NASZA DEBATA O NAS, CZYLI „SŁUCHAĆ HADKO!”

Ukazało się polskie wydanie książki Marka Chodakiewicza zatytułowanej „Międzymorze”. Idzie o obszar rozłożony pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym. To jednak inna definicja pojęcia niż ta, jaka funkcjonowała w okresie międzywojennym, kiedy  polityczni optymiści widzieli je jako wspólnotę rozłożoną od Finlandii i krajów bałtyckich na północy, po Bułgarię i Grecję na południu. Książka może być potraktowana jako wydarzenie nie tylko wydawnicze, ale również i polityczne, choćby z tej przyczyny, że jest to pierwsze poważne opracowanie zagadnienia traktowanego dotąd hasłowo, za którym właściwie nigdy nie pojawiła się głębsza treść. Continue reading

CZY TO JUŻ KONIEC EUROPY, KTÓRĄ ZNAMY?

Zdrowy rozsądek to jedyna rzecz, na którą nie można
liczyć, (…) a racjonalnie myślący ludzie nie są zdolni
do przewidywania przyszłości. (…) Ich działania są
zdeterminowane przez okoliczności.
(G. Friedman)

Odwieczną cechą Europy jest jej problem z dokładnym zakreśleniem granic. Dwa stulecia temu, jeszcze w czasach istnienia wielkich imperiów kolonialnych miał on także charakter globalny, a Europa była pojęciem światowym, bo poszerzanym o posiadłości zamorskie metropoliii. Za kraje europejskie z pełnymi prawami do tego miana uważano wtedy tylko te, które posiadały kolonie w egzotycznych regionach tropiku. Zarówno zjednoczone w 1860 roku Włochy, jak i Niemcy powstałe jako podmiot o stulecie później, za swój punkt europejskiego honoru uznały więc zdobycie tego rodzaju posiadłości z tego co jeszcze pozostało w świecie do zajęcia. Niemcy zajęli więc mało atrakcyjny tropikalny Kamerun, pustynną Namibię, wschodnioafrykańską Tanganikę i dalekowschodnie wyspy Pacyfiku w przekonaniu, że zdobywają tym samą prawo do bycia uznanym za część wykwintnego grona światowych potęg. Włochom pozostało znacznie mniej – całkiem pustynna Libia i fragment Somalii. Kraje Europy wschodniej nie tylko nie uzyskały tego rodzaju legitymacji, nie weszły w skład najlepszego towarzystwa, stając się same obiektem parakolonialnej agresji. W tym kontekście należy też widzieć polskie przedwojenne starania o uzyskanie kolonii w ramach portugalskich włości w Afryce. Kiedy jednak poszerzanie imperium kolonialnego okazało się dla Niemców niemożliwe, ich agresywność skierowała się na Europę wschodnią usiłując uznać ją za region – podobnie jak afrykańskie kolonie – zamieszkany przez podludzi nie zasługujących na partnerskie traktowanie. Tyle, że najważniejszą cechą samej Europy, która zwraca uwagę uważnego obserwatora wcale nie jest jej jednolitość, lecz coś całkiem przeciwnego – lokalność, objawiająca się w różnych miejscach w postaci poczucia przejściowości i pograniczności własnej tożsamości. Przez cały wiek XIX, za prawdziwie europejskie uważane były tylko najbardziej rozwinięte kraje kontynentu – Anglia, Niderlandy, Francja, zachodnia część Niemiec i północne Włochy. Reszta, traktowana była czy to z lekceważeniem, czy wręcz jako obiekt potencjalnej eksploatacji. Gdzie więc wtedy podziewała się Europa w jej dzisiejszych granicach? Prawdę mówiąc, nie wiemy tego do dzisiaj, tak jak wciąż nie jesteśmy i pewni jej prawdziwych granic. Continue reading

PUSTE ROSYJSKIE GROŹBY, CZYLI PIĘĆ WIEKÓW NIEMOŻNOŚCI

grozby            Rosja znowu stara się pokazać światu, że wciąż jest potęgą zagrażającą jego całej reszcie. Na ile jednak to tylko wrażenie, na ile zaś polityczny fakt wynikający z tego, że historyczną istotą Rosji zawsze była jej siła militarna, nigdy gospodarcza, czy intelektualna. Nawet jej literatura, aczkolwiek przez wielu uznawana za wielką, miała tylko lokalny, wcale nie globalny charakter. Tyle, że w czasach dawniejszych, przez wzgląd na ogrom posiadanego terytorium i brak silnych sąsiadów, którzy mogliby jej zagrozić, dawało to krajowi mocarstwową pozycję. Po raz pierwszy, ta utrwalona rola załamała się w rezultacie wojny rosyjsko-japońskiej, kiedy to wskutek kompromitacji organizacyjnej struktur państwa, Rosja utraciła całą Mandżurię oraz mocarstwowe okno na Pacyfik w postaci Portu Artura. Drugi raz, podobnie silną pozycję globalną uzyskała za czasów Związku Sowieckiego, kiedy to jej wojskowe bazy rozmieszczone były po całym świecie.  Utraciła ją jednak rankiem 8 grudnia 1991 roku, gdy ludzkość dowiedziała się, że nie ma już więcej imperialnego Sowieckiego Związku, a powstały w jego miejsce twór jest czymś pokojowym i podobnym do innych europejskich krajów. Prezydent z nagła nieistniejącego Związku Sowieckiego, Michaił Gorbaczow, podał się do dymisji i zniknął z politycznej sceny. Niewielu jednak zrozumiało prawdziwą wymowę wydarzenia. Jednym z tych, który ją pojął był Władimir Putin, dawny funkcjonariusz KGB, w momencie wydarzenia dobrze ustawiony urzędnik petersburskiego magistratu. Doszedł najwyraźniej do wniosku, że Rosja stoi przed realną alternatywą: może być tylko albo imperialną potęgą, albo też nie liczyć się wcale. Należy więc rozpocząć kolejną falę wyścigu zbrojeń nawet za cenę gospodarczej upadłości po to by utrzymać odwieczną opinię o wrodzonej krajowi agresywności. Paradoks polegał bowiem na tym, że jeśli zabrakłoby dla niej w świecie miejsca, to gdzie miałaby się podziać sama Rosja? Continue reading

MIĘDZYMORZE, CZYLI „RACJA JEST JAK DUPA, KAŻDY MA SWOJĄ”

ktoredyJak zauważa Grzegorz Talar „koncepcja Międzymorza spotyka się z bardzo gorącym odbiorem czytelników. Począwszy od reakcji skrajnie pozytywnych, skończywszy na wyzwiskach i komentarzach o całkowitym braku realizmu, właściwie wszyscy wypowiadający się w temacie mają przeświadczenie o swojej racji. Nic tylko zacytować Józefa Piłsudskiego – “Racja jest jak dupa, każdy ma swoją”. Podobnie rzecz się ma z Międzymorzem”. Przyczyną takiej reakcji jest to, że Międzymorze, to pojęcie najzupełniej umowne, lecz wyśmiewane nie z powodu jego umowności. Powstało z potrzeby nadania geograficznemu regionowi nowego, bardziej przyjaznego miana, które nie niosłoby skojarzeń z niemieckim określeniem Mitteleuropa. Ta ostatnia nazwa – z pozoru tylko geograficzna (Europa Środkowa) – faktycznie wyrażała jednak imperialne zamiary, tyle, że postrzegane z niemieckiego punktu widzenia. W swoim zakresie, oddawała nie tylko podejście polityków niemieckich, ale i rosyjskich, że oto sam region nie ma wystarczających znamion samodzielności, by pozwolić mu na istnienie wedle własnego uznania. Warto pamiętać, że określenie w tym znaczeniu, nabrało negatywnego posmaku wraz z odrodzeniem się w regionie lokalnych państwowości. Miejsce późniejszego Międzymorza zajmowała granica rosyjsko-pruska i rosyjsko-austriacka. Nie było dla niego przestrzeni przez całe stulecie, chociaż ona sama wcale nie była pogardzana nawet wtedy, gdy w środku Europy wciąż istniały dwa pokaźnych rozmiarów państwa w postaci Rzeczypospolitej Obojga Narodów oraz Królestwa Wegier. Continue reading

 CZY„EUROPA CENTRALNA”, LEŻY W JEJ CENTRUM? CZYLI O ZWODNICZOŚCI OKREŚLEŃ

Jaka jest istota naszej „środkowoeuropejskości”?
Grossgliederung_Europas[1]
06-03[1]

            Z punktu widzenia tytułowego pytania istotne jest to, że obszar, który na dzisiejszych mapach jest częścią Europy środkowej i wschodniej ciągnie się daleko za Ural – aż po Sachalin i Kamczatkę. Jest przy tym podzielony na części podlegające wpływom zachodnioeuropejskim, albo rosyjskim. Niektórzy politolodzy byli nawet przekonanie, że powstanie jednolitej przestrzeni gospodarczej i kulturowej, rozciągającej się od Portugalii po Pacyfik to tylko kwestia czasu. Rzecz jednak w specyfice narodzin wielkich kultur. W okresie najważniejszym dla ich krzepnięcia (XIII w. n.e.), na obszarze środkowej części Europy nie istniało jeszcze nic godnego uwagi. Pytanie więc o to, której z sąsiednich wielkich kultur jest echem, nie jest bezzasadne, skoro nie istnieją znamiona jej oryginalności. Częścią tego obszaru dzielącą z nim skomplikowane zakręty wydarzeń, był również ten fragment Europy, który znalazł się pomiędzy wschodnią granicą Zachodu, czyli Niemcami a zachodnimi rubieżami Rosji. Wielu badaczy nie uznaje tej ostatniej za część europejskiej tradycji, lecz za spadek po imperium mongolskim. Natomiast do regionu znajdującego się pomiędzy Rosją a zachodnią Europą przylgnęło kiedyś niemieckie określenie „Mitteleuropa”, kładące nacisk na pośredniość i „środkowość” jej przestrzeni oraz kulturową niesamodzielność, a także brak wyrazistej tożsamości. Continue reading

QUAM DIU EUROPAE? CZY EUROPA ISTNIEJE NAPRAWDĘ, CZY TO TYLKO MIT?

Przestrzen EuropejskaEuropa, to nie zwyczajne określenie geograficzne, lecz pojęcie, które ma w sobie coś z fantasmagorii. Powszechne jest obracanie nim jako czymś w rodzaju oczywistości, ale kiedy dochodzi do definicji samej istoty, rzecz zamienia się w konsternację. Na przykład w Polsce, poparcie dla uczestnictwa w Unii sięga osiemdziesięciu procent, pomimo tego, że niemal cała historia kraju wiązała go ze środkowo-wschodnią częścią kontynentu, a nie z zachodnią. Warto też przypomnieć historię mody i ubiorów – zachodnich i rosyjskich, by dostrzec w tej przestrzeni podobieństwa polskiej tradycji raczej do tych ze wschodu, nie zaś do surdutów i fraków europejskich elegantów. Dzisiaj, nikt nie ma wątpliwości, że ubiorem, w którym warto się pokazywać, jest ten utrzymany w zachodniej konwencji – garnitur, a w uroczystych chwilach – surdut, czy nawet frak. Jednak w Polsce, tradycyjny strój szlacheckiego eleganta – kontusz, żupan, spodnie i wysokie buty – wciąż uznawane są za swojskie i wcale nie traktuje się ich za dowód ulegania wpływom wschodnim. Polacy przy tym uważają siebie za rasowych ludzi Zachodu, a nie Wschodu. Niektórym nasuwa się nawet przypuszczenie, że przyszła Unia Europejska może sprowadzić się do dwóch odrębnych zrzeszeń krajów – zachodniej piętnastki i reszty, którą w czasach Piłsudskiego nazywano Międzymorzem. To ta część kontynentu, która rozłożona pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym była zawsze bardziej geograficznym buforem pomiędzy odmiennymi kulturami, aniżeli samodzielną kokstrukcją. Na tego rodzaju wizję przyszłości moi proeuropejscy znajomi reagują nerwowo i każą „wypluwać te słowa”. Czy to jednak wystarczy, by powstrzymać historię od kierowania się jej własną, autorską logiką, nie zaś oczekiwaniami uczestników? Continue reading

PROMENADE DES ANGLAIS, CZYLI KLĘSKA INTELIGENCKIEJ MULTIKULTI.

MultikultiE            Na kolejny atak islamistów na zupełnie przypadkowych ludzi europejska minister spraw zagranicznych zareagowała płaczem. Roniąc łzy wezwała regionalnych przywódców do współpracy dla rozwiązania plagi terroryzmu. Uczyniła to jednak w dość szczególny, żeby nie rzec, mało praktyczny, sposób. „Jesteśmy zjednoczeni nie tylko cierpieniem, ale także reagowaniem na te akty i zapobieganiem radykalizacji” – mówiła szefowa unijnej dyplomacji i nie kryjąc poczucia bezradności. „Bycie tu razem – mówiła przez łzy – to najmocniejsze przesłanie siły i przyjaźni między naszymi ludźmi i dowód, że możemy pokonać tych, którzy chcą nas podzielić. Tu skończę, zrozumcie to. Dziś jest trudny dzień” – dodała drżącym głosem, a włoski minister spraw zagranicznych wyprowadził płaczącą z sali. Continue reading

QUAM DIU EUROPAE? CZY ANGIELSKIE „NIE” MOŻE BYĆ DOWODEM EUROPEJSKOŚCI?

Quam            Obraz Europy, tej sprzed dwóch tysięcy lat i tej dzisiejszej, zagrożonej Brexitem nasuwa szereg refleksji w kwestii podobieństwa losów wielkich imperiów. Uderza przy tym fakt, że w czasie podpisywania w 1993 roku Traktatu w Maastricht mało kto wątpił w wielką przyszłość Unii Europejskiej a także w to, że powstaje właśnie superpaństwo, na które czeka perspektywa światowego mocarstwa. Fale jej rozszerzenia po 2000 roku i ustawiająca się długa kolejka do członkostwa tylko utwierdzały tę opinię. Dzisiaj stoi przed widmem rozkładu, warto więc zastanowić się nad mechanizmem rozpadania się na mniejsze części innych wielkich imperiów, lecz za to poszerzania i utrwalania się wpływów jednego, coraz bardziej anglojęzycznego i coraz bardziej utożsamianego z pojęciem Zachodu. Niekończąca się dyskusja nad przyszłością Unii przywołuje wspomnienie nawoływań wielkiego rzymskiego mówcy – Cycerona: Quo usque tandem abutere, Catilina, patientia nostra? Quam diu etiam furor iste tuus nos eludet?”: „Jak długo Katylino będziesz nadużywał naszej cierpliwości? Do jakich granic miotać tobą będzie nieokiełzane zuchwalstwo?”. Tak wołał w republikańskim jeszcze senacie, kiedy walczył o jego przetrwanie wobec zagrożeń ze strony imperialnego cezarianizmu. Był przekonany, że istnienie Republiki, to kwestia wieczności i nie uwierzyłby, gdyby mu powiedziano, że dla ludzi żyjących dwa tysiące lat później stanie się tylko odległym wspomnieniem, a najważniejszym śladem jego zgasłej rzymskości będzie zaledwie kilka państw używających języków romańskich – Francja, Włochy, Hiszpania i Portugalia. Podobny los może też kiedyś spotkać Europejską Unię tyle, że wydarzenia biegną dzisiaj znacznie szybciej niż te sprzed tysiącleci, a przyszłość liczy się dekadami, nie stuleciami. W przypadku Europy biegną przy tym inaczej, by nie powiedzieć – nieco na opak. Continue reading

„BREXIT”! CZYLI ROZWÓD  ŚLIMAKA Z RYBĄ

 

SlimakDrugiego lutego 2010 roku władze Europejskiej Unii podjęły wiążącą uchwałę, że ślimak to nie mięczak, lecz ryba. Pospolity winniczek został urzędowo zaliczony do kategorii ryb słodkowodnych. Jeśli więc lojalny obywatel unijnego państwa napotka w swoim ogrodzie winniczka, powinien traktować go jak karpia lub karaska, a nie zaroślowego łazęgę i to pomimo tego, że w pobliżu może nie być zbiornika wodnego. Komisja Europejska podjęła tę decyzję na wniosek Francuzów by mogli korzystać z przyznanych rybom ulg cenowych, bo kiedyś zapomniano o ślimakach, symbolu wykwintności francuskiej kuchni. W sześć lat później, Anglicy zdecydowali jednak, że ślimak to nie ryba i w czerwcowym referendum zwyciężyli zwolennicy nie uznawania go za rybę, lecz za ślimaka, bo też tę humorystyczną opowieść można uznać za rodzaj kwintesencji różnic pomiędzy biurokratyczną „europejskością” a lesseferystyczną „brytyjskością”. Uchwała o przewadze rybowatości u z gruntu śródlądowego ślimaka, dla którego woda jest śmiertelnym zagrożeniem, przeszła przed sześciu laty bez protestów. Towarzyszyły jej tylko salwy śmiechu. Teraz, Komisji Europejskiej wcale nie jest do śmiechu. Rzecz w tym, że nie jest też do śmiechu samej Wielkiej Brytanii, skoro zarówno mieszkańcy Szkocji, jak i Irlandii Płn. głosowali za pozostaniem w Unii. Czy nie skończy się to załamaniem delikatnej konstrukcji samego państwa brytyjskiego, a może też i radykalną zmianą jego wewnętrznej struktury? Istnieje przecież ścieżka przemian, które mogą postawić Wyspy w zupełnie nowej sytuacji geopolitycznej. Continue reading

NARODOWA TOŻSAMOŚĆ. CZY MIAŁ W NIEJ UDZIAŁ FRANK, MESJASZ Z PODOLA?

Jakub FrankTytułowa kwestia wciąż mnie drąży i nadal nie znajduję odpowiedzi na pytanie: co się właściwie w Polsce dzieje i na czym polegają nagle ujawnione podziały tak głębokie, że aż trudne do zrozumienia? Merytoryczne różnice pomiędzy tymi, którzy do władzy właśnie doszli, a od niej odsuniętymi nie są przecież aż tak istotne, aby wyjaśnić gwałtowność odwzajemnianej nienawiści. O co w tym wszystkim idzie i jakie jest prawdziwe tło sprzeczności? Odpowiedź na pytanie pomogłaby nam zrozumieć nagłą zmianę oblicza Polski wobec zachodniej Europy i ewolucję atmosfery w polityce wewnętrznej. Nie idzie o formalne zmiany polityczne, które są naturalnym następstwem partyjnej praktyki, ale o coraz lepiej widoczne przemiany świadomości wyborców, szczególnie w tych przestrzeniach, które nie sprawiają wrażenia konfliktu ideologicznego, lecz pojawiają się jako zwykły efekt konkurencji w dążeniu do władzy. Tym razem jednak idzie też o sprawy „godnościowe”, ponieważ ci, którzy od niej właśnie odeszli, mają się wciąż za inteligentów prawdziwych, czyli za obywateli lepszego rodzaju, a ci, którzy ją zdobyli są przez nich uważani za sort pośredni, by nie powiedzieć: za „zwykłych chamów” władzy niegodnych. Odejście od oficjalnie panującej doktryny liberalnego antynacjonalizmu na rzecz większej przestrzeni dla regionalizmu i koncentracji na interesach narodowych w miejsce europejskich ma więc podwójne tło: gospodarczo-strategiczne i kulturowo-intelektualne. Daje się już odczuć w wielu przekrojach życia społecznego, tak jak dawała się zauważyć poprzednia, internacjonalna dominanta, uznająca tak zwane „wartości narodowe” za rodzaj wstecznictwa i mentalnego zacofania. Postępowy był tylko supranacjonalizm, a ten narodowy i lokalny był uznawany za przebrzmiałe wstecznictwo. Społeczeństwo się jednak nie zmieniło, zmienił się tylko sposób jego postrzegania pośród elit. Najbardziej rzuca się w oczy odchodzenie od panującej dotąd zasady, że oto prawdziwa wizja historii może być tylko jedna i do tego taka, która ma „imprimatur” aktualnie rządzących w kraju oraz ich zagranicznych przyjaciół. Przykładów tego, że idzie nowe jest wiele. Wydawnictwa wracają do publikowania dzieł przedwojennych autorów wcześniej okupujących ławki cenzury. Mam na myśli prace Feliksa Konecznego i Tadeusza Jeske-Choińskiego. Obydwaj trafili na cenzorską listę po wojnie, zaraz po powstaniu Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Urząd uległ likwidacji w roku 1990, jednak, co zastanawiające, cenzura nieformalna pozostała, obydwaj autorzy nie zostali z niej uwolnieni i nikt nie ośmielał się oficjalnie drukować ich dzieł. Dlaczego tak się stało, skoro obu autorów łączy tylko jedno: ich prace naukowe dotyczyły tak zwanej kwestii żydowskiej? W rezultacie, książki Konecznego pojawiały się tylko jako niskiej jakości reprinty, a najważniejsze opracowanie Jeske-Choińskiego o dziejach szczególnego odłamu „nowych” chrześcijan nazywanych frankistami musiało czekać aż do ostatniej zmiany władzy i ukazując się w obrocie dopiero niedawno. Obydwu autorom internetowa Wikipedia zarzuca zresztą antysemityzm, posługując się przy tym bardzo szczególną definicją pojęcia. Dzieli go na trzy rodzaje: „zwyczajny”, „żydożerstwo” oraz „antysemityzm ekstremalny”. Pierwszy, to postawa wyrażająca uprzedzenie, niechęć, wrogość i dyskryminację wobec Żydów oraz osób pochodzenia żydowskiego i postrzeganych jako odrębna grupa religijna, etniczna lub rasowa. Tego rodzaju uprzedzenie wspierane jest również powodami religijnymi, gospodarczymi lub politycznymi. Jest tu też miejsce dla wyższego poziomu antysemityzmu określonego jako „żydożerstwo”, które jest w tym ujęciu przeciwieństwem filosemityzmu. Ekstremalny antysemityzm głosiła ideologia niemieckiego nazizmu, doprowadzając do próby wyniszczenia narodu żydowskiego w okupowanej Europie. Żadna definicja nie wyjaśnia jednak innego zjawiska. Żydzi, to przecież jeden z najstarszych  narodów świata, którego historia sięga trzech tysięcy lat. Dlaczego, od początku istnienia, zawsze i wszędzie bez wyjątku wywoływali raczej negatywne niż pozytywne emocje. Nie ma „anygermanizmu”, „antyanglizmu” czy nawet „antyislamizmu” w zakresie w jakikolwiek sposób porównywalnym ze zjawiskiem antysemityzmu. Gdzie kryje się tajemnica i fenomenu przyczyna? Continue reading