ERDOGANÓW DWÓCH, CZYLI POMIĘDZY AZJĄ I EUROPĄ

Wprowadzenie do internetu nazwiska dzisiejszego premiera Turcji wprawia w zakłopotanie. Jako pierwszy wcale nie pojawia się on sam, Tayyip Erdogan, lecz – Atalay, noszący to samo nazwisko „Erdogan”, popularny w Niemczech aktor, syn tureckiego imigranta z mieszanego małżeństwa, mający za sobą studia aktorskie w Hochschule für Musik und Dartstellende Kunst w Hanowerze. Jest doskonale znany niemieckiej publiczności z popularnego serialu „Kobra – oddział specjalny”. Ten pierwszy – Tayyip Erdogan, Turek pełnej krwi i obecny premier tureckiego rządu jest również tam znany, choćby z powodu niedawnej wizyty w Berlinie, kiedy to wyraził irytację, że Unia Europejska nie wykazuje zapału do przyjęcia jego kraju w poczet swoich członków. Ta sytuacja ilustruje dwoistość „kwestii tureckiej” – największego liczebnie narodu pretendującego do członkostwa w Unii i jednocześnie największej muzułmańskiej społeczności imigranckiej w Europie. Premier Erdogan jest z zawodu ekonomistą i absolwentem Uniwersytetu Marmara w Istambule, a od ponad dziesięciu lat szefem tureckiego rządu. Jego partia ma w krajowym parlamencie kwalifikowaną większość, pozwalającą mu niemal na wszystko. Jest osobą charyzmatyczną, jego sukcesy w dziesięcioletnim rządzeniu krajem nie ulegają wątpliwości, tak jak im nie ulega islamski kurs, który obiera ku zaniepokojeniu zeuropeizowanej części mieszkańców. Niedawno, nakazał wyrzucić z pracy 60 dziennikarzy za to, że relacjonowali nielegalny wedle niego wiec, przedtem usunął ze służby kilustet policjantów za, jego zdaniem, zbyt nieśmiałe pacyfikowanie antyrządowej manifestacji. A jednak obserwatorzy twierdzą, że nadal ma szanse na wygranie kolejnych wyborów, a jego partia na zdobycie kwalifikowanej większości. Ktoś może zapytać, jaka to jest ta turecka demokracja, skoro na aprobatę większości mieszkańców mogą liczyć rozwiązania siłowe i wcale nie demokratyczne? Jest na to odpowiedź: to echo „demokracji islamskiej”, w kierunku której wydaje się również zmierzać współczesna Turcja. Brak zrozumienia tego, czym jest Europa, nietolerująca zasad rządzących światem islamu, potwierdza też fakt nieskrywanego zdziwienia władz tego kraju, wobec coraz chłodniejszego stanowiska Unii w kwestii jej wewntualnego przyszłego członkostwa.
Erdogan, premierem został w 2003 roku, ale zanim to się wydarzyło, echem po kraju odbiło się jego przemówienie z 1997 roku, wygłoszone na publicznym spotkaniu w mieście Sirit, położonym u zbiegu granic Turcji, Syrii i Iranu, w rejonie zamieszkałym przez buntującą się mniejszość kurdyjską (10 mln. obywateli kraju). Mówił wtedy: „Meczety są naszymi koszarami. Minarety są naszymi bagnetami. Kopuły są naszymi hełmami. Wierni są naszymi żołnierzami. Nikt nie zdoła uciszyć wołania o modlitwę. Położymy kres rasizmowi w Turcji. Nigdy nas nie zdławią. Nawet, gdy otworzą się niebiosa i ziemia, nawet, gdy zaleją nas wody i wulkany, nigdy nie zawrócimy z naszej drogi. Moim oparciem jest islam. Gdybym nie mógł o nim mówić, po cóż miałbym żyć?”. Słowa były zdefiniowane w kategoriach „islamskiej demokracji”, a nie europejskiej, a ich ostrze skierowane przeciwko dorobkowi „kemalizmu”, tureckiej dumy spadku po zmarłym w 1938 roku twórcy kursu na nowoczesność i zastępowania tradycji muzułmańskiej rozwiązaniami europejskimi. Dwadzieścia lat jego działalności po I wojnie światowej spowodowało, że Turcja – inaczej niż jej arabscy sąsiedzi – przestała być krajem islamskim i rozwinęła w sobie ambicję dorównania pod każdym względem Europie. Wydawało się, że jej się to udaje. Przez Europę była traktowana z coraz większym szacunkiem, ale też coraz więcej państw muzułmańskich uznawało ją za kraj zdradzający tradycję Proroka. Jest faktem, że Kemal Pasza był w przekształcaniu kraju z religijnego w świecki tak konsekwentny, że pobożni muzułmanie wręcz zarzucali mu ateizm. Ten, w świecie islamu, jest uważany za występek i grzech największy z możliwych.
Kemal Pasza, mówiąc w Sirit o rasizmie, miał na myśli nietolerancję islamu w stosunku do innowierców i traktowanie ich z definicji za ludzi niższej kategorii, lecz trzeba pamiętać również o tym, że sam islam, szczególnie ten, w najbardziej tradycyjnej formie, nie uznaje państw narodowych, ponieważ – zgodnie z orzeczeniem Koranu – „muzułmanie, to najlepszy naród”. Tylko muzułmanie są uznawani za pełnoprawne podmioty islamskiego prawa, a pojęcie „naród” jest używane wymiennie ze słowem: „Umma”, czyli wspólnoty wszystkich wiernych, której członkiem jest każdy muzułmanin, niezależnie od rasy, koloru skóry i używanego języka. W tym znaczeniu, islam nie uznaje narodowości jako społecznego wyróżnika. Przyjęcie islamu czyni każdego pełnoprawnym członkiem Ummy i ani narodowość, ani język, jakiego na codzień używa, ani też jego kolor skóry, nie są przeszkodą w korzystaniu z dobrodziejstw wspólnoty, nie dając przy tym – prócz poczucia dumnej równości – jakiegoś szczególnego przywileju. Islam natomiast nie uznaje odrębności narodowych i „tureckość” samych Turków nie ma z tego punktu widzenia żadnego znaczenia. W tradycji europejskiej – naród, to „zbiorowość ludzi wyróżniająca się wspólną świadomością”. W islamie, tą „świadomą zbiorowością” jest Umma, a nie społeczności poszczególnych państw. Pers, Tunezyjczyk, Marokańczyk, Pakistańczyk, Egipcjanin i Turek, to – w myśl tej zasady – członek jednego i tego samego „narodu muzułmańskiego”. Problem w tym, że „naród muzułmański” nie ma państwa. Jest rozbity na kilkadziesiąt mniejszych tworów. Stąd, logiczny wniosek prowadzący do oczekiwania powrotu do „stanu kalifatu”, obejmującego wszystkich wyznawców – prawnie i terytorialnie – jako przyrodzonego islamowi stanu organizacyjnego. Z tych wszystkich przyczyn ustanowienie przez Kemala Paszę narodu tureckiego jako podmiotu międzynarodowego było dramatycznie sprzeczne z duchem muzułmańskiej tradycji oraz islamskiego prawa.
Kemal Pasza – wojskowy i generał, po zwycięskiej wojnie z Grecją był zdecydowany zerwać z tradycją islamu, uznając ją za główną przyczynę druzgocącej klęski Turcji w I wojnie światowej. W rezultacie prowadzonej przezeń wojny o granice, „tureckość” stała się tam określeniem na naród etniczny, taki sam, jak to się rozumie w Europie. Jest to jednak pojęcie nieznane w świecie tradycyjnego islamu. Kemal Pasza, u zwolenników, uzyskał za swoje zasługi przydomek Atatürk – Ojciec Turków, jako że w istocie doprowadził do sytuacji, w której z Turcją zaczęła się liczyć cała Europa, a Stany Zjednoczone uczyniły z niej najważniejszego regionalnego sojusznika w walce z wpływami sowieckimi. Prawda, że pozostała jeszcze swoista jej europejsko-azjatycka dwoistość, bo i po europejskiej stronie Bosforu miała (i ma do dzisiaj) w posiadaniu jedynie kawałeczek Tracji, ale to tam znajduje się dawna stolica imperium, wielkie miasto o wielokulturowej tradycji – ośmiomilionowy Istambuł. Jest on przy tym miastem szczególnym w tym znaczeniu, że zostało założone nie przez muzułmańskich Turków, ale jako Konstantynopol, o tysiąc lat wcześniejsza stolica Imperium Rzymu, przez władcę, z którego panowaniem łączy się też wprowadzenie do cywilizacji łacińskiej chrześcijaństwa jako religii państwowej. W samym mieście, cesarz wybudował Hagia Sofię – największą katedrę chrześcijańską świata, uznawaną za jeden z architektonicznych cudów świata. Zdobycie go przez Turków nie oznaczało rozpoczęcia przez miasto życia od nowa, lecz tylko zmianę formy panowania nad światem prawosławnego chrześcijaństwa z jednej strony i sunnickiego islamu – z drugiej. Sułtan stawał się jednocześnie kalifem – następcą proroka Mahometa, ale i głową Cerkwi prawosławnej. Ta sytuacja zmieniła się dopiero po ogłoszeniu w XVI wieku – przez cara Iwana Groźnego – Moskwy za Rzym Trzeci i już ostatni oraz za prawdziwe centrum prawosławnej ortodoksji. Tyle, że Moskwa Iwana z całą pewnością nie miała wiele wspólnego z Europą, czując się w istocie bliżej Karakorum z mongolskiego stepu, niż Rzymu z włoskiego Lacjum. Istambuł pozostał więc nadal zawieszony gdzieś pomiędzy Wschodem a Zachodem.
Atatürk, po zwycięskiej wojnie z Grecją, podjął się heroicznego zadania w postaci przekształcania tradycyjnego społeczeństwa tureckich muzułmanów w nowoczesny naród europejski. Po zwycięskiej wojnie miał tak silną pozycję, że nie oponowano przeciw niemu nawet wtedy, gdy zapowiadał, tak jak w przemówieniu z w marca 1924 roku, ogłaszającym obalenie kalifatu i zastąpienie go świecką republiką, że „religia islamu zostanie dowartościowana dopiero wtedy, gdy przestanie być on narzędziem polityki, tak jak to było w przeszłości”. Rzecz w tym, że jedność islamu z polityką jest jego wrodzoną cechą od samych mekkańskich początków. Islam, to politka i ideologia jednocześnie, zepchnięty z przestrzeni publicznej do prywatnej, zamienia mieszkańców z wiernych wyznawców Proroka w świeckich obywateli, ale też – w ich mniemaniu – to sytuacja fałszywa i Allachowi niemiła. Kemalowskie reformy, to ewenement w skali całego świata islamu, nigdzie niedokonywane, ani też nie naśladowane. Dzisiaj przychodzi za to płacić rachunek. Turcy bowiem, szczególnie przebudzony do politycznego życia anatolijski interior, przechowali w swojej tożsamości sporą porcje islamskiej tradycji, wciąż żywy, chociaż od początku kemalowskiej rewolucji mija niebawem sto lat. Dzieje się tak zgodnie z odkrytą przez Braudela zasadą „długiego trwania”, wskazującą na to, że wielkie cywilizacyjne zmiany nie dokonują się przez rewolucyjne zrywy, ale wymagają do ich utrwalenia bardzo wiele czasu liczonego życiem wielu pokoleń i nie zawsze to się udaje.
Reformy Kemala Paszy, to nie zwykłe ustawy, takie, jakich podejmuje się dziesiątki w każdym kraju i każdego roku. To zmiany, ktore miały za cel głębokie przeoranie społecznych tradycji i przekształcenie Turcji z kraju muzułmańskiego w kraj typu zachodnioeuropejskiego. Oto najważniejsze z nich:
Listopad 1922 – obalenie władzy sułtana;
Październik 1923 – proklamowanie republiki;
Marzec 1924 – obalenie kalifatu, czyli połączenia władzy świeckiej i religijnej; likwidacja muzułmańskiego systemu edukacji na poziomie podstawowym i średnim (madras); ustawa o ujednoliceniu świeckiego systemu edukacji;
Marzec 1926 – likwidacja religijnego prawa szariatu i wprowadzenie w jego miejsce kodeksu karnego wzorowanego na prawie włoskim, a cywilnego – na szwajcarskim;
Listopad 1928 – Zastąpienie alfabetu arabskiego łacińskim;
1931-32 – Ustanowienie standardu języka tureckiego, by mógł pełnić rolę narodowego języka literackiego. Przedtem pełnił ją „język osmański” – sztuczna mieszanka stepowej turecczyzny oraz – w większym od niej stopniu – perskiego i arabskiego. Język ten używany był głównie przez osmańskiego elity imperium.
Maj 1933 – Ujednolicenie systemu szkolnictwa wyższego, ustanowienienie jego świeckich standardów;
Grudzień 1934 – Przyznanie kobietom czynnego i biernego prawa wyborczego;
Luty 1937 – Ustanowienie oddzielenia religii od państwa i wprowadzenie zasady laickości do tekstu konstytucji.
Kemal Pasza nie mógł bardziej narazić się muzułmańskim tradycjonalistom, jak dążeniem do zmiany losu islamskich kobiet. Zdecydował o przyznaniu tureckim kobietom równouprawnienia w większym nawet zakresie, niż miało to wtedy miejsce w wielu krajach Europy. 5 grudnia 1934 roku, przy okazji uchwalenia ustawy nadającej kobietom prawa równe z mężczyznami, powiedział: „Nie ma logicznego wytłumaczenia dla politycznego ubezwłasnowolnienia kobiet. Kobiety muszą mieć prawo głosu i prawo bycia wybieranym, nie tylko dlatego, że wymaga tego demokracja, ale też i z tej przyczyny, że istnieje wiele powodów, dla których ich prawa muszą być bronione i również dlatego, że kobiety mają wiele społecznych obowiązków do wypełnienia”.
Turecki styl reform jest wzorowym przykładem procesu jednoznacznie kierującego kraj ku Zachodowi i odwracającego go plecami do Bliskiego Wschodu, przeciwko czemu tak gwałtownie oponują islamscy tradycjonaliści, nazywający go sekularyzmem. W ich ustach, słowo „sekularysta” brzmi przy tym jak obelga. To ten kraj, Turcję, mają na myśli, gdy wskazują, że „społeczność islamska napotyka na niezwykle silną konspirację i zagrożenie, objawiające się nie tylko zagrożeniem militarnym (…) rozpoczęto szeroką kampanię mającą na celu osłabienie zaangażowania i przywiązania Ummy do swojej wiary w celu przekształcenia rozumienia i stosowania szariatu, zamiany pryncypiów nieodłącznych z islamem – aktywnej, motywującej i wysoce pozytywnej siły, w sztywny formalizm niezdolny do inspirowania życia muzułmanów”. W opinii obrońców „autentycznego islamu” wszystkiemu winna jest umysłowa agresywność Zachodu. „Intelektualne wtargnięcie Europy od okresu Renesansu uzyskało nowy wymiar, stało się bardziej systematyczne, lepiej dostosowane i bardziej wyrafinowane. Zachodni imperialiści, jego religijni funkcjonariusze, machinacje „orientalistów”, kolonialistów i misjonarzy, wszystko to położyło fundament ich intelektualnej ofensywy przeciwko Ummie. (…) Wreszcie, dla wytworzenia głębokiej przepaści pomiędzy Ummą i źródłami Szariatu (Koranem i Sunną), wrogowie wprowadzili zmiany w całym systemie edukacji, zezwalając jedynie na minimalny zakres ‘islamskiego’ programu naukowego”. Cała ta tyrada wymierzona była w głównej mierze przeciwko Turcji, którą świat islamu uznał za zdrajcę jego sprawy. Erdogan usiłuje dzisiaj to wrażenie zmienić tyle, że szybko pogarsza tym samym opinię o Turcji na samym Zachodzie.
Kemal Pasza, rozumiejąc prawdziwe i antyzachodnie oblicze islamu, nie zostawił sprawy nadzoru nad europeizacją kraju demokratycznym procedurom, lecz wojsku. Do konstytucji wpisano akapit mówiący o tym, że każda próba zepchnięcia Turcji ze ścieżki laicyzacji uprawnia wojsko do bezpośredniej ingerencji, czyli do swoiście pojętego „legalnego zamachu stanu”. Stąd brała się szczególna pozycja armii, która uzyskała nawet konstytucyjne uprawnienia do reagowania siłą w sytuacji, gdyby doszło do zejścia ze ścieżki europeizacji, laicyzacji i powrotu do tradycji muzułmańskiej. Okazało się jednak, że w kemalowskim rozwiązaniu tkwiła ukryta pułapka w postaci sprzeczności pomiędzy zaciętą obroną świeżej tureckiej europejskości, a pogłębiającą się demokratyzacją. Demokracja oznacza przecież rządy przedstawicielskie, w tego rodzaju ustroju rząd musi reprezentować poglądy większości. A co, jeśli okaże się, że owa większość, będąca istotą demokracji, ma poglądy zgodne z doktryną islamu, czyli w gruncie rzeczy niedemokratyczne? Czy wojsko ma prawo interweniować w demokratyczne procedury, gdy równie demokratycznie wybrany rząd wprowadza reformy wspierane przez większość ludności, a których z całą pewnością nie poparłby ich zmarły w 1938 roku Założyciel i Ojciec Turków? Czy ważniejsza jest pamięć o wielkim przywódcy, czy też reguły samej demokracji?
Renesans islamu w Turcji, to tylko z pozoru zadziwiający fenomen. Jej stowarzyszenie z Unią (ówczesne EWG, 1963), które miało miejce czterdzieści lat temu wydawało się być tylko krótkim epizodem przed pełnym członkostwem. Jej regionalny rywal – Grecja, stała się jednak pełnoprawnym członkiem Wspólnoty już ponad trzydzieści lat temu (1981). Tymczasem, Turcja puka bezskutecznie do europejskich drzwi od z górą pół wieku. Tyle, że była to wtedy nie tylko inna Europa, ale i inna Turcja. Europa była inna, ponieważ podzielona na dwa bloki nie miała rozwojowej przestrzeni w jej wschodniej części i jedyną możliwością poszerzania pozostawała już tylko Grecja i Turcja – członkowie NATO i lojalne kraje antykomunistyczne. Istniała jednak pomiędzy nimi pewna różnica: Grecja, to nie tylko kraj chrześcijański, ale i uznawany za kolebkę zachodniej cywilizacji. Nie widziano więc przeszkód przed jej członkostwem. Inaczej było z Turcją. W historycznej świadomości Europy, była przez kilkaset lat muzułmańskim zagrożeniem uparcie zwalczającym jej chrześcijańskie wartości i niosącym zupełnie obce wartości kulturowe. Czy turecka laicyzacja i europeizacja są więc szczere i prawdziwe? Zadając sobie takie pytanie, kraje Unii stale odsuwały rozpoczęcie z nią negocjacji członkowskich. No i – jak twierdzą przeciwnicy tego procesu – właśnie wychodzi szydło z worka i okazuje się, że w swej istocie Turcja jest muzułmańska, czyli wcale nie taka europejska jak tego wymagają unijne rygory. Do tego, upadek komunizmu, który nastąpił w dziesięć lat po przyjęciu Grecji, otworzył dla Unii Europejskiej zupełnie nowe możliwości, a jednocześnie postawił pod znakiem zapytania członkostwo Turcji. Gwoli ścisłości, również i Turcja zaczęła się zmieniać w niepokojącym dla Europy kierunku. Państwo, podkreślające swoją świeckość i wierność europejskim zasadom, nagle przypomniało sobie o muzułmańskich korzeniach. Sprawa jest pouczająca, ponieważ wskazuje na to, że w każdym regionie istnieje jakiś rodzaj trwałych wartości uznawanych czasem za przebrzmiałe, które – nawet zepchnięte do podziemia – potrafią się nagle odrodzić. Świat końca XX stulecia był przekonany o tym, że nasz kontynent na wschód od Łaby został dogłębnie skomunizowany i „powrót do Europy” tej jego części jest praktycznie niemożliwy, a przynajmniej nie jest możliwy szybko. Niespełna jedno pokolenie później, ten obraz okazał się niespodziewanie inny i trudno dzisiaj sobie wyobrazić Unię Europejską bez Polski, Czech i Chorwacji. To Rosja ma zmartwienie, by zablokować ujawnienie się nawet na Ukrainie proeuropejskiego żywiołu. Tak samo, trudno dzisiaj wyobrazić sobie Turcję jako kraj członkowski Unii, szczególnie w obliczu polityki premiera Erdogana, który zdaje się nie rozumieć tego, że rządzenie krajem w coraz większej zgodzie z islamem, to gwarancja tego, że Turcja będzie oddalać się od ideałów liberalnej demokracji i w Unii z pewnością się nie znajdzie. Z punktu widzenia ostatniego stulecia jej historii, ten zwrot wydawać się może zadziwiający, ale wrażenie jest pozorne.
Turcy mają w swej historycznej pamięci nie tylko swoją muzułmańskość, ale też fakt, że wielu mieszkańcom, reformy Kemala Paszy kojarzą się również z utratą przez kraj imperialnej pozycji. Jego nowoczesna historia jako państwa narodowego zaczęła się wraz z końcem I wojny światowej, czyli niemal sto lat temu, ale jeszcze w roku 1900, czyli niespełna pokolenie wcześniej, była wielkim imperium – muzułmańskim kalifatem ze stolicą w Stambule, rozciągającym się od Bałkanów na północy i Mekki na wschodzie, po Libię i Sudan na południu. Niefortunne opowiedzenie się sułtana po stronie Niemiec i Austro-Węgier, które przegrały wielką wojnę, dla osmańskiej Turcji okazało się katastrofą. W rezultacie klęski została praktycznie rozebrana przez zwycięskie mocarstwa i sąsiadów. Traktat w Sèvres, narzucony w 1920 roku przegranemu imperium, przewidywał sprowadzenie dawnego Osmańskiego Kalifatu do poziomu europejskiej półkolonii, zajmującej nie więcej niż tylko ćwierć terytorium obecnej Turcji i sprowadzającego się właściwie do terenów otaczających Ankarę. Cała południowa część przypadała Anglii (Egipt, Sudan, Palestyna, Irak) oraz Francji (Syria, Liban), a południową Anatolię podzielono na terytoria pod protektoratem włosko-francuskim. Cieśniny Bosfor i Dardanele, wraz z Istambułem, miały stać się „strefą umiędzynarodowioną”, wybrzeże Morza Egejskiego przyznano Grecji, podczas gdy terytorium pomiędzy Kaukazem a Irakiem i Syrią podzielono między Ormian i Kurdów. Oznaczałoby to stoczenie się niedawnego mocarstwa do rzędu niewielkich państw wasalnych. Narody mają długą pamięć i łatwo nie zapominają zniewag, więc i trudno się dziwić dzisiejszemu odradzaniu się tureckiego poczucia regionalnej mocarstwowości. Jest przy tym faktem, że nikt z krajów członkowskich Unii Europejskiej nie kibicuje jej wstąpieniu do wspólnoty w obawie przed kulturową inwazją islamu, z którą Europa ma już dość kłopotów oraz w następstwie strachu przed zalewem rynków pracy przez tureckich imigrantów. Poza tym, Europa sięgnęła już swoich granic możliwości. Dalsze rozszerzanie grozi załamaniem i możliwością rozpadu. Sytuacja Ukrainy pokazuje, że Unia nie kiwnie palcem by wyrwać ją z rąk Rosji, jeśli będzie to wymagało większych nakładów. Paradoksalne, ale refleksem „problemu Turcji” w naszej części Europy jest to, że w kwestii Ukrainy wszyscy wielcy są być może gotowi przełknąć jej rozpad, bo europejskim bólem głowy stanie się wtedy tylko jej trzecia część położona między Lwowem a Kijowem, nie zaś – istniejące dzisiaj – największe państwo Europy. Od Turcji, z jej 75 milionem muzułmańskich mieszkańców i terytorium jeszcze większym, ten ból głowy przerodziłby się w koniecznośc trepanacji czaszki. Z całą pewnością do tego nie dojdzie, a kraj ten z całym swoim potencjałem będzie zmuszony odwrócić się ku arabskim sąsiadom i pełnić tam rolę regionalnego mocarstwa. Pozostanie jednak nierozwiązany, tlący się w kraju wewnętrzny konflikt pomiędzy zeuropeizowanymi miastami wybrzeża (sam Istambuł, to 8 milionów mieszkańców), a tradycyjnie religijnym interiorem. To zapewne mocno ograniczy regionalne ambicje Turcji i tak już blokowane konfliktem z Kurdami. Najbardziej zatem prawdopodobne jest utrwalanie się miejsca tego kraju jako swoistego pomostu między Europą a światem islamu oraz terenu eksperymentu będącego sprawdzianem tego, czy zaszczepienie zachodnich zasad industralizacji i modernizacji jest w kraju muzułmańskim na dłuższą metę w ogóle możliwe. Z całą pewnością uczestnictwo Turcji w Unii Europejskiej nie nastąpi, ponieważ nie ma w niej miejsca dla krajów o nieeuropejskiej i niechrześcijańskiej tradycji kulturowej. To prędzej Ukraina dostąpi statusu stowarzyszenia, niż Turcja stanie się jej pełnoprawnym członkiem.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *