QUAM DIU EUROPAE? CZY EUROPA ISTNIEJE NAPRAWDĘ, CZY TO TYLKO MIT?

Przestrzen EuropejskaEuropa, to nie zwyczajne określenie geograficzne, lecz pojęcie, które ma w sobie coś z fantasmagorii. Powszechne jest obracanie nim jako czymś w rodzaju oczywistości, ale kiedy dochodzi do definicji samej istoty, rzecz zamienia się w konsternację. Na przykład w Polsce, poparcie dla uczestnictwa w Unii sięga osiemdziesięciu procent, pomimo tego, że niemal cała historia kraju wiązała go ze środkowo-wschodnią częścią kontynentu, a nie z zachodnią. Warto też przypomnieć historię mody i ubiorów – zachodnich i rosyjskich, by dostrzec w tej przestrzeni podobieństwa polskiej tradycji raczej do tych ze wschodu, nie zaś do surdutów i fraków europejskich elegantów. Dzisiaj, nikt nie ma wątpliwości, że ubiorem, w którym warto się pokazywać, jest ten utrzymany w zachodniej konwencji – garnitur, a w uroczystych chwilach – surdut, czy nawet frak. Jednak w Polsce, tradycyjny strój szlacheckiego eleganta – kontusz, żupan, spodnie i wysokie buty – wciąż uznawane są za swojskie i wcale nie traktuje się ich za dowód ulegania wpływom wschodnim. Polacy przy tym uważają siebie za rasowych ludzi Zachodu, a nie Wschodu. Niektórym nasuwa się nawet przypuszczenie, że przyszła Unia Europejska może sprowadzić się do dwóch odrębnych zrzeszeń krajów – zachodniej piętnastki i reszty, którą w czasach Piłsudskiego nazywano Międzymorzem. To ta część kontynentu, która rozłożona pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym była zawsze bardziej geograficznym buforem pomiędzy odmiennymi kulturami, aniżeli samodzielną kokstrukcją. Na tego rodzaju wizję przyszłości moi proeuropejscy znajomi reagują nerwowo i każą „wypluwać te słowa”. Czy to jednak wystarczy, by powstrzymać historię od kierowania się jej własną, autorską logiką, nie zaś oczekiwaniami uczestników? Continue reading

PROMENADE DES ANGLAIS, CZYLI KLĘSKA INTELIGENCKIEJ MULTIKULTI.

MultikultiE            Na kolejny atak islamistów na zupełnie przypadkowych ludzi europejska minister spraw zagranicznych zareagowała płaczem. Roniąc łzy wezwała regionalnych przywódców do współpracy dla rozwiązania plagi terroryzmu. Uczyniła to jednak w dość szczególny, żeby nie rzec, mało praktyczny, sposób. „Jesteśmy zjednoczeni nie tylko cierpieniem, ale także reagowaniem na te akty i zapobieganiem radykalizacji” – mówiła szefowa unijnej dyplomacji i nie kryjąc poczucia bezradności. „Bycie tu razem – mówiła przez łzy – to najmocniejsze przesłanie siły i przyjaźni między naszymi ludźmi i dowód, że możemy pokonać tych, którzy chcą nas podzielić. Tu skończę, zrozumcie to. Dziś jest trudny dzień” – dodała drżącym głosem, a włoski minister spraw zagranicznych wyprowadził płaczącą z sali. Continue reading

QUAM DIU EUROPAE? CZY ANGIELSKIE „NIE” MOŻE BYĆ DOWODEM EUROPEJSKOŚCI?

Quam            Obraz Europy, tej sprzed dwóch tysięcy lat i tej dzisiejszej, zagrożonej Brexitem nasuwa szereg refleksji w kwestii podobieństwa losów wielkich imperiów. Uderza przy tym fakt, że w czasie podpisywania w 1993 roku Traktatu w Maastricht mało kto wątpił w wielką przyszłość Unii Europejskiej a także w to, że powstaje właśnie superpaństwo, na które czeka perspektywa światowego mocarstwa. Fale jej rozszerzenia po 2000 roku i ustawiająca się długa kolejka do członkostwa tylko utwierdzały tę opinię. Dzisiaj stoi przed widmem rozkładu, warto więc zastanowić się nad mechanizmem rozpadania się na mniejsze części innych wielkich imperiów, lecz za to poszerzania i utrwalania się wpływów jednego, coraz bardziej anglojęzycznego i coraz bardziej utożsamianego z pojęciem Zachodu. Niekończąca się dyskusja nad przyszłością Unii przywołuje wspomnienie nawoływań wielkiego rzymskiego mówcy – Cycerona: Quo usque tandem abutere, Catilina, patientia nostra? Quam diu etiam furor iste tuus nos eludet?”: „Jak długo Katylino będziesz nadużywał naszej cierpliwości? Do jakich granic miotać tobą będzie nieokiełzane zuchwalstwo?”. Tak wołał w republikańskim jeszcze senacie, kiedy walczył o jego przetrwanie wobec zagrożeń ze strony imperialnego cezarianizmu. Był przekonany, że istnienie Republiki, to kwestia wieczności i nie uwierzyłby, gdyby mu powiedziano, że dla ludzi żyjących dwa tysiące lat później stanie się tylko odległym wspomnieniem, a najważniejszym śladem jego zgasłej rzymskości będzie zaledwie kilka państw używających języków romańskich – Francja, Włochy, Hiszpania i Portugalia. Podobny los może też kiedyś spotkać Europejską Unię tyle, że wydarzenia biegną dzisiaj znacznie szybciej niż te sprzed tysiącleci, a przyszłość liczy się dekadami, nie stuleciami. W przypadku Europy biegną przy tym inaczej, by nie powiedzieć – nieco na opak. Continue reading

„BREXIT”! CZYLI ROZWÓD  ŚLIMAKA Z RYBĄ

 

SlimakDrugiego lutego 2010 roku władze Europejskiej Unii podjęły wiążącą uchwałę, że ślimak to nie mięczak, lecz ryba. Pospolity winniczek został urzędowo zaliczony do kategorii ryb słodkowodnych. Jeśli więc lojalny obywatel unijnego państwa napotka w swoim ogrodzie winniczka, powinien traktować go jak karpia lub karaska, a nie zaroślowego łazęgę i to pomimo tego, że w pobliżu może nie być zbiornika wodnego. Komisja Europejska podjęła tę decyzję na wniosek Francuzów by mogli korzystać z przyznanych rybom ulg cenowych, bo kiedyś zapomniano o ślimakach, symbolu wykwintności francuskiej kuchni. W sześć lat później, Anglicy zdecydowali jednak, że ślimak to nie ryba i w czerwcowym referendum zwyciężyli zwolennicy nie uznawania go za rybę, lecz za ślimaka, bo też tę humorystyczną opowieść można uznać za rodzaj kwintesencji różnic pomiędzy biurokratyczną „europejskością” a lesseferystyczną „brytyjskością”. Uchwała o przewadze rybowatości u z gruntu śródlądowego ślimaka, dla którego woda jest śmiertelnym zagrożeniem, przeszła przed sześciu laty bez protestów. Towarzyszyły jej tylko salwy śmiechu. Teraz, Komisji Europejskiej wcale nie jest do śmiechu. Rzecz w tym, że nie jest też do śmiechu samej Wielkiej Brytanii, skoro zarówno mieszkańcy Szkocji, jak i Irlandii Płn. głosowali za pozostaniem w Unii. Czy nie skończy się to załamaniem delikatnej konstrukcji samego państwa brytyjskiego, a może też i radykalną zmianą jego wewnętrznej struktury? Istnieje przecież ścieżka przemian, które mogą postawić Wyspy w zupełnie nowej sytuacji geopolitycznej. Continue reading

NARODOWA TOŻSAMOŚĆ. CZY MIAŁ W NIEJ UDZIAŁ FRANK, MESJASZ Z PODOLA?

Jakub FrankTytułowa kwestia wciąż mnie drąży i nadal nie znajduję odpowiedzi na pytanie: co się właściwie w Polsce dzieje i na czym polegają nagle ujawnione podziały tak głębokie, że aż trudne do zrozumienia? Merytoryczne różnice pomiędzy tymi, którzy do władzy właśnie doszli, a od niej odsuniętymi nie są przecież aż tak istotne, aby wyjaśnić gwałtowność odwzajemnianej nienawiści. O co w tym wszystkim idzie i jakie jest prawdziwe tło sprzeczności? Odpowiedź na pytanie pomogłaby nam zrozumieć nagłą zmianę oblicza Polski wobec zachodniej Europy i ewolucję atmosfery w polityce wewnętrznej. Nie idzie o formalne zmiany polityczne, które są naturalnym następstwem partyjnej praktyki, ale o coraz lepiej widoczne przemiany świadomości wyborców, szczególnie w tych przestrzeniach, które nie sprawiają wrażenia konfliktu ideologicznego, lecz pojawiają się jako zwykły efekt konkurencji w dążeniu do władzy. Tym razem jednak idzie też o sprawy „godnościowe”, ponieważ ci, którzy od niej właśnie odeszli, mają się wciąż za inteligentów prawdziwych, czyli za obywateli lepszego rodzaju, a ci, którzy ją zdobyli są przez nich uważani za sort pośredni, by nie powiedzieć: za „zwykłych chamów” władzy niegodnych. Odejście od oficjalnie panującej doktryny liberalnego antynacjonalizmu na rzecz większej przestrzeni dla regionalizmu i koncentracji na interesach narodowych w miejsce europejskich ma więc podwójne tło: gospodarczo-strategiczne i kulturowo-intelektualne. Daje się już odczuć w wielu przekrojach życia społecznego, tak jak dawała się zauważyć poprzednia, internacjonalna dominanta, uznająca tak zwane „wartości narodowe” za rodzaj wstecznictwa i mentalnego zacofania. Postępowy był tylko supranacjonalizm, a ten narodowy i lokalny był uznawany za przebrzmiałe wstecznictwo. Społeczeństwo się jednak nie zmieniło, zmienił się tylko sposób jego postrzegania pośród elit. Najbardziej rzuca się w oczy odchodzenie od panującej dotąd zasady, że oto prawdziwa wizja historii może być tylko jedna i do tego taka, która ma „imprimatur” aktualnie rządzących w kraju oraz ich zagranicznych przyjaciół. Przykładów tego, że idzie nowe jest wiele. Wydawnictwa wracają do publikowania dzieł przedwojennych autorów wcześniej okupujących ławki cenzury. Mam na myśli prace Feliksa Konecznego i Tadeusza Jeske-Choińskiego. Obydwaj trafili na cenzorską listę po wojnie, zaraz po powstaniu Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Urząd uległ likwidacji w roku 1990, jednak, co zastanawiające, cenzura nieformalna pozostała, obydwaj autorzy nie zostali z niej uwolnieni i nikt nie ośmielał się oficjalnie drukować ich dzieł. Dlaczego tak się stało, skoro obu autorów łączy tylko jedno: ich prace naukowe dotyczyły tak zwanej kwestii żydowskiej? W rezultacie, książki Konecznego pojawiały się tylko jako niskiej jakości reprinty, a najważniejsze opracowanie Jeske-Choińskiego o dziejach szczególnego odłamu „nowych” chrześcijan nazywanych frankistami musiało czekać aż do ostatniej zmiany władzy i ukazując się w obrocie dopiero niedawno. Obydwu autorom internetowa Wikipedia zarzuca zresztą antysemityzm, posługując się przy tym bardzo szczególną definicją pojęcia. Dzieli go na trzy rodzaje: „zwyczajny”, „żydożerstwo” oraz „antysemityzm ekstremalny”. Pierwszy, to postawa wyrażająca uprzedzenie, niechęć, wrogość i dyskryminację wobec Żydów oraz osób pochodzenia żydowskiego i postrzeganych jako odrębna grupa religijna, etniczna lub rasowa. Tego rodzaju uprzedzenie wspierane jest również powodami religijnymi, gospodarczymi lub politycznymi. Jest tu też miejsce dla wyższego poziomu antysemityzmu określonego jako „żydożerstwo”, które jest w tym ujęciu przeciwieństwem filosemityzmu. Ekstremalny antysemityzm głosiła ideologia niemieckiego nazizmu, doprowadzając do próby wyniszczenia narodu żydowskiego w okupowanej Europie. Żadna definicja nie wyjaśnia jednak innego zjawiska. Żydzi, to przecież jeden z najstarszych  narodów świata, którego historia sięga trzech tysięcy lat. Dlaczego, od początku istnienia, zawsze i wszędzie bez wyjątku wywoływali raczej negatywne niż pozytywne emocje. Nie ma „anygermanizmu”, „antyanglizmu” czy nawet „antyislamizmu” w zakresie w jakikolwiek sposób porównywalnym ze zjawiskiem antysemityzmu. Gdzie kryje się tajemnica i fenomenu przyczyna? Continue reading

CZY JESTEŚMY PANAMI PRZYSZŁOŚCI, CZY TYLKO HISTORIĄ WE WŁASNEJ HISTORII?

FukuyamaW chwili, gdy krążownik „Aurora” oddawał strzały wszczynające rosyjską rewolucję, załoga nie zdawała sobie sprawy, że oto rozpoczyna najkrwawszy okres społecznych przemian jaki miał miejsce w historii ludzkości. Z całą pewnością uczestnicy wydarzenia nie spodziewali się, że w rok później większości z nich nie będzie już na tym świecie i że zginą z rąk tych, których przedtem wynieśli do władzy. W Polsce również dzieją się rzeczy dziwne, ale nikt nie jest w stanie orzec, czy nowy obraz polityczny kraju, to tylko chwilowa fanaberia wyborców, czy też element szerszego procesu. Wiele do myślenia daje informacja, że w niedalekiej Austrii radykalnie antyeuropejski kandydat na prezydenta omal nie wygrał powszechnych wyborów. We Francji, do wyborczego zwycięstwa szykuje się flirtująca z Rosją i otwarcie antyeuropejska Marie Le Pen, a brytyjskie członkostwo w Unii wisi na włosku. Nasuwa się pytanie rodem z klasyka: „co się dzieje w państwie duńskim?”. Czy to tylko publiczne przeżywanie wewnętrznych rozterek, czy też początek jakiegoś poważniejszego procesu? Jeśli dodać informacje nadchodzące z USA, że oto Donald Trump zdobywa w sondażach przewagę nad Hillary Clinton, to warto zastanowić się nad odpowiedzią na pytanie, czy nie jesteśmy przypadkiem świadkami kresu panowania dotychczasowego modelu światowego establishmentu. To establishment wielkiego kapitału i medialnego monopolu osadzonego w trwałej ospałości wyborców. Jest w tym wszystkim pewne doświadczenie, które największym aktorom wydarzeń wydaje się być niemożliwe do zaakceptowania. Otóż twarda reguła powiada, że początek wszystkich wielkich wydarzeń jest zwykle zwodniczy, ponieważ w wyobraźni uczestników wydaje się zgodny z ich wolą, jako że oczekiwanie finału współistnieje z przekonaniem o realizacji własnych interesów. Rzecz w tym, że sprawcy nie tylko nie panują nad wywołanymi przez siebie wydarzeniami, lecz na końcu procesu wszystko okazuje się być inne, niż z początku zamierzano, a finał tego, co z taką emocją rozpoczęto potrafi przekształcić się w tych zamiarów odwrotność. Więcej, inicjatywę przejmują nowi uczestnicy i to wcale nie ci, którzy uznawali się za sprawców wydarzeń. Dla Polski oznacza to ni mniej ni więcej tylko to, że dzisiejsi przywódcy polityczni i główni aktorzy za kilka lat spotkają się zapewne z zapomnieniem i nikomu nie będzie nawet chciało się pamiętać tego, o co im właściwie chodziło, a następstwa ich aktywności będą odmienne od ich zamiarów i przekonań. W jednym z zeszłorocznych tekstów nazwaliśmy tę dziejową zasadę Regułą odwróconego optimum. Takie sformułowanie może brzmieć uczenie, ale skrywa pewną dramatyczną myśl o istnieniu głęboko rewolucyjnego tła wielkich przemian. Dlaczego ludzie takich przemian się obawiają? Odpowiedź na pytanie sprowadza się do rozszyfrowania eufemizmu jakim jest słowo „rewolucja”. Większość z nas się związanych z nią wydarzeń obawia, bo historia straszy hekatombą ofiar, dla wielu jednak pachnie przygodą, w której siebie samych widzą jako uczestników, bohaterów i przywódców, którzy na zmianach skorzystają. Staje się to też przyczyną tego, by nie fascynowali się podpowiedziami nauki i jej spostrzeżeniami skoro nie obiecuje ona – inaczej niż czynią to polityczni przywódcy – przysłowiowych gruszek na wierzbie, nie będąc zresztą i sama pewna scenariusza wydarzeń. Za pojęciem rewolucji kryją się nie tylko nowi ludzie i nowe kariery, ale przede wszystkim rzecz dla niezadowolonych niezwykle ponętna, czyli redystrybucja własności i jej ponowne ukształtowanie. To prawdziwa treść rewolucyjnych przemian, całkiem egoistyczna, przyziemna i bardzo odległa od formalnie głoszonej ideologii. Continue reading

SZLACHCIC NA ZAGRODZIE RÓWNY WOJEWODZIE. KOMU JEST RÓWNY WOJEWODA?

Wiwat krol            W ostatnim numerze polskiej edycji Newsweeka, Matthew Kaminski z Politico Europe i dziennikarz tygodnika zamartwiają się tym oto, że „Polska straciła głos. Nikt na Zachodzie nie postrzega dziś Polski jako kraju, który mógłby coś wnieść do debaty w zasadniczych kwestiach politycznych”. Autor myśli przypomina sobie początki europejskiej kariery naszego kraju, której nic przedtem nie zapowiadało. „Lata 90 – opowiada – pamiętam nieco inaczej niż większość Polaków. Wtedy w Brukseli i w Waszyngtonie panowało przekonanie, że to Węgry i Czechy są bardziej nowoczesne i zaawansowane w reformach. Polska jawiła się jako kraj problematyczny, mocno podzielony politycznie, może za bardzo katolicki i nacjonalistyczny”. Po 2004 roku, twierdzi, to wszystko zmieniło się na korzyść Polaków, a kraj niejako z dnia na dzień stał się środkowoeuropejskim liderem. Teraz jednak znowu „historia zatoczyła koło i w Brukseli znów się mówi o Polsce w tym samym tonie co 20 lat temu”. Continue reading

POLAK-EUROPEJCZYK, CZYLI DWA BRATANKI. BĘDZIE TO KIEDYŚ FAKTEM?

OsmozaFenomen społecznej osmozy jako wzajemnego przenikania i mieszania obyczajów i poglądów na otaczający ludzi świat, to jedna z bardziej fascynujących dziedzin wiedzy. Fascynuje, bo dotyczy nas samych, tyle, że – co napawa też nieskrywanym zdumieniem graniczącym z niepokojem – przybiera formę procesów przebiegających w ramach indywidualnej tożsamości i najwyraźniej bez udziału jej nosiciela. Dziś, fascynuje o tyle bardziej, że nie wiąże nas tylko z pobliskimi regionami świata, lecz z całym globem. Kiedyś, dotyczyła sąsiadów, dzisiaj jej elementy pojawią się nawet w ogromnej przestrzeni pomiędzy Ameryką a dalekimi Chinami. To, co w tych procesach jest najważniejsze, dzieje się przy tym jakby samo, odbijając dominujące wzorce społeczne, które nie są ani wartością pierwotną, ani też rezultatem świadomej pracy nad sobą czynioną przez człowieka. Jak to jest możliwe i jakie to ma następstwa?  Continue reading

DWUZNACZNE (RE)SENTYMENTY, CZYLI FRANKIŚCI WSZYSTKICH KRAJÓW ŁĄCZCIE SIĘ!

Przeciwienstwa
„Człowiek resentymentu wie tylko,
że nie może znieść, że ktoś inny ma więcej.
Do szału doprowadzają go cudze możliwości”

               Słowa wypowiedział w 1940 roku, w czasie hitlerowskiej ofensywy na zachodzie tragicznie, zmarły holenderski pisarz. Doskonale pasują do atmosfery, która objawiła się w Polsce w trzy pokolenia później, chociaż kraj w niczym przecież nie przypomina Holandii. Tyle, że liczba rodaków do których cytat pasuje okazała się na tyle duża, by ich reprezentacja mogła wziąć udział w rządzeniu krajem. Wstrzymamy się więc z realizacją sugestii ‘Krzysztofa’, czytelnika który chciałby, żeby zamiast omawiania spraw krajowych zająć się problemami współczesnego świata i pytaniem dokąd on właściwie zdąża? Zrobimy to dopiero w kolejnych tekstach. Dzisiaj, rozważymy kwestię nagłego wzrostu nietolerancji wobec poglądów innych ludzi, ujawnionej z niespotykaną dotąd siłą. Tak silne uczucie, jeśli pojawia się w większej skali, może zmienić losy narodu. Rzecz nabiera znaczenia, gdy uświadomimy sobie, że polska tradycja kulturowa wiązana jest właśnie z zasadą tolerancyjności wobec poglądów innych ludzi, idei i narodowości. Taką miała być Pierwsza Rzeczpospolita, akceptująca w swej różnorodności inne narody i odmienne wyznania. Wzorcowo tolerancyjni okazali się również Polacy w okresie Solidarności, którzy zamiast poświęcić się krwawej zemście zdecydowali się żyć obok dawnych katów pozostawionych przy życiu i dobrach. Pojawiło się jednak ostatnio coś zupełnie nowego i bardzo bliskiego pojęcia ‘resentymenty’. To nie to samo, co „zwykła” nietolerancja. Ta opiera się na utrwalonych przez pokolenia poglądach, natomiast to o czym mówimy, to coś znacznie więcej, to pozbawiona podstaw rozumowych chęć czynienia jakiegoś rodzaju zła, czystej destrukcji w miejsce wysiłku przekonywania innych. W znacznej części społeczeństwa ujawniło się coś, co przywodzi na myśl swoistą niezdolność zrozumienia interesów innych ludzi i dopuszczenia myśli, że oni też mają prawo mieć odmienne poglądy i kierować się własnym punktem widzenia.

Continue reading

TĘSKNOTA ZA CIEPŁEM MATCZYNEGO ŁONA, CZYLI POLSKA 2016

KaczynskiW piątek 16 stycznia, prezes PiS pojawił się w Starachowicach aby uczcić pamięć zmarłej matki. W kościele pod wezwaniem Wszystkich Świętych miała miejsce uroczysta msza święta, po czym zgromadzeni złożyli kwiaty i palili znicze pod pamiątkowymi tablicami w Panteonie Pamięci Narodowej. Nie obyło się bez polityki. „Polskę można zmienić, alternatywą jest PiS” – przekonywał prezes. Problem jednak w tym, że nie bardzo wiadomo, co ma być zmienione, w imię jakiej logiki ma się to zmieniać i w czyim interesie? Za zmianami zawsze stoi jakiś lub czyjś interes. Nie robi się ich bez celu. Rzecz w tym, że przywódca rządzącej partii postawił sprawę nie rzeczowo, lecz infantylnie. „Przeprowadzamy zmiany – ogłosił – które mają na celu przywracanie wartości, które były bliskie mojej mamie”. Synowska miłość do matki to rzecz godna pochwały, ale żeby tworzyć z niej program politycznych zmian, tego jeszcze nie było! Na spotkanie z byłym premierem i obecnym szefem Prawa i Sprawiedliwości przybyły tłumy, nie tylko starachowiczan. Przywódca skarżył się, że „napotykamy przy tym trudności i znajdujemy się pod bardzo silnym naciskiem i wewnętrznym, i zewnętrznym. Zapewniam państwa, że ten nacisk nie powstrzyma naszej drogi i się na niej nie zatrzymamy!”. Znów rodzi się pytanie o jakiego rodzaju nacisk idzie, co to za droga i dokąd prowadzi oraz dlaczego pojawił się opór i jaka jest jego przyczyna? Bez odpowiedzi na te pytania cała sprawa pachnie polityczną dziecinnadą. Przywracanie stanu rzeczywistości z okresu dzieciństwa jest do pewnego stopnia marzeniem każdego dorosłego, ale przecież nikt nie bierze tego poważnie. Dzieciństwo wspomina się miło, to okres ciepłego bezpieczeństwa pod matczynymi skrzydłami i zrozumiałe, że utratę matki odczuwa się jako wstrząs, lecz przejęcie politycznej władzy tylko po to, by uszczęśliwić miliony ludzi przywróceniem świata ich zmarłych rodziców zaczyna mieć groźny wydźwięk. Nie polityczny, ale psychologiczny. Dlaczego czterdzieści milionów ludzi posiadających własne matki i pamiętające własne dzieciństwo ma cierpieć z powodu tęsknoty zrodzonej z wrodzonej samotności, która z taką siłą cechuje tylko jednego z politycznych przywódców? Continue reading