, miejscowi, nazwani „chamami”? Kim oni właściwie byli i kim są dzisiaj? Jeszcze w 1945 roku 70 procent Polaków mieszkało na wsi. Zdecydowana większość z nas ma zatem wśród swych przodków takich właśnie „chamów”, czyli dawnych pańszczyźnianych chłopów. Taki chłop był w Polsce traktowany jak świniak albo cielak, choć trochę droższy, to pan mógł go sprzedać, kupić albo zaszlachtować. Pańszczyzna w Polsce była okrutna i trwała najdłużej w Europie, a śmierć ostatniego chłopa z pańszczyźnianymi zobowiązaniami odnotowano dopiero w sierpniu 2007 roku w przysiółku Niedzica-Zamek. Jak na – w mniemaniu wielu Polaków liberalny kraj – pańszczyzna okazała się niezwykle trwała i trudno założyć, że zniknęła bez żadnego śladu nie pozostawiając mentalnej skazy. Mimo formalnego jej zniesienia w XIX wieku, na polskiej niegdyś Orawie i Spiszu (w dobrach węgierskiego pochodzenia rodów Salamonów i protestanckich baronów Jugenfeldów oraz w niektórych dobrach kościelnych) aż do lat 30-tych XX wieku istniała tak zwana „żelarka”, czyli swoista forma pańszczyzny. Chłopi, którzy po uwłaszczeniu w 1864 roku mieli zbyt mało ziemi by się z niej utrzymać, zmuszeni byli oddać się w zależność feudalną od możnowładcy. W zamian za grunt, mieszkanie i prawo użytkowania dworskich pastwisk, chłop (żelorz) świadczył nieodpłatną pracę na rzecz dworu. Formalnie żelorz, w przeciwieństwie do chłopa pańszczyźnianego, posiadał wolność osobistą i teoretycznie mógł opuścić miejsce zamieszkania, ale dopiero po uznaniu jego powinności wobec dworu za uregulowane. Właściciele ziemscy głęboko ingerowali w życie prywatne żelorzy określając minimalny wiek zawarcia przez nich małżeństwa, czy też sprzeciwiając się pracy podejmowanej przez rodzinę poza dobrami dworskimi. Formalny wniosek o zniesienie tego rodzaju zależności na Spiszu i Orawie złożył w Sejmie dopiero w 1920 roku poseł Roja, ale żelarka została ostatecznie zniesiona dopiero ustawą z 20 marca 1931 roku, a więc zaledwie trzy pokolenia temu. Jak widać, echo tego, że w Polsce – jak zauważył kiedyś Wolter – „chłopa można sprzedać albo zarżnąć z bydłem” przekształciło się w pogardę dla każdego rodzaju pracy, która nie jest wystarczająco „inteligencka”. A skoro sprawa nabrała też i ambicjonalnego znaczenia, wielu Polaków mogło się poczuć urażonych faktem, że przeznaczono dla nich miejsce daleko poza szlachetną przestrzenią polityki i dyskutowania oraz w kręgach „Chamów” w tak naturalny sposób obcujących z bydłem.

Aleksandra Jakubczak dowodzi, że na szczególną uwagę zasługuje pomijana w statystykach grupa ochrzczonych frankistów osiadłych w ramach pierwszej fali ich przechodzenia na chrześcijaństwo w Warszawie w latach 60-tych XVIII wieku. Całe zagadnienie obszernie opisuje Olga Tokarczuk w Księgach Jakubowych (Nagroda Nike 2015), tyle, że obraz jest zniekształcony jednostronnością. Książka została napisana z punktu widzenia zwolenników Jakuba Franka, a nie społecznych tego następstw dla ówczesnego i późniejszego społeczeństwa polskiego. Frankiści osiedlili się przy tym w Warszawie w znacznej liczbie (ponad 6 tysięcy osób), co stanowiło aż jedną czwartą całej populacji  Żydów wychrzczonych w czasach I Rzeczypospolitej, którzy też od razu zmienili żydowski strój na szlacheckie kontusze, by zająć wiele eksponownych stanowisk. Przez kolejne 3 pokolenia, aż do połowy XIX wieku trzymali się w zwartej grupie, w przeciwieństwie do tej części frankistów, która powróciła na Podole, Kresy, czy nawet do Turcji, skąd większość pierwotnie pochodziła. Co więcej, otrzymanie polskiego nazwiska i szlacheckiego herbu, pozwalało łatwo wtopić się w otoczenie. Rzecz w tym, że statystycznie rzecz biorąc, stali się aż jedną czwartą stanu szlachecko-mieszczańskiego Warszawy, z którego w następnym stuleciu zrodziła się najbardziej aktywna część polskiej inteligencji i która też odegrała ważną rolę w późniejszych dziejach Polski. Najwybitniejsi z frankistów należeli też do najbliższych współpracowników samego Franka, przywódcy grupy. Byli to późniejsi polscys zlachcie noszący nazwiska takie, jak Wołoscy, Matuszewscy i Jakubowscy. To oni zbuntowali się przeciwko przyjmowaniu prawosławia, mocno przy tym identyfikując się z Rzeczpospolitą i jej szlachecką kulturą. Co więcej, nie stali się przedmiotem eksterminacji w czasach hitlerowskich, ponieważ po ośmiu pokoleniach ich żydowskie korzenie uległy zatarciu i zrobiły się nieczytelne nawet dla wnikliwych niemieckich śledczych. Z naszego punktu widzenia najważniejsze jest to, że nie zaniknęła pośród nich świadomość wspólnotowości pochodzenia, stając się podstawą pojawienia się szczególnej formacji politycznej, określanej często mianem „zawsze-mającej-rację-Warszawki”. Z echem tego zjawiska mamy do czynienia i dzisiaj, kiedy to „Warszawka” uważa samą siebie za jedynie prawdziwy rodzaj inteligencji godny tego miana, lekko określając jej całą resztę pochodzącą z innych części kraju mianem „prowincjonalnych chamów”. Rzecz mogłaby mieć znamiona folkloru, gdyby nie konsekwencje polityczne tak uformowanej społecznej struktury, które z niespodziewaną siłą ujawniły się też i w dzisiejszych podziałach politycznych tak głębokich, że w praktyce uniemożliwiających podjęcie owocnego dialogu. Niegdysiejsi frankiści, to dzisiaj szacowni polscy inteligenci o formalnie herbowym pochodzeniu. Mają głęboką świadomość liczebności (w samej Warszawie to ilość przekraczająca  dzisiaj sto tysięcy osób), wspólnoty interesów wspartej precyzją umiejętności oddzielania „tych swoich” od „tych obcych”, uznając tych drugich za szkodzących sprawie „chamów”. Problem w tym, że obie strony sporu nie tylko różnią się zanadto samą historią rodzinną, ale mają odmienny pogląd na miejsce Polski w Europie. Szlachecko-inteligenccy potomkowie niegdysiejszych frankistów są internacjonałami o lewicowych skłonnościach, dostrzegającymi głównie korzyści w uczestniczeniu w strukturach unijnych skąd przychodzą pieniądze i europejskie wzorce. „Chamy” są od tych apanaży odcięci, trudno się więc dziwić, że do unijnych deserów mają większy dystans i bliższa ich ciału jest „narodowo-polska koszula”, niż szykowny europejski smoking.

Kartka z książki Heleny Drzażdżyńskiej „Ludność Warszawy w roku 1792” wydana nakładem Głównego Urzędu Statystycznego w 1931 roku.
Kartka z ksiazki Heleny

Z braku miejsca i czasu koncentrujemy się na fenomenie frankizmu i jego wpływu na kształtowanie sie polskiej narodowości. Musimy zatem odpowiedzieć na pytanie kim właściwie byli frankiści? Wbrew pozorom nie ma na to wyczerpującej odpowiedzi. W środowisku pobożnych Żydów uważani byli za wrogą sektę i zwykłych odszczepieńców. Z drugiej jednak strony, formalnie rzecz biorąc byli chrześcijanami (głównie katolikami) i to od niemal dziesięciu pokoleń, jak więc można ich traktować inaczej? Wśród chrześcijan panuje jednak pod tym względem niepokojąca podejrzliwość i wciąż uznaje się całą formację bardziej za Żydów, niż wyznawców Chrystusa. Sam frankizm był początkowo tylko anachroniczną kontynuacją ruchu sabbataistycznego, mesjańskiego i popularnego w tureckich i europejskich kręgach żydowskich od XVII wieku, przy czym tego rodzaju ruchy nigdy wcześniej nie zyskały w Polsce większej popularności. Dopiero w XVIII stuleciu, wspomniany Jakub Lejbowicz zwany Frankiem, ogłosił się mesjaszem i odtąd jego wyznawcy zwani są frankistami, a konsekwencje wydarzenia okazały się znaczące i wielostronne. Skąd ta nagła popularność ruchu mesjańskiego w społeczności polskich Żydów? Historycy wskazują na wiele czynników wewnętrznych i zewnętrznych. Warto zauważyć, że zwolennikami Franka byli przede wszystkim Żydzi zamożni, wykształceni, posiadający wpływy i kontakty. Dla nich, dotychczasowa ortodoksyjna doktryna stawała się za ciasna i ograniczała możliwość wtopienia się w otoczenie oraz stopniową asymilację. Poszukiwali więc czegoś nowego. Dodatkowo, w czasach kontrreformacji, Żydzi byli nieustannie prześladowani, a liczne wojny prowadzone przez I Rzeczpospolitą wyniszczyły kraj gospodarczo i doprowadziły do ruiny również i mieszkających w jej granicach Żydów. Ich  brutalne prześladowania za czasów Chmielnickiego stały się też dodatkową przyczyną porodowych bólów nowej społeczności. Wydarzenia wpłynęły na nastroje apokaliptyczne, oczekiwano więc mesjasza, który pojawić się miałby ostatecznie w postaci Jakuba Franka. Sam Frank, ze względu na nasycenie Rzeczypospolitej ludnością żydowską nastawił się w swej działalności na diasporę polską i do niej adresował swoje posłannictwo. Zmarł w Nadrenii, ale w Niemczech frankizm nie odniósł sukcesów. Nauczał o Polsce jako o Judeopolonii – prawdziwej i jedynej Ziemi Obiecanej. To tu miał odrodzić się duch żydowski i tutaj Żydzi mieli zaznać ostatecznego spokoju oraz wolności, a Jasna Góra stać by się miała nową górą Synaj. Hierarchowie katoliccy przyjmowali to z bezkrytyczną radością w nadziei na pozyskanie nowych owieczek, ponieważ Frank nawoływał otwarcie do asymilacji ze społeczeństwem polskim. Dlatego też bez obiekcji wyrażono zgodę na uroczysty chrzest, za czym krył się też i pewien aspekt ideologiczny. Nawrócenie się na chrześcijaństwo miało być ostatnim przystankiem jego zwolennników na drodze do zbawienia. Chrzest umożliwił frankistom pełnoprawne, bezkonfliktowe i masowe wejście do społeczeństwa polskiego.W 1759 roku we Lwowie taki chrzest przyjęło 3 tysiące zwolenników Franka i był to tylko początek fali. On sam został uroczyście ochrzczony w tym samym roku w Warszawie w ramach niemal królewskiej formy celebracji wydarzenia. Jego ojcem chrzestnym był sam król August Sas, co świadczyło też i o poparciu najwyższych władz oraz nadawaniu wydarzeniu wysokiej rangi. Wszyscy ochrzczeni zostali zgodnie ze statutem koronnym i litewskim nobilitowani, uzyskując tym samym pełne obywatelstwo Rzeczypospolitej. Przyjęli polskie nazwiska, wśród których najbardziej popularne, to wspomniani – Wołoski i Jeziorański, ale także – Szymanowski, Majewski, Krzyżanowski, Dobrucki, Dąbrowski, Przybylski, Przybyszewski, Nawrocki, Kwiatkowski. Ten zastrzyk żydowskiej krwi, a w istocie również i zastrzyk orientalnej i bliskowschodniej kultury z wielu przyczyn dał o sobie później znać w postaci niespójności społeczeństwa, z której zrodziła się polska inteligencja mająca odegrać w jego dalszej historii kluczową rolę. Odtąd, frankiści zyskali w Polsce nie tylko swoistą nietykalność, ale też i prawo do uważania się za dobrych Polaków w takim samym stopniu jak rodowita szlachta. Frank wywalczył dla nich wolność, swobodę ruchów i wprowadził do społeczeństwa europejskiego jako pełnoprawnych obywateli. Jako neofici, ale teraz także i herbowa szlachta, mogli zajmować wysokie urzędy i trudnić się każdym zawodem. Mogli zająć się również kluczowymi gałęziami gospodarki okupowanymi dotąd głównie przez Niemców. W krótkim czasie dorobili się więc znacznych majątków. Browary i gorzelnie znalazły się w rękach frankistów, natomiast ubożsi oddali się handlowi. Większość zasiliła jednak nie handel, ale adwokackie palestry, literaturę i elitę kulturalną oraz intelektualną Polski XIX wieku. Z dumą eksponowała przy tym szlachecki kontusz i publicznie pokazywali się przy szablach, zajmowali wysokie urzędy, kupowali dobra ziemskie, słowem, stali się trwałą częścią panującej warstwy narodu, nie zapominając jednak o wspólnocie swoich początków. Chce się nawet rzec, że tak zostałoby może i do dzisiaj, gdyby nie zazdrośnie strzeżona pamięć o początkach i związanym z tym przekonaniem o wrodzonych umiejętnościach w zarządzaniu interesami reszty ludności. To ta, a nie inna kwestia stała się też i trwałą przyczyną politycznych i społecznych napięć, których echo dotarło aż do naszej współczesności.

            Sprawa ma również i drugie dno, a to z tej przyczyny, że procesy zachodzące w polskim społeczeństwie od reformy uwłaszczeniowej z 1864 roku spowodowały nałożenie się dwóch odrębnych tendencji. Pierwsza, to wspomniane wydarzenia w postaci masowego przechodzenia dawnych żydowskich frankistów na chrześcijaństwo i poważne zasilenie intelektualne tej części społeczeństwa szlacheckiego, która miała później przekształcić się w opiniotwórczą miejską inteligencję. Druga, to wytrzebienie znacznej części polskiej inteligencji przez hitlerowskie zbrodnie, ale też jej późniejsze uzupełnianie przez „nową inteligencję” przybywającą z Sowietów, posiadającą równie silne żydowskie korzenie narodowościowe jak i sowieckie w przestrzeni ideologii, lecz już zupełnie pozbawione polskich emocji. Uformowana w ten sposób warstwa warszawskiej inteligencji stała się nie tylko głęboko lewicowa w poglądach, ale również znacznie bardziej „internacjonalistyczna” i przywiązująca wagę raczej do tej ostatniej cechy, niż do istoty samej polskości. Zachęcała przy tym do mieszanych małżeństw i powiększania wpływów oraz umniejszania zakresu – w jej mniemaniu szkodliwego – polskiego nacjonalizmu. Jej następcami okazało się kolejne pokolenie nastawione jeszcze bardziej lewicowo i uznające każdy rodzaj tradycyjnej formy patriotyzmu za równoznaczny nie tylko ze wstecznictwem, lecz również z antysemityzmem, definiowanym jako niegodna człowieka postawa uprzedzenia, niechęci i wrogości wobec osób pochodzenia żydowskiego niezależnie od tego faktu zakresu, społecznej roli i uzasadniania. Tak zwany „problem żydowski” był zawsze sprawą ogólnoeuropejską. W Polsce stał się jednak kwestią szczególnego znaczenia, ponieważ wybił się na pozycję ważnego wyróżnika tego, co uważa się w naszym kraju za samą treść pojęcia polskości. Wiele wskazuje na to, że wybory 2015 roku po raz pierwszy w powojennych dziejach kraju odebrały temu szczególnemu rodzajowi polskiej inteligencji monopol władzy politycznej. Wydaje się też, że w pół roku po tym wydarzeniu wciąż nie może otrząsnąć się z szoku i znaleźć sobie w kraju własne miejsce uniezależnione od sprawowania władzy. Jest niezwykle ciekawe, co z tego może wyniknąć w przyszłości, ale to temat na zupełnie odrębne rozważania.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *